Rozdział 11
Następnego poranka moja mama wyjeżdżała w towarzystwie Todora i Maćka. Nie pochwalałam jego obecności tam, ale przynajmniej nie ja musiałam znosić jego łajdactwo. O świcie obudziła mnie jedna z posłanek Eudriane. Poinformowała mnie, że kapłanka prosi o spotkanie przed wyjazdem pierwszej grupy.
Od feralnej zdrady Katii wszyscy zrezygnowaliśmy z obstaw po korytarzach, a sami zaczęliśmy się umawiać w wyznaczonych punktach. Nigdy nie zapomialiśmy, by mieć przy sobie choć głupi sztylet. Co prawda Tosya zapewniała nas, że Katia nie jest jej szpiegiem, ale przecież była Wyklętą. Atak jej nimfy zachwiał nasze i tak już leżące zaufanie w stosunku do każdego, kto nie był wtajemniczony.
Wychodząc z pokoju, ubrana już w skórzany strój na trening byłam zadowolona, bo wiedziałam, że chociaż wyjazd matki wiąże się z niebezpieczeństwem i możliwością utraty jej, to dawał też nadzieję, a nasz plan posuwał się do przodu. Cieszyłam się również, że dzień wcześniej pożegnałam się z matką. Nie chciałam zostawiać jej w takim towarzystwie - Maciek - to mówi samo za siebie - no i Todor. Wyglądał na uczciwego, moja mama mu ufała, ale ja właściwie go nie znałam. Tak czy inaczej, rano nie miałam już wyboru i zapomnałam o wysłanej ekspedycji, skupiłam się na tu i teraz.
- Witaj - rzekł na przywitanie Eudriellion, który czekał na mnie w rogu korytarzu.
- Jak noc? - zapytałam, aby podtrzymać rozmowę. Prawda była taka, że nie obchodziło mnie to ani trochę.
- Zwyczajnie - elf wzruszył ramionami i otworzył przede mną drzwi do pokoju Dolandillasa.
Tym razem spotkanie było niezbyt oficjalne, z obawy przed wyczajeniem naszego planu. Pokój księcia niewiele różnił się od mojego, jednak miał w sobie coś męskiego. Nie były to plakaty sportowców, czy porozrzucane na podłodze śmierdzące koszuli, które większość współczesnych nastolatków ( i chodzi mi tu tylko o płeć męską) uważają za męskie. Sypialnia Dolandillasa emanowała inną męskością - bardziej dojrzałą. Być może było tak za sprawą granatowych ścian albo zapachu męskich perfum.
W pokoju czekała już Eudriane i Dollandilas, kiedy weszliśmy my brakowało już tylko Patryka. Czekaliśmy na niego dłużej niż było to słuszne, ale po tym czasie wparował do nas zadyszany. Wytłumaczył się tym, że zaspał.
- Cały ojciec - mruknęłam pod nosem, a on rzucił mi zawiedzione spojrzenie.
- Zaczynajmy - rzekła kapłanka, zanim ktokolwiek zdążył jeszcze coś wtrącić - Pierwsza grupa zawiązywania sojuszy dzisiaj wyjechała, to dobry znak, oznacza bowiem, że nasz plan zaczyna się realizować. Jednak wszyscy wiemy, że trwa wojna, nikt nie może stać bez czynnie. W historii naszego świata nie było prawdziwej wojny, zawsze panował pokój, nawet podczas pokonywania Sariusa. Dlatego prosimy was, ludzi, o pomoc. Dominiko, jakie przygotowania należy poczynić?
To pytanie było skierowane bezpośrednio do mnie, jednak czy tak na prawdę wiedziałam więcej o wojnie, niż oni? Żadnej nie przeżyłam, a już na pewno nie prowadziłam.
- Kiedy nasza grupa wyjdedzie zajmijcie się zbieraniem zapasów, zabezpieczcie tyle wody, jedzenia i broni ile zdołacie. Z mojej strony obiecuję, że każdy zawarty sojusz będzie obejmował poszerzenie zapasów.
- Przetrenujcie swoich poddanych, nauczcie ich walczyć, jeśli nie potrafią - wtrącił Patryk.
- Dokładnie. Macie wyjątkowo uzdolnionych mieszkańców, że już nie wspomnę o kobietach. Praktycznie każda z was to urodzona wojowniczka. Kobiety także nauczcie walczyć, a jeśli nie będą do tego zdolne lub będą miały na utrzymaniu dzieci, nauczcie ich opatrywać rany, zostaną sanitariuszkami - dopowiedziałam.
- Słuszne spostrzeżenia, zaraz wyślę je w liście do królowej Airlandary. Powinniśmy zrobić coś jeszcze? - zapytała kapłanka.
- Myślę, że tak. Módlcie się do bogini Selune i proście o błogosławieństwo.
Po krótkim obgadaniu kolejnych kroków przyszedł czas na codzienny trening. Z lekką obawą wchodziłam do sali, która tego dnia miała nam służyć za miejsce ćwiczeń. Z tego co udało mi się usłyszeć z rozmowy elfów, drzwi tego pokoju były zaryglowane od bardzo dawna i absolutnie nikt nie miał prawa wejść do środka. Wrota miały zostać otwarte specjalnie na potrzeby naszej misji. Co było tak strasznego, że zakazano wstępu tam? Miałam się dowiedzieć.
Wielka, przestronna sala mieściła się w najwyższej części, najwyższej wieży królestwa Wyklętych. Miałam okazję poczuć się jak księżniczka, uwięziona w wieży, tylko zabrakło smoka i księcia na rumaku. Oczywiście zadowoliłabym się także ogrem Shrekiem, ale on także nie przybył. Przy wielkich, mosiężnych wrotach czekał za to Patryk- tego dnia nasz trening miał być łączony.
- Słyszałeś coś ze środka? - zagadałam. Byłam ciekawa co też ciekawego przygotowali dla nas Dolandilas i Eudriellion, tymbardziej w zakazanej komnacie Wyklętych.
- Nic. Kompletna cisza, za to drzwi ani drgną - wzruszył ramionami.
- Ty idioto, nie mów, że próbowałeś je otworzyć. Przecież nie wiesz co jest w środku, dostaliśmy dokładne polecenie. Czekać.
- Od kiedy tak posłusznie wykonujesz czyjeś polecenia, co Domi? Z tego co wiem jesteś czystą buntowniczą krwią - rzucił z przekąsem.
- Możemy już skończyć z tymi złośliwościami? Doskonale wiem, że tylko się na mnie odgrywasz. Odrzuciłam twoje zaloty i uraziłam męskie, nadęte ego. Ale twoje docinki nie zmienią tego, że nic do ciebie nie czuję - powiedziałam mu, patrząc prosto w oczy. Ile było w tym kłamstwa, wiedziałam tylko ja.
- Tylko pytanie czy na prawdę kompletnie nic nie czujesz, czy przypadkiem nie uciekasz przed uczuciami?
- Co proszę? Dlaczego miałabym uciekać? - oburzyłam się.
- Ponieważ się boisz - odpowiedział zadowolony i pewny swoich słów.
Na szczęście od odpowiedzi uratował mnie Dolandillas, który wraz ze swoim wiernym towarzyszem akurat dotarł na szczyt wieży. Zakapturzony Eudriellion miał w ręku coś, co przypominało podłużny kamień, koloru rubinu. Był tak intensywny, że samo patrzenie na niego wydawało się fascynujące.
- Co to? - zapytał Patryk głową wskazując na łup elfów.
- Pieczęć trzymająca zło w ryzach. To znaczy w tym pokoju, gotowi go otworzyć? - zapytał dziwnie radosny Eudriellion.
Zanim ktokolwiek z nas zdążył zaprotestować, czy choćby wydać z siebie jakiś dźwięk, podszedł do drzwi, ukląkł przy nich i włożył pieczęć do ukrytego schowka. Następnie odsunął się jakgdyby nigdy nic i czekał, aż drzwi same uchylą swoje podwoje. Co z resztą za chwilę uczyniły, rozchylając się do środka i zapraszając wszystkich do ogromnej sali, której rozmiar na pewno przekraczał szerokość wieży.
- Wyczuwam czary - mruknęłam i ruszyłam do środka. Uprzednio upewniłam się, że mam przy sobie sztylet, choć wiedziałam, że elfy nie zostawią nas bez broni.
Sufit wielkiej sali był jednym wielkim sklepieniem i równocześnie dachem wieży. Typowo zaostrzony gmach, który było widać z zewnątrz musiał być iluzją. Wszystkie ściany pokryte były malunkami, które były tak przerażające i realistyczne, że wyjście z tamtąd wydawało się jedynym ratunkiem.
Podeszłam do jednej ze ścian, na której była przedstawiona scena okropnego bólu. Na środku stała naga kobieta, dosłownie rozrywana przez ciemne kreatury. Na obrazie było mnóstwo czerwieni symbolizującej krew umęczonej. Z jej rozerwanego ciała odpadały wnętrzności, wątroba właściwie zawisła w powietrzu. Gdy zrozumiałam, co tak naprawdę przedstawia obraz od razu poczułam jak mój żołądek protestuje i wraca wszystko co zjadłam tego dnia.
Już miałam się odwrócić, kiedy jedna z czarnych postaci spojrzała na mnie. Przysięgam, nie była to moja wyobraźnia! Ta sama postać ruszła ręką, w której nagle pojawiły się widły i z psychopatycznym uśmiechem przeszyła bronią kobietę. Ostrza pokonały całe jej ciało na wylot. W tym momencie kobieta także ożyła i całą sobą pokazała swoje cierpienie. Widok był niezapomniany.
Natychmiast uciekłam od ściany i poszłam do Dolandilasa, który akurat przygotowywał sterty broni.
- Co to za miejsce? - zapytałam czując silną panikę w sobie. Instynkt kazał mi uciekać, a mózg nie pozwalał zapomnieć zobaczonej sceny.
- To komnata strachu i zła. To jedyne miejsce, w którym nauczycie się walczyć z tym, co ześle na was Sarius. Przykro mi, ale wolimy was przygotować na przeznaczenie - powiedział złotowłosy książę. Nawet na mnie nie spojrzał tylko patrzył głucho w jakiś punkt, który sam sobie wyznaczył.
- Proszę, powiedz, że to tylko magia Wyklętych, zwykła iluzja - poprosiłam.
- Tak jest - zapewnił Eudriellion stający obok nas - Dzisiejszy trening będzie najgorszym co dotychczas przeżyliście. Będziecie walczyć z własnym strachem, obawami. Ale dacie radę, to nie test, kiedy będziecie mieli dość, po prostu powiedzcie.
- Kto pierwszy? - zapytał Dolandilas.
Spojrzeliśmy po sobie z Patrykiem, obaj w tym samym momencie, a ja poczułam nikłą nić porozumienia. Dzisiaj będziemy musieli współpracować, inaczej nic nie wyjdzie. Jednak wystarczyło kilka jego słów, aby wszystko zbruzgać.
- Panie przodem - uśmiechnął się. W jego oczach zobaczyłam ogromny strach.
- Teraz ci się zbiera na dżentelmena?! - wrzasnęłam i ze sztyletem w ręce podeszłam do niego. W jednym momencie stałam tak blisko, że oddychaliśmy tym samym powietrzem, jednak w tamtej chwili mało mnie to obchodziło. Byłam wściekła, wystawił mnie na króliczka doświadczalnego.
- Może jednak spróbujesz pierwszy? - rzucił Dolandilas i natychmiast znalazł się pomiędzy nami.
- Nie. Ja idę pierwsza, nie wiem czego oczekiwałam od tego tchórza - powiedziałam i podeszłam do stosu broni przygotowanej przez elfów.
- Weź łuk, strzały, miecz i sztylet. To będzie twoje pełne wyposażenie, w tej walce - poinstruował mnie Eudriellion.
- Na sali będziesz sama, my czekamy na zewnątrz. Z momentem wyjęcia pieczęci pokaże się pierwszy wróg. Nie wiemy ile ich będzie, ani czym się okażą. Aby skończyć musisz wszystkich pokonać. Jeśli uznasz, że nie dasz rady krzyknij stop, na tyle głośno by cię usłyszeć za drzwiami, a iluzja zniknie. Masz tyle czasu ile potzebujesz. Wszystko jasne?
Z lekką obawą skinęłam głową, a moi towarzysze wyszli z sali zabierając ze sobą całą broń, jaka została. Pora zacząć liczyć na siebie - pomyślałam. Chwyciłam łuk do ręki i założyłam strzałę na cięciwę. Plecami oparłam się o jedną ze ścian, by mieć pewność, że wróg nie zaatakuje od tyłu. Taka pozycja dawała mi także pełne pole widzenia.
Eudriellion krzyknął, że wyjmuje pieczęć, a ja wyostrzyłam wzrok czekając na przeciwnika. W głowie stale powtarzałam sobie, że to tylko iluzja i nakazywałam nie patrzeć na ściany, których zadaniem było odwracanie uwagi. W końcu w rogu pokoju zmaterializowała się jakaś postać. Nie czekając na rozpoznanie jej wystrzeliłam strzałę i założyłam następną.
Tym razem przede mną ukazał się śmierdzący, rozkładający się zombie. Z takiej odległości nie miałam szans na załatwienie problemu łukiem, więc szybko założyłam go na ramię i wyjęłam miecz z pochwy. Uskoczyłam na bok, kiedy wyciągnał przed siebie długie pazury i z boku ugodziłam go w nogę. Szybko wyszarpnęłam broń i zadałam kolejny cios - tym razem prosto pomiędzy żebra. Z ciała wyleciała czarna, jeszcze bardziej śmierdząca ciecz i trysnęła prosto na moją twarz. Z obrzydzeniem wytarłam się rękawem i zadałam ostateczny cios.
Postać zniknęła i nastała cisza. Ugięłam nogi w pozycji bojowej i ponownie oparłam się o ścianę rozglądając się za następnym przeciwnikiem. Nagle z ściany, która miała być dla mnie oparciem wystrzeliła jedna ręka i chwyciła mnie w pasie, zostawiając bolesne ślady zadrapań. Następna chwyciła mnie za nogę. Szybko zamachnęłam się mieczem i odcięłam obie ręce, jednak pojawiły się już nowe. Każda boleśnie drapała i wciągała mnie w ścianę. Walczyłam jak lwica by oderwać się od ściany, aż w końcu mi się to udało. Skutkiem tego została ogromna szrama na udzie, która natychmiast zaczęła krwawić. Szybko oderwałam kawałek zakurzonego prześcieradła, które niewiadomo skąd się tam wzięło i opatrzyłam sobie nogę.
Mój błąd leżał w tym, że za późno spotrzegłam się, iż w tym pokoju, z nagla pojawiają się tylko wrogowie. Prowizoryczny bandaż sam zaczął się zaciskać tak mocno, że zaczęłam krzyczć. W pośpiechu szukałam sztyletu i przecięłam bandaż, który zostawił po sobie siny ślad. Pozwoliłam nodze swobodnie krwawić, licząc na to, że odniesione rany także są iluzją.
Kolejni przeciwncy nie dali na siebie czekać. W jeden chwili klęczałam na podłodze, a w drugiej byłam już otoczona przez nieumarłych. Przeciwników było około dwudziestu, w czym zdążyłam wyróżnić zombie, szkielety oraz wampiry, które niestety przyciągała moja krew. Uznałam ich za największych przeciwników, choć wcale nie najbardziej przerażających.
Pierwszym krokiem, jaki podjęłam w tym nie równym pojedynku, była ucieczka do miejsca, w którym nie byłabym otoczona. Zamachnęłam się mieczem i trafiłam jakiegoś szkieleta, który rozpadł się na małe kosteczki zastraszająco szybko. Na szczęście zrobił małe miejsce w kręgu i mogłam szybko przemknąć na zewnątrz. Mechanicznie chwyciłam łuk i strzały, z których wystrzeliłam do kilku wampirów. Chodzącymi trupami postanowiłam zająć się później, poruszały się one tak wolno, że dopóki trzymałam je na dystans nie stanowiły większej przeszkody. Natomiast strzelanie do szkieletów wydało mi się śmieszne, kiedy jedna ze strzał przeleciała pomiędzy żebrami nieumarłego. Tych pionków musiałam rozwalić białą bronią.
Zajęłam się więc krwiopijcami, których zostało mi dokładnie pięć. Były cholernie szybkie i podniecone zapachem krwi, a ja powłóczyłam nogą, więc wydawało się, że mają przewagę. Jedynym plusem było to, że miejsce walki było ogromne, miałam więc dużo miejsca do rozplanowania. Trzymałam się z daleka od ścian i powoli się cofając strzelałam do wampirów. Został mi już ostatni, kiedy sięgając do kołczanu wyczułam, że nie ma w nim ani jednej strzały. Mój mózg zaczął panikować, ale na szczęście instynkt nakazał ciału wyjąć sztylet, który doskonale nadawał się do rzucania. Musiałam tylko trafić prosto między oczy. Zanim było za późno zamachnęłam się sztyletem i na moje szczęcie trafiłam prawie idealnie- na tyle by wampiry mieć z głowy.
Następnie chwyciłam miecz i uważając na przeciwników rozwaliłam kilka szkieletów, które wcale nie były trudnymi przeciwnikami. Ich kości były tak kruche, że wystarczyło jedno uderzenie. Zombie pewnie też nie byłyby takim wyzwaniem, gdyby nie to, że czarny płyn, który chyba służył im za krew, dostał się do mojej rany na udzie. Podziałało jak kwas, zaczęłam więc wreszczeć i nie miałam nawet siły zawołać " stop". Zombie wykorzystały sytuację i rzuciły się na mnie. Po kolei ciągnęły za każdą część ciała, odrywając moją skórę.
Ból był przerażający i natychmiast przepomniał mi kobietę z jednej ze ścian. Na moje wielkie szczęście, skojarzenie z obrazem przypomniało mi, że to jedna wielka iluzja. Zaczęłam krzyczeć, że to nie prawda i nie mogę w to uwierzyć. Mój własny głos musiał dotrzeć do mojego wnętrza i pomóc mi, nie obchodziło mnie jak to wygląda z zewnątrz.
Mimo bólu odniosłam swój sukces. Zombie zniknęły z przeraźliwym krzykiem, tak jak moje rany. Mimo to krzyczałam z bólu w niebogłosy, bo ten tylko się wzmocnił. Kompletnie zapomniałam o tym, że w każdej chwili mogę się poddać. Po prostu stałam w miejscu i krzyczałam, że to nie jest prawda, a przed moimi oczami obrazy ścienne zaczęły ożywać, postacie wychodzić z nich, aż w końcu zniknęły, a ja całkowicie opadłam z sił i runęłam z trzaskiem na ziemię.