wtorek, 3 stycznia 2017

Rozdział 15

                                  Rozdział 15
Wystarczyło zaledwie dotknięcie uzdrawiaczki, aby Patrykowi się polepszyło. Jak stwierdziła, nawet się nie zapracowała, ponieważ jego śmierć była chwilową iluzją, a ona jedynie musiała pozbyć się "szoku pourazowego".
Naradę zwołano w sali poświęconej malunkom przepowiedni. Na miejsce przybyliśmy z Patrykiem jako pierwsi. Uparłam się, aby osobiście odebrać go ze szpitala. Mimo, że jego śmierć była zaledwie iluzją, stale upewniałam się, że nadal żyje. Oglądaliśmy właśnie malowidło, które miało przedstawiać Sariusa.
Wysoki mężczyzna z zarzuconym na oczy kapturem dzierżył w ręku kostur, na którego szczycie znajdowała się zielona, przypuszczalnie szklana kula. Nekromantę otaczały szkielety i martwe ciała różnych stworzeń. Z każdego ciała ulatywało widocznie życie, pod postacią zielonej mgły. Obraz nie był tak przerażający jak te w sali iluzji, ale wywoływał dreszczyk.
- Już tu jesteście? - zapytał zdziwiony Dolandilas. Chyba spodziewał się, że to im przypadnie pierwszeństwo.
- W taki razie już są wszyscy, dobrze - odezwała się kapłanka Eudriane - Przeszliście dzisiejszy test. Jutro o świcie wyruszycie do twierdzy Krasnoludów, jako że znajduje się ona najbliżej Wyklętych. Wasza podróż potrwa kilka dni, a jej rezultaty prześlecie listem do królowej Airlandary. Żadna wiadomość nie może przyjść tutaj, Wyklęci od razu by ją przejęli, a do tego nie można dopuścić.
- Co z tobą? - zapytał Eudriellion.
- Nie mogę opuścić tego zamku. Niestety moja rola kończy się, mogę jedynie pilnować Wyklętych, jako że sama nią teraz jestem. A teraz idźcie odpocząć, czeka was ciężka podróż.


Do wieczora zostało jeszcze kilka godzin, więc postanowiłam powłóczyć się po królestwie. Trochę czasu minęło zanim przyzwyczaiłam się do skąpych stroi Wyklętych, ale teraz nie robiły już na mnie wrażenia. Mimo słów Dolandilasa, od czasu naszego przybycia stworzenia starały się zachowywać przyzwoicie, a muzyka przywodząca na myśl celtycką rozbrzmiała zaledwie dwa razy.
Jednak czas spędzony tam był zbyt krótki, by przywyknąć do fioletowej poświaty, która otaczała dosłownie wszystko do czego użyto czarnej magii. Ciężko też było uspokoić się, kiedy obok ciebie przelatywały przedmioty ciągnięte mocą któregoś z Wyklętych.
Z takimi myślami chodziłam po ogromnym budynku zamieszkanym przez dziwną mieszaninę ras, które znałam z filmów i gier. W końcu znalazłam jakieś szklane drzwi, prowadzące na zewnątrz. Było to jedyne wyjście, jakie znałam w całym królestwie, które nie było obstawione strażnikami zabraniającymi wyjść. Za szkłem rozciągał się piękny widok ogrodu, który porastały dwa gatunki kwiatów. Nie kojarzyłam żadnego z nich z naszego świata. Oba sięgały łodygami aż do mojego ramienia, a płatki nienaturalnej wielkości miałam zaraz przy twarzy.
- Więc znalazłaś nasz ogród - usłyszałam głos Tosyi.
- Przy drzwiach nie było strażników. Uznałam, że mogę wyjść - powiedziałam na swoją obronę, jakbym spodziewała się, że na mnie naskoczy.
- Nie ma problemu. To magiczne miejsce, ale hm... naturalnie - zaśmiała się delikatnym śmiechem jakiego pozazdrościła by jej niejedna dziewczyna. Przy niej mój śmiech przypominał rechot.
- Chcesz powiedzieć, że nie jest zasilane czarną magią? - domyśliłam się.
- Tak, kiedy zbudowaliśmy tutaj swoje miejsce, ten ogród już tu stał, już był zaczarowany.
- Co tutaj takiego magicznego? - zapytałam. Owszem, miejsce było przepiękne, ale słowo magiczne nabrało dla mnie zupełnie innego znaczenia, kiedy przybyłam do tego świata.
- Spotkajmy się tutaj przed północą, sama zobaczysz - rzekła uśmiechnięta tajemniczo i wyszła z ogrodu.


Do północy zostały mi jeszcze 3 godziny, postanowiłam zużyć je na zabiegi upiększające, na które ostatnio nie miałam czasu. W końcu jestem kobietą, mogę sobie czasami sprawić przyjemność!
Nimfy prowadziły coś w rodzaju spa w jednym z pomieszczeń podziemnych. Wytłumaczyły, że tak łatwiej nimfą wodnym ciągnąć wodę, cokolwiek to miało oznaczać. Tak czy inaczej, ich delikatne ręce robiły cuda z moimi mięśniami, kiedy po kolei każdy rozluźniały. Nawet nie wiedziałam, że byłam tak spięta. Po masażach przygotowano dla mnie kąpiele w olejkach kwiatowych. Kiedy wyszłam z wanny pełnej wody poczułam, że zapach przesiąkł przez moją skórę i teraz sama byłam jak chodzący kwiatek. Mimo to zapach był tak delikatny i słodki, że z przyjemnością się obwąchiwałam. Na koniec nimfy przeraziły się stanem moich paznokci, które bardzo często łamały się podczas treningów. Od razu chwyciły za różne specyfiki i wcierały sie w płytkę paznokcia, oraz skórki wokół nich. Kiedy uznały, że zrobiły co mogły pomalowały je jakąś odżywką, która po wyschnięciu zostawiła twardą warstwę.
Z błogiego relaksu wyrwała mnie Tosya. Weszła do pokoju pięć minut przed północą i poczekała, aż się ubiorę w zwiewną, granatową sukienkę sięgającą aż do podłogi. Zaprowadziła mnie przez korytarze do ogrodu kwiatów. Razem usiadłyśmy na dużej huśtawce przewiązanej sznurem na gałęzi.
- Uwielbiałam tu przychodzić, kiedy razem z kilkoma Wyklętymi zbudowaliśmy ten zamek.
- Jak na to wpadliście? Żeby wybudować schronienie dla Wyklętych?
- Byliśmy tylko grupą ludzi na wygnaniu, którzy mimo to szukali domu. Znaleźliśmy księgę, w której opisano tajniki magi.
- Czarnej Magii - wtrąciłam, na co Tosya skinęła głową.
- Nauczyliśmy się jej i kamień po kamieniu wznieśliśmy zamek. Wszystkie królestwa o nim usłyszały, ale tu nikt się nie zapuszcza. Jedynie, kiedy kolejna osoba zostaje Wyklętym, przychodzi ekspedycja i oddaje go nam w nasze ręce.
- Kim są osoby, z którymi wznieśliście to miejsce? Gdzie oni są?
- Nie żyją, ponieważ to było tak dawno, że moja pamięć nie sięga.
- Więc dlaczego... - nie wiedziałam jak skończyć aby było grzecznie, w końcu Tosya nie zbyt często rozmawiała ze mną przyjacielsko.
- Żyję? Ponieważ nadal jestem Nimfą. Nie mogę używać ich magii, oraz rozkoszować się pięknem Królestwa, ale to nie znaczy, że nie należę do swojego gatunku. Nieśmiertelność Nimf nadal mnie dotyczy - powiedziała z tęsknym uśmiechem - Chodź, zaczyna się.
Razem z Tosyą wstałam i ruszyłam wąskim chodnikiem do miejsca, gdzie kwiaty rosły najbujniej. Każdy z nich emanował teraz życiem, bardziej niż kilka godzin temu. Nagle płatki kwiatów o srebrnych koronach rozbłysły światłem oświetlając cały ogród. Kwiaty zdawały się tańczyć w okół siebie i piąć w naszą stronę. Zaraz potem wystrzeliły z nich srebrne kule, które w powietrzu rozpadły się na miliony świetlistych odłamków. Te unosiły się w okół nas niczym latający brokat, oświetlając cały ogród. Efekt był tak piękny, że zaparło mi dech. Jednak po zbyt krótkiej chwili kwiaty opadły na ziemię, tracąc życie, a srebrne odłamki zniknęły.
- Efekt Kwiatów Nocy trwa zaledwie minutę, każdej nocy. Kwiaty Dnia rozkwitają, kiedy staje słońce.
- To niesamowite - wydusiłam z siebie.
- Legenda głosi, że kiedy nie zakwitną Kwiaty Dnia, słońce nigdy nie wzejdzie już na tarczę nieba, a kiedy nie zakwitną Kwiaty Nocy, księżyc opuści naszą orbitę i nie zagości na nocnym niebie.
- Więc coś tak pięknego ma przewidzieć koniec świata - zaśmiałam się cicho. Nadal nie mogłam uwierzyć, że Kwiaty Nocy leżą teraz padnięte na ziemi.
- Nie martw się, pilnuję ich - uśmiechnęła się do mnie szeroko - A teraz lepiej idź spać. Słyszałam, że jutro wyruszacie.


Śniło mi się, że byłam księżniczką w zwiewnej sukni i tańczyłam w ogrodzie. Kiedy zakwitły Kwiaty Nocy do ogrodu wszedł książę elfów - Dolandilas. Wziął mnie w ramiona i razem lawirowaliśmy pośród kwiatów i srebrnych świetlików. Jednak coś tam nie pasowało. Rozpuszczone włosy księcia powiewały na wietrze i otulały mnie przy każdym obrocie. Kiedy jeden z odłamków Kwiatu opadł mu na włosy zrozumiałam dlaczego czułam taki niepokój. Złote włosy Dolandilasa nie pasowały do srebra ogrodu w nocy. Zanim się obudziłam pomyślałam tylko, że ciemny blond Patryka pasował by bardziej.


Rano obudziły mnie promienie słońca, które tego dnia grzało wyjątkowo mocno. Niezasłonięte okno wpuszało na moją twarz tyle światła słonecznego, że bałam się czy jej nie spaliłam. Zaledwie kilka minut po moim przebudzeniu do pokoju przyszła służąca-niziołek, która przyniosła mi małe zawiniątko.
- Prezent od pani Tosyi. Kiedy wybiją dzwony zapraszamy na śniadanie - powiedziała i pośpiesznie ruszyła dalej.
Kiedy otwarłam prezent okazało się, że jest to fioletowo-czarna zbroja. Na szczęście zakrywała całe ciało oprócz głowy, a nie jak to w zwyczaju mają Wyklęci tylko, co konieczne. Całą zbroję pokrywały metalowe płyty, które musiały ważyć chyba z milion kilogramów. Jednak w rękach nie czułam tego ciężaru, wręcz przeciwnie, odzienie ważyło tyle co nic. Po jej ubraniu nic się nie zmieniło.
Przyznam szczerze, że bałam się iż w takiej płytówce mogę wyglądać grubo, albo, że będzie za duża. Jednak ona przylegała idealnie do mojego ciała i nie krępowała ruchów. Coraz bardziej wyczuwałam w niej czarną magię Wyklętych. Mimo to prezent bardzo mi się spodobał, zbroja była piękna. Czułam się jak prawdziwa wojowniczka, nie jak łamaga, a to było pokrzepiające.
Kiedy wybiły dzwony w zbroji udałam się do miejsca, w którym Wyklęci jedli posiłki. My zwykle dostawaliśmy je do pokoi, ale skoro Tosya nas zaprosiła, nie wypadało odmówić. Moje miejsce mieściło się obok niej i Eudrielliona, na przeciwko nas siedzieli Dolandilas i Patryk z naburmuszoną miną. Wszyscy podziwiali moją zbroję, a ja szczerze podziękowałam Tosyi za prezent. Posiłek zaczął się bez żadnej mowy, po prostu zasiedliśmy przy stole i nałożyliśmy na talerze to co przypadło nam do gustu. Najbardziej smakował mi pieczony gryf, którego ostatnio nie ośmieliłam się zjeść, ze względu na Dolandilasa, a najmniej zupa z korzeni jakiś roślin. Miała gorzki smak niezbyt pasujący do reszty dań, ale z taktem to przemilczałam.
Po śniadaniu mieliśmy zaledwie chwilę dla siebie, żeby spakować do elfickich toreb niezbędne rzeczy. W pokoju znalazłam zapas niebieskiego energetyzującego napoju od Talany, z podziękowaniami za znajomość i wyrazami nadziei na następne spotkanie. Uśmiechnęłam się do kartki i wrzuciłam zapakowane picie do tobołka. Następnie zabrałam wszystkie rzeczy, które miałam ze sobą odkąd wylądowałam na polanie i wyszłam przed bramę. Ktoś przygotował już nasze jednorożce do drogi, przepasałam więc Fantaqiego i zabezpieczyłam bagaż, który na szczęście nie był zbyt ciężki. Po chwili dołączyli do mnie Dolandilas, Eudriellion i Patryk. Mieli na sobie ubrania, w których tu przyjechaliśmy.
- Czyżbyś tak bardzo zaprzyjaźniła się z Tosyą, że dajecie sobie prezenty? - zaśmiał się Patryk wskazując na moją zbroję.
- Zazdrościć psiapsióły? - zażartowałam. Tego dnia miałam bardzo dobry humor.
- Na twoim miejscu bym uważał - rzucił Eudriellion.
- Dlaczego? - zapytałam podejrzliwym tonem.
- Z taką nigdy nie wiadomo - odpowiedział i wsiadł na swojego jednorożca. Obok niego na drugim, śnieżnobiałym zwierzęciu siedział Dolandilas - Ruszamy?
- Czekajcie - odezwał się Patryk i uczynnie podsadził mnie na Fantaqiego. Jak za pierwszym razem. Następnie jednym zwinnym podskokiem wskoczył na grzbiet swojemu jednorożcowi - Możemy jechać.
Żelazna, wielka brama otworzyła się na znak elfów odchylając swoje podwoje i wpuszczając promienie światła do środka. Za bramą czekał nas długi most pilnowany przez kamienne gargulce, ale przede wszystkim świat nieuniknionych walk i trudów, sojuszników i wrogów. Mimo zła, z uśmiechem na twarzy wyprowadziłam jednorożca na most.












Rozdział 14

                                    Rozdział 14


Patryk stał zaraz za mną, stykaliśmy się plecami. On wyciągnął miecz, a ja łuk. W ten sposób ja mogłam walczyć na dystans, a on bronić mnie wręcz. Być może taktyka nie była zbyt dopracowana, ale musiała zadziałać.
W odległości kilkudziesięciu metrów przede mną pojawił się pierwszy przeciwnik. Odziana w czarną szatę sięgającą do samej podłogi, z kapturem założonym na oczy postać powoli podniosła głowę. A raczej czaszkę z resztkami skóry. W miejscu oczodołów świeciły dwa czerwone punkty niczym rubiny. Za cholerę nie wiedziałam co to jest.
- Patryk, osłaniaj tyły, przede mną stoi... coś! - powiedziałam do chłopaka, który na szczęście nawet nie próbował odwrócić głowy by zobaczyć o czym mowa.
Wyjęłam strzałę i naciągnęłam cięciwę. Puściłam ją dokładnie w momencie, kiedy Patryk upadł i odsłonił moje plecy. Strzała przeleciała ze świstem zaraz obok przeciwnika, który oczami wpatrywał się w chłopaka.
- Co się dzieje? - zapytałam przygotowując się do następnego strzału.
- Robaki wychodzą z mojego ciała! - krzyczał spanikowany kompan.
- Co?! - spojrzałam na niego.Rzeczywiście, larwy wszelkiej maści wypełzywały z jego rąk.
Na wszelki wypadek odsunęłam się od niego, po czym strzeliłam do żywego trupa. Tym razem trafiłam prosto w brzuch. Po chwili przeciwnik zniknął, a robaki przestały penetrować ciało Patryka.
- Mój Boże to Lisz! Jest przede mną - poinformował mnie i szybko zerwał się wyciągając miecz.
- Skąd wiesz? - zapytałam stając na przeciwko wroga.
- Lochy i smoki - odpowiedział niepewnie zerkając na mnie.
- Serio? Ty też?! No dobra, jak to zabić?
- Trzeba zerwać mu wisior z szyi. W środku jest uwięziona jego dusza.
- I jak niby zamierzasz się za to zabrać?!
- Ja? - zdziwił się i przeraził jednocześnie. Przewróciłam oczami. Mogłam się tego spodziewać.
- Tak, ty. Ja odwrócę jego uwagę, ty się zajmij wisiorem!
Przebiegłam Liszowi tuż przed nosem, aby zwrócił na mnie ... oczy? A może rubiny? No... to czym patrzy. Na szczęście udało mi się i trup w szacie odwrócił się w moją stronę. Cały tył miał odsłonięty, liczyłam na to, że Patryk to wykorzysta. Zatrzymałam się, kiedy coś oplotło moje nogi. Moja pierwsza myśl-tylko nie ręce.
Na szczęcie okazało się, że to tylko zgniłe ciernie. W końcu wspięły się na tyle wysoko, że przewróciłam się i uderzyłam policzkiem o zimną podłogę. Chwilę później Patryk zakradł się do Liszy i jednym zwinnym ruchem zerwał naczynie z duszą. Nieumarły zniknął z niemym krzykiem,a moje nogi zostały uwolnione. Ciemnozielony kamień przywieszony do cienkiego łańcucha został w ręce chłopaka, który schował go do kieszeni spodni.
Szybko wróciliśmy do początkowej pozycji i przygotowaliśmy broń. Rozglądnęłam się po całej sali szukając następnego celu. Moment później z sufitu spadła ... sowa. Uderzyła o podłogę dokładnie obok moich nóg.
- Patryk... nie spadła ci przypadkiem sowa z nieba? - zapytałam nie przestając wpatrywać się w ptaka.
- Że co? - zaśmiał się chłopak. Moje słowa musiały zabrzmieć absurdalnie.
Jednak sowa zaczęła ożywać. Podniosła się na nogi i rozłożyła skrzydła. Powoli rosła aż dorównała mi wysokością. Jej brązowe pióra wypadły odsłaniając kobiece, zaokrąglone kształty, a ze skrzydeł powstały zgrabne ręce, zakończone pazurami tak długimi, że można by nimi przeszyć czaszkę na wylot.
- I co teraz rycerzyku? - zapytałam odsuwając się na drugi koniec ściany. Patryk wybrał miejsce pod stołem - Chyba sobie jaja robisz! - wrzasnęłam.
- To strzygi! Demony żywiące się krwią dziewic! Można je zabić ogniem lub drewnem! Rozkręcę ten stół, ale ty musisz odwrócić jej uwagę!
- Krwią dziewic, ta? Chyba mam problem - powiedziałam. Moja noga lekko krwawiła po spotkaniu z cierniami Lisza, więc byłam celem idealnym.
Wyciągnęłam łuk i strzeliłam w demonicę, ale ta złapała strzałę w powietrzu i odrzuciła w drugą stronę. Nieustannie brnęła w moją stronę. W końcu była zbyt blisko by bronić się łukiem, zarzuciłam go więc na ramię i wyjęłam mały sztylet. Zamachnęłam się na Strzygę i trafiłam w ramię zostawiając szramę, z której przez chwilę ciekł ciemny płyn, po czym rana zasklepiła się. No oczywiście.
Demonica jednym silnym ruchem skręciła mi bark i wyrwała sztylet z ręki. Swoje łapska przycisnęła mi do szyi i w pewnym momencie bałam się, że jej szpony rozerwą mi gardło. Wtedy akurat Patryk wbił jej w plecy nogę od stołu i demonica zniknęła.
- Dzięki, mój bohaterze - wycharkałam.
- Opłacało się grać - zaśmiał się cicho - To chyba nie koniec.
Szybko się ogarnęłam i stanęłam o własnych siłach. W przeciwległym końcu sali stała przygarbiona staruszka. Jednak zanim się obejrzałam wyjęła różdżkę i strzeliła nią w Patryka. Chłopak zrobił duże oczy, ale stał niewzruszony. Nagle przestał się ruszać, a kobieta wybuchnęła skrzekliwym śmiechem.
- Patryk!- wrzasnęłam licząc na to, że może się ogarnie i chociaż ucieknie. Ale on tylko spojrzał na mnie i przekręcił oczami.
Szybko zgarnęłam łuk i napięłam cięciwę. Wiedźma skierowała wtedy na mnie swoją różdżkę, z której wystrzeliła zielona wiązka kwasu. Wypalił dziurę w ścianie, ale na szczęście mnie nie drasnął. Szybko wystrzeliłam z łuku trafiając w brzuch staruszki. Patryk podbiegł do mnie szybko, a wiedźma zaskrzeczała i zniknęła.
- Co z tobą? - zapytałam opierając się o przewrócony stół. Chłopak musiał go przewrócić kiedy zajmował się bronią na strzygę.
- Jędza mnie sparaliżowała! - oburzył się i sięgnął po miecz, który wcześniej mu upadł - Co teraz? Widzisz coś?
- Nie. Ale to nie koniec.
- Cii! Słyszysz to?
Rzeczywiście, kiedy zamilkłam usłyszałam ciche zawodzenie płaczącej dziewczyny. Z czasem rozbrzmiewało coraz głośniej, aż rozbolała mnie głowa. Wyjrzeliśmy zza stołu i zobaczyliśmy nastolatkę w białej sukni, skuloną w kącie. Miała niesamowicie długie, białe włosy, które zakrywały jej twarz.
- Co robimy? - zapytałam. Dziewczyna nie wydawała się szkodliwa, ale skoro zalazła się tutaj jako nasza iluzja, musiała być groźna.
- Czekaj tutaj z założoną strzałą, a ja do niej podejdę. Jeśli mnie zaatakuje, wystrzelisz strzałę - zaproponował i już ruszał przed siebie, ale zdążyłam go zatrzymać pociągając za rękę.
- Po co do niej idziesz?
- Być może nie musimy jej zabić, tylko uratować... - powiedział niepewnie.
- Co?! - wydusiłam tylko z siebie, ale on pewnie podszedł do dziewczyny.
Szybko założyłam strzałę zgodnie z jego poleceniem i stanęłam w dogodnej pozycji. Ręka mi się trzęsła jak u osoby z Parkinsonem, więc bałam się, że zamiast strzelić w wroga trafię w Patryka. Chłopak powoli stanął tuż obok skulonej dziewczyny, dokładnie na wyciągnięcie ręki. Powiedział coś do niej, jednak zbyt cicho bym to usłyszała. Nastolatka bardzo wolno podniosła głowę. Poczułam się, jakbym oglądała ją w zwolnionym tempie. Kiedy jej twarz uniosła się na tyle wysoko, by spojrzeć na Patryka, uniosłam łuk nieco wyżej.
Cokolwiek stało się później, działo się w zbyt szybkim tempie by to zrozumieć. Chłopak spojrzał dziewczynie w twarz, a zaraz potem leżał jak długi na podłodze. Wystrzeliłam strzałę, ale totalnie zmieniła drogę lotu i uderzyła w boczną ścianę. Dziewczyna niczym duch przemknęła całą długość sali z prędkością światła i dosłownie przeszła przeze mnie. Na całym ciele poczułam chłód, który przesiąknął do moich kości. Jednak trwało to tylko chwilę, bo zaraz potem dziewczyna stała za moimi plecami i dosłownie płonęła.
- Patryk! - rzuciłam się do niego, kiedy nastolatka w bieli zniknęła. Chłopak nadal leżał na podłodze i co gorsza, nie oddychał.
Potrząsałam nim, biłam po twarzy, ale nie działało. Zanim się zorientowałam po mojej twarzy poleciały łzy. Nie chciałam w to uwierzyć, ale w mojej głowie wciąż kołatała się jedna myśl: nie żyje.
Za drzwiami usłyszałam trzaśnięcie wypadającej pieczęci. Wszelkie iluzje powinny zniknąć, jednak chłopak nadal się nie poruszył, nawet nie wziął oddechu. Próbowałam go reanimować, ale pomieszałam sobie ilość wdechów z uciskami, za bardzo chciałam mieć go znowu przy sobie. Wrota się otworzyły i do środa wbiegli Eudriellion, Dollandilas oraz Tosya z jedną z uzdrawiaczek. Chyba się przyzwyczaili, że po wyjściu stąd któreś z nas potrzebuje pomocy.
Na szczęście nikt nawet nie próbował mnie odciągnąć od Patryka. Druidka, która zgłosiła się do pracy w tutejszym szpitalu podeszła do chłopaka i położyła rękę na jego czole. Zamknęła oczy i mamrotała zaklęcie pod nosem. Po chwili Patryk wziął pierwszy oddech i otworzył oczy.
- Dominika... - wyszeptał.
- Jestem tutaj - powiedziałam i nachyliłam się bardziej, by mnie widział.
- Nie patrz jej w twarz... myślę, że to banshee - powiedział, a ja się zaśmiałam. Chwilę temu tak bardzo bałam się, że umrze, a teraz on ostrzega mnie przed jakimś duchem. Byłam tak szczęśliwa, że nie zważając na innych pochyliłam się i go pocałowałam.
- Zabierzmy go do szpitala - usłyszałam głos Dolandilasa.
Nawet nie spojrzałam na jego twarz.


Rozdział 13

Rozdział 13
Im dłużej żyłam w tym świecie, tym lepiej poznawałam mechanizmy, którymi działał. Jednym z nieodłącznych, niczym koło zębate, bez którego nic nie działa, było powiadomienie władcy królestwa o grożącym niebezpieczeństwie. Nasz własny, drużynowy mechanizm polegał na tym, że kiedy coś się wydarzyło, po prostu powiadamialiśmy o tym resztę wtajemniczonych w plan i wspólnie to omawialiśmy.
Po treningu Patryka zastosowaliśmy się do obu tych zasad. Czekaliśmy w skrzydle szpitalnym, ponieważ Dollandilas zaznał obrażeń wewnętrznych, w tym złamanego żebra i krwotoku, a Patryk cały był poturbowany jakby przejechał go walec. Tak więc z całej potyczki najlepiej wyszłam ja, miałam tylko kilka zadrapań. Na szczęście złotowłosy książę obudził się kilka minut po tym, jak położono go na szpitalnym łóżku.
- Co tu się do piekielnych czeluści dzieje?! Zostawić was samych i znowu wszystko rujnujecie! - wrzasnęła Tosya wchodząc do sali wraz z Eudriane.
- Jeśli będziesz się drzeć na nas, za każdym razem kiedy coś się stanie, to zedrzesz sobie to piękne gardełko - skwitowałam.
- Przepraszam, ostatnio jestem na wykończeniu przez te wszystkie ataki. Co się stało? - zapytała tym razem już spokojniej. Kto by się spodziewał.
- Ćwiczyłem w sali iluzji, kiedy ten ogromny potwór rozerwał dach wieży i po prostu wleciał do środka. Pomyślałem, że to część ćwiczeń, więc okładałem go bronią, niestety bez rezultatu. Kiedy zorientowałem się, że nie dam rady krzyczałem umówione hasło, ale smok nie zniknął. Wtedy do sali wparowała Dominika i Dollandilas. Resztę pamiętam jak przez mgłę - zrelacjonował Patryk.
- To nie mogła być iluzja, to kolejny atak Sariusa. Kości smoka dotąd leżą na szczycie wieży, rany nie wyleczyły się same. To cud, że żyjecie - powiedziała Tosya.
- Co zrobimy? Ataki się nasilają, narażamy wszystkich Wyklętych. W końcu nie damy sobie rady. Co jeśli zaatakują nas, kiedy nie będziemy mieli broni? - zapytałam.
- Jutro odbędziecie wspólny trening w sali iluzji. Jeśli dacie radę przetrwać do końca, wyjedziecie pojutrze, jeśli nie, będziecie ćwiczyć dopóki się tak nie stanie. Potraktujcie to jak test, przygotujcie już dzisiaj, abyście jutro byli gotowi. Lekarze zaraz was wyleczą - zakończyła rozmowę Eudriane.


Wszyscy zgodzili się z decyzją kapłanki. Kiedy już byliśmy w miarę wypoczęci,a nasze rany zostały wyleczone, udaliśmy się w różnych kierunkach. Ja poszłam do baru, gdzie pierwszy raz piłam drinka Kwiat Erynii. Nie miałam zamiaru nic zamawiać, jednak kiedy zobaczyłam za ladą małego, brudnego goblina ze szpiczastymi uszami domyśliłam się, że nie obędzie się bez poczęstunku jakimś podejrzanym trunkiem.
Usiadłam na wysokim krześle i przyglądałam się jego pracy dopóki nie podszedł do mnie.
- Co podać? - zapytał piskliwym głosikiem. Aż musiałam się upewnić czy szklanki obok niego nie popękały.
- Coś po czym jutro będę żywa i gotowa do walki, a dzisiaj trzeźwa. Jeśli chcesz się ubawić możesz mnie zmienić na chwilę w karalucha, zawsze to nowe doświadczenie - uśmiechnęłam się sztucznie do goblina.
- Ciężki dzień, co? Ja się nią zajmę - powiedziała do goblina młoda dziewczyna i uśmiechnęła się do mnie.
- Ciężkie życie, że tak powiem - także się uśmiechnęłam.
Dziewczyna miała płomienisto rude włosy, a kiedy na mnie spojrzała zauważyłam, że także jej oczy są koloru ognia. Z pewnością była Piromanką.
- Musi ci być ciężko, taka odpowiedzialność na twoich ramionach - powiedziała i nalała do szklanki niebieskiego płynu, który wcześniej ukryty był pod ladą.
- Mam nadzieję, że mogę ci zaufać, co do tego - zaśmiałam się i wskazałam palcem na szklankę. Dziewczyna była wyjątkowo uprzejma jak na Wyklętą.
- Całkowicie, jestem z tobą, Dominiko. Zostałam Wyklęta za sprzeciwianie się decyzji pewnej ważnej osobistości w naszych kręgach. Nie żałuję tego, bo dzięki temu mogę być teraz i tu, z tobą - zakończyła i podała mi szklankę o wielu kolorach.
- Nie brakuje ci mocy? - zapytałam i pociągnęłam łyka tajemniczego napoju. Był dość słodki w smaku, ale wystarczył jeden łyk, a poczułam się o niebo lepiej.
- Czasami - wzruszyła ramionami - A tak w ogóle, jestem Talana - uśmiechnęła się i podała mi rękę nad ladą.
- Bardzo się cieszę, że cię poznałam Talano - powiedziałam szczerze.
- Jak i ja. A teraz muszę wracać do pracy. Wypij za jednym razem, a efekt będzie lepszy - poradziła, po czym zaczęła obsługiwać następnych klientów.


Po wyjściu z baru czułam się jak nowo narodzona, co było bardzo pomocne w przygotowaniach do jutrzejszego testu. Obawiałam się tylko, czy nie będę miała problemów z zaśnięciem. Tak czy inaczej postanowiłam skupić się najpierw na przygotowaniach do walki. Wiedziałam już co i jak, jednak spodziewałam się, że jeśli będzie nas więcej to i przeciwników nie zmaleje. W pierwszej kolejności udałam się na salę, która przypominała halę. Poćwiczyłam kilka sztuczek nauczonych niedawno przez elfy. Chociaż ćwiczenie tych wykopów i zamachów wydawało mi się dość dziwne, kiedy za przeciwnika służyło mi jedynie powietrze, nie rezygnowałam z wzmożonej aktywności fizycznej. Wysiłek dodatkowo pobudzał moje endorfiny, więc trochę potrwało zanim poczułam, że moje mięśnie protestują. Wtedy postanowiłam odwiedzić bibliotekę.
W środku stały wielkie regały zapełnione książkami, niestety każda z nich była napisana dziwnym językiem, którego nie byłam w stanie zrozumieć. Właśnie szłam rzucić okiem na inny regał, kiedy do środka wszedł Dollandilas.
- Słyszałem, że tutaj poszłaś, więc pomyślałem, że mogę ci trochę poczytać. Sama raczej nie dasz rady - powiedział.
- Tylko tyle masz do powiedzenia? - zapytałam.
- A co jeszcze chciałabyś usłyszeć?
- Chyba żartujesz. Zachowałeś się jak dupek, przez ciebie Patryk mógł zginąć!
- Wiem, przemyślałem to wszystko, przepraszam - powiedział ze skruchą.
- Co się z tobą dzieje? - zapytałam cicho.
Nie doczekałam się jednak odpowiedzi. Przez następne kilka minut po prostu staliśmy w miejscu przyglądając się sobie nawzajem, a nasze głowy zaprzątały odmienne myśli. Kiedy w końcu zrozumiałam, że nie mam na co czekać ruszyłam w stronę regałów ze starymi księgami.
- Jest tu coś, co mogłoby mi się jutro przydać? - zapytałam obojętnym tonem. Książę zniknął za sąsiednią półką by za chwilę wrócić.
- To powinno być odpowiednie - rzucił i usiadł na starym, drewnianym fotelu, który wyglądał jakby miał się zaraz przewrócić wraz z księciem na pokładzie.
Usiadłam obok niego, na nieco stabilniejszym fotelu. Wyciągnęłam nogi układając się wygodnie i zamknęłam oczy. Książę zaczął czytać księgę, a ja wsłuchiwałam się w tembr jego męskiego głosu.
Złotowłosy książę wybrał dość ciekawą powieść opowiadającą o początkach tego świata. Głosiła ona, że powstał on w wyniku wybuchu jądra ziemi, które ostudziła bogini Selune. następnie miała ukształtować pierwszych przedstawicieli tego świata i pomóc im w aklimatyzacji, cały czas trzymając ich pod opieką. Jak dla mnie zalatywało trochę naszą Biblią, ale nie wspomniałam o tym. Na szczęście cała ta opowieść zawierała w sobie elementy, które rzeczywiście mogły okazać się przydatne. Z pewnością na plus była opisana anatomia każdego stworzenia, tym razem przynajmniej będę mogła ocenić, czy walczę ze szkieletem nimfy, czy też krasnoluda. To bardzo pokrzepiające.
Tak czy inaczej, książę skończył czytać, kiedy było już bardzo późno, postanowiłam więc iść się już położyć.
- W takim razie dobranoc - powiedział Dolandilas zostawiając mnie samą przed drzwiami mojego pokoju.
Zanim się położyłam wzięłam jeszcze szybki, gorący prysznic i przyjrzałam się swojemu ciału w lustrze. Od czasu, kiedy się tutaj pojawiłam, moje mięśnie się uwyraźniły. Nie wyglądałam już jak mała sierotka, nabrałam nawet masy. Uznałam, że to dobrze, skoro czekała mnie tak ogromna w znaczeniu walka. Zanim jednak do niej dojdzie, miałam sporo czasu, żeby się wyspać, co też uczyniłam.

O świcie obudziła mnie zaufana służba Wyklętych, przynosząc mi śniadanie, składające się z czegoś podobnego do naleśników z owocami, roślinnych, chrupiących ciastek oraz sokiem z jakiegoś zielonego owocu. Całe śniadanie było przepyszne i porcjowane idealnie, by nie być głodnym, ale też nie pełnym. Krótko po tym, jak skończyłam dojadać ciastka, do mojego pokoju zapukała płomieniście-ruda dziewczyna. Pamiętałam, że wczoraj spotkałam ją w barze za ladą. To ona podała mi ten cudowny napój, po którym czułam się jak nowo narodzona. Z uśmiechem otworzyłam drzwi by przywitać Talanę.
- Witaj, przyniosłam ci coś na ten ciężki dzień - powiedziała podając mi niebieski napój w termosie.
- Dziękuję, wejdź.
Piromanka uśmiechnęła się serdecznie i weszła do środka, rozglądając się po pokoju. Kiedy sprawdziła dokładnie każdy kąt w końcu usiadła na skraju niepościelonego łóżka.
- Denerwujesz się? - zapytała.
- Troszkę - przyznałam- Ale tym razem nie będę sama, a to dość pokrzepiające.
- Wybacz, ale Patryk nie wygląda na duże wsparcie - zaśmiała się.
- I nie jest nim, ale lepszy rydz niż nic - wzruszyłam ramionami. Zabierałam się właśnie do rozplątywania kołtunów, jakie powstały w nocy przez moje wiercenie.
- Może pomogę? - odezwała się Talana podchodząc i zabierając ode mnie szczotkę. Miło było posiedzieć, kiedy ona delikatnymi, ale zdecydowanymi ruchami pomagała moim włosom wyjść na prostą. Tak jak kiedyś moja mama.
- Nie pracujesz dzisiaj? - zapytałam dziewczyny, kiedy ona zaplatała mi warkocza.
- Tutaj nikt nie pracuje, wszystko robimy nawzajem dla siebie, za darmo. Ale owszem, dzisiaj bar pozostaje na usługach goblinów. Musisz już iść - powiedziała zerkając na zegar.
Rzeczywiście nadeszła już pora ostatecznego testu.


Z Patrykiem spotkałam się w połowie drogi do Komnaty Iluzji. Ilość schodów w tej konstrukcji przewyższała chyba wieżę Eiffla, ale ostatecznie stwierdzić nie mogłam, bo w Paryżu nigdy nie byłam. Tak czy inaczej, wchodząc w tę i we w tę można sobie nieźle popracować nad kondycją.
- Masz, łyknij sobie, poczujesz się lepiej - rzuciłam na widok zaspanego chłopaka i podałam mu do połowy wypełniony niebieskim płynem termos.
- Co to? - zapytał i podejrzliwie powąchał termos, jednak po chwili pociągnął dość dużą ilość płynu.
- Wypij duszkiem, lepiej zadziała - powtórzyłam słowa Talany. Patryk wykonał to polecenie jak potulny szczeniaczek.
- Spałaś coś? - zadał pytanie, a na myśl o śnie sam zaczął ziewać.
- Trochę - wzruszyłam ramionami - Postaraj się dzisiaj nie zginąć, okej?
- Ty też.
Przy mosiężnych wrotach czekali na nas Eudriellion, Dolandilas i Tosya, we własnej osobie.
- Z jakiegóż to powodu zaszczycasz nas swoją obecnością? - zapytałam unosząc brwi do góry. Chciałabym w takich chwilach unieść tylko jedną, ale nie umiem, a próby zrobienia czegoś podobnego wyglądają dość zabawnie, zupełnie nieelokwentnie do wypowiedzianych słów.
- Dzisiaj ja kontroluję wasz test - odpowiedziała odwracając się do nas - Nie radzę niczego zniszczyć. Zmarnowaliśmy przez was całkiem spory pokład energii.
- Przejdźmy do rzeczy. Weźcie broń - rzucił Dolandilas, który z zamysłem wpatrywał się w jeden z łuków.
- Weź ten - podał mi go - Walczyłem nim od kiedy pamiętam.
- Dziękuję - założyłam łuk na ramię - Jak się czujesz?
- W porządku. Lekarze sprawili się doskonale - uśmiechnął się. I choć nie powiedział nic szczególnego był przy tym boleśnie czarujący.
Wzięłam jeszcze miecz, kołczan ze strzałami i mały sztylet - wyposażenie z mojego treningu.
- Tym razem walczycie do końca, nie możemy przerwać iluzji - uprzedził Eudriellion i otworzył wrota do umiejscowienia naszych koszmarów. Może to głupie, ale ja ciągle miałam przed oczami mały, przytulny pokoik.
W środku nie zmieniło się za wiele, naga kobieta nadal cierpiała piekielne bóle, które sprawiały jej czarne postacie. Szybko oderwałam wzrok od sceny przypominającej mi mój ból i tym razem obejrzałam drugą ścianę na przeciwko. Na tym obrazie stał mały chłopczyk. W jego oczach świeciły dwa węgielki i samo spojrzenie w nie przyprawiało o zawroty głowy. Mały chłopczyk klęczał pochylony nad ciałem mężczyzny, który wpatrywał się przerażony w niebo. W piersi dorosłego zionęła wielka, zakrwawiona dziura. Brakowało mu serca. Mały chłopczyk trzymał je w ręce i wręcz delektował się spływającą krwią. To, co wprawiało mnie w przerażenie to sadystyczny wzrok chłopca, radość z zadanego bólu. A przecież był jeszcze małym - może pięcioletnim - dzieckiem, ucieleśnieniem niewinności.

- Gotowi? - rozgrzmiał głos Tosyi, która na nasze niepewne skinięcia zamknęła drogę ucieczki. Po chwili usłyszałam charakterystyczny szczęk - wyjęto pieczęć. 

Rozdział 12

                                        Rozdział 12
Obudziłam się, kiedy moim ciałem zaczęły rzucać spazmatyczne wstrząsy. Nie leżałam już na zimnej, wykładanej kafelkami podłodze. Otworzyłam oczy i zobaczyłam nad sobą poważne spojrzenie jakieś elfki księżycowej.
- Nie ruszaj się, niesiemy cię do skrzydła szpitalnego - powiedziała.
Wokół mnie panował kompletny chaos, w którym nie mogłam się odnaleźć. Przez głowę przelatywały mi okropne obrazy ostatnich wydarzeń. Nie czułam rany na nodze, ale szczerze mówiąc nie czułam również całego mojego ciała. Czułam za to cierpienie psychiczne i w tamtym momencie bałam się, że się nie podniosę i zwariuję.
W końcu jakiś ork pomógł elfce zdjąć mnie z noszy i ułożyli mnie do łóżka. Zza drzwi chwilę później wpadli wszyscy wtajemniczeni w plan. Jedno mogłam przysiąc - nigdy jeszcze nie widziałam takiego poczucia winy, jakie malowało się na twarzy Dolandilasa.
Elficzka, która najwyraźniej była czymś w rodzaju lekarza, nie wygoniła ich z pokoju. Po prostu nie zwracała na nikogo uwagi. Pomogła mi się podnieść i usiąść, po czym dotknęła rękami mojego czoła i wymamrotała jakieś słowa. Przez moje ciało przelała się ciepła, przyjemna energia, oczyszczając mnie z toksyn. Na koniec powędrowała do mojego umysłu i także tam zrobiła porządek. Czułam jakby odkurzała cały ból i cierpienie. Kiedy skończyła czułam się o wiele lepiej, jeszcze nie tak dobrze, jak wcześniej, ale już nie czułam takiego mroku w sobie.
- Już jest w porządku, musisz tylko odpocząć. Potrzebujesz czasu na ponowne zregenerowanie sił - pocieszyła mnie z uśmiechem i zostawiła nas samych.
Pierwsza podeszła do mnie kapłanka i z konsternacją na twarzy przysiadła na łóżku.
- Na prawdę jest już w porządku? Możesz normalnie rozmawiać? - zapytała.
- Tak, czuję się normalniej - powiedziałam głupio. Nie wiedziałam jak inaczej zdefiniować swoje samopoczucie, ale rzeczywiście, wszystko było już okej.
- Co tam się wydarzyło? - zapytał cicho Eudriellion.
- Walczyłam do końca. Ale w pewnym momencie nie dałam rady i zombie rozdzierały mi skórę. Przypomniałam sobie, że to tylko iluzja, zaczęłam krzyczeć, a zombie zniknęły. Potem zemdlałam.
- Niesamowite. Dominiko, możesz chodzić? - zapytał troskliwie Dolandillas.
- Myślę, że tak.

Chwilę później wszyscy szliśmy schodami do wieży, w której zemdlałam. Koniecznie chcieli mi coś pokazać, jednak uprzedzili mnie, że w środku będzie wściekła Tosya.
- Jesteś gotowa? - zapytał Patryk i otworzył mosiężne wrota, prowadzące do sali iluzji.
Jednak teraz nie był to ogromny, przerażający pokój, a malutki, zakurzony. Przypominał nieco babciną sypialnię.
- Co tu się stało? - zapytałam zaskoczona. Weszłam do środka, gdzie rzeczywiście zastałam Tosyę, wraz z kilkoma Wyklętymi.
Władczyni odwróciła się do mnie, a z jej twarzy wyczytałam, że wściekła, to mało powiedziane.
- Możesz mi do cholery wytłumaczyć jak to zrobiłaś?! Gdzie jest sala iluzji?!
- Daj spokój, jeszcze nic jej nie wytłumaczyliśmy - stanął w mojej obronie złotowłosy książkę.
- Co tu się stało? - powtórzyłam pytanie.
- Ty to zrobiłaś. Swoimi krzykami wzmogłaś głęboko ukrytą moc, złamałaś potężne zaklęcie Wyklętych. Pokonałaś wszystkie zabezpieczenia i sprawiłaś, że całą ich iluzję tego pokoju szlag trafił - tłumaczyła Eudriane z wielkim podnieceniem.
- Jeśli potrzebujesz świadectwa twojej mocy, to myślę, że to powinno ci wystarczyć - powiedział z uśmiechem Patryk.
- Przyznaję, to co zrobiłaś budzi podziw - rzuciła Tosya - Naprawienie tego zajmie nam całą noc, a i tak nie odzyskamy całej świetności tego miejsca.
- Nie mam pojęcia, jak do tego doszło - wyznałam - Po prostu nie mogłam znieść tego bólu i tylko krzyczałam...
- My nie słyszeliśmy krzyku, tylko ten, który pochodził od twoich przeciwników - wtrącił Eudriellion.
Chwilę jeszcze podziwiałam mały pokoik, zupełnie inny niż tamten. Potem jednak Wyklęci poprosili o nasze wyjście, by z powrotem przywrócić iluzję.
- Patryk też odbędzie tam trening? - zapytałam, kiedy schodziliśmy po schodach w dół wieży.
- Tak, ale jutro. Musimy mieć pewność, że pokój zadziała jak trzeba.


Resztę tego dnia, który praktycznie już się kończył, spędziłam u siebie w pokoju. Nakazano mi odpoczywać i regenerować siły, choć wcale nie czułam, bym tego potrzebowała. Miałam za to czas dla siebie, przemyślałam wszystko co zaszło, choć nie znalazłam odpowiedzi na żadne z nurtujących mnie pytań.
Chciałam zająć czymś myśli, chwyciłam więc za książkę. Przeczytałam kilka akapitów, ale za wiele z nich nie zrozumiałam. Poddałam się i położyłam spać, modląc się do Selune o spokojny sen.


Z samego rana obudziła mnie sama Tosya zapraszając do uroczystej sali zebrań. Z tego co wywnioskowałam miała nam wszystkim coś niesamowicie ważnego do powiedzenia.
Dała mi tylko chwilę na przebranie się z piżamy i osobiście zaprowadziła do miejsca spotkania. W środku na krzesłach wiercili się już wszyscy moi towarzysze.
- Co jest tak niezmiernie pilne? - zapytał Dolandilas, którego najwyraźniej też dopiero obudzili, ponieważ miał większe wory pod oczami niż ja.
- Nie mamy czasu, więc nie będę obijać w bawełnę. Przesłuchaliśmy Katię, niestety zmusiła nas do wejścia w jej umysł. Dzięki temu odkryliśmy kim tak na prawdę teraz jest. Okazało się, że pracuje dla Sariusa, który obiecał jej wolność, w zamian za zabicie Dominiki.
Wszyscy zaniemieliśmy. Skąd mieliśmy wiedzieć, że Tosya sobie tego nie wymyśliła tylko po to aby odwieść naszą uwagę od niej?
- Skąd taka pewność? - zapytałam podejrzliwie.
- Mówię ci, że byłam w jej umyśle, słuchasz czasem? - przewróciła oczami - Najważniejsze jest to, że Sarius ją przekabacił. Nie wiem jak do niej dotarł, ale skoro to zrobił to jest sto procent szans, że może być następny, racja?
- Sarius wzmocnia swoją moc. Już wysłał za nami Symorę, teraz Katia. Wygląda na to, że nigdzie nie jesteśmy bezpieczni - wtrącił Dolandilas.
- Co z tym robimy? -zapytał Patryk.
- Nic nie możemy zrobić. Nie jesteście jeszcze gotowi na opuszczenie królestwa. Trenujemy dalej, zachowujemy wzmożoną uwagę i tyle - rzucił Eudriellion.
Zgodziliśmy się z tym i podziękowaliśmy Tosyi za wiadomość - prawdziwą czy nie.

Kiedy w końcu Tosya wypuściła nas z pokoju udaliśmy się na śniadanie, po którym mieliśmy się spotkać w wieży. Tym razem to nie był mój trening, ale uznałam, że będę czekać na Patryka - na wszelki wypadek. Idiota czy nie będzie potrzebował wsparcia.
Na szczyt wieży dotarłam ostatnia, czemu przyczyniły się przepyszne placki z owocami. Nie przyniosłam ze sobą żadnej broni, bo uznałam, że nie będzie mi potrzebna. Za mosiężnymi wrotami dostrzegłam odnowioną salę iluzji. Jedyna różnica polegała na braku ruszających się ścian, choć nie ujęło im to wiele z upiorności.
- Witaj Dominiko, miło że zechciałaś nam dotrzymać towarzystwa - przywitał mnie Dolandilas pokazujący właśnie Patrykowi broń.
- Gdzie Eudriellion? - zapytałam zamiast tego.
- Prosił by dzisiejszy trening odbył się bez jego osoby. Ma jakieś ważne sprawy do załatwienia - złotowłosy książę wzruszył ramionami.
- I nie pytałeś go o co chodzi? - dopytywałam.
- A powinienem? - elf odpowiedział pytaniem podnosząc jedną brew do góry.
- Tak? Myślałam, że jesteśmy drużyną i powinniśmy sobie mówić nawzajem gdzie idziemy, tym bardziej, kiedy każdy nasz ruch może być śledzony przez Sariusa lub jego popleczników.
- Jesteśmy drużyną, więc powinniśmy także mieć do siebie zaufanie. Ja mu ufam, poza tym obiecał, że weźmie ze sobą obstawę.
- Dokąd?
- Dominika, czy ty aby przypadkiem nie jesteś zbyt ciekawska? - wtrącił Patryk kończąc oglądać broń.
- A ty co, podsłuchujesz? Może lepiej byś się zajął odpowiednim przygotowaniem? - odcięłam się.
- Ta rozmowa nie ma sensu. Patryk, jesteś gotowy? - zapytał Dolandilas schodząc z tematu.


Chwilę później siedzieliśmy z Dolandilasem tuż przed mosiężnymi drzwiami, za którymi toczyła się walka. Co chwilę słyszałam brzdęk uderzania o siebie broni. Z tego co wiedziałam to Patryk nie posługiwał się bronią na dystans, ale na wszelki wypadek schował jeden sztylet nadający się do rzucania. Na własnym przykładzie wiedziałam, jak bardzo może okazać się pomocny.
- Walczyłeś kiedyś w sali iluzji? - zagadałam do zamyślonego księcia. Przysłuchiwanie się temu, co działo się w środku zaczęło mnie już nudzić.
- Nie. Żadna istota, która nie została wyklęta nie ma tutaj prawa wstępu. Dlatego nie wiedzieliśmy o czarnej magii, która jest tu praktykowana. O sali opowiedziała nam Eudriane.
- Pytaliście skąd wiedziała o niej? - zapytałam machinalnie.
- Zacznij nam ufać Dominiko. Inaczej będzie nam bardzo ciężko w tej wojnie.
Nie odpowiedziałam, bo w tym momencie coś mocno łupnęło w drzwi.
- Patryk?! - krzyknęłam.
- Nic mi nie jest, to nie ja - odpowiedział zadyszany.
- Wszystko w porządku? - zapytałam.
- Jak najlepszym! - rzucił i ponownie wrócił do walki, a ja postanowiłam go nie dekoncentrować.
- Czujesz coś do niego? - odezwał się Dolandilas i wpatrywał we mnie przenikliwie.
- Odrazę - odpowiedziałam i przewróciłam oczami.
- Nie o takie uczucia pytam - powiedział twardo.
- Możecie wszyscy dać mi spokój? Nie wiem co czuję, ostatnio albo nie czuję nic albo czuję za dużo, ciężko się w tym połapać.
- Tłumisz w sobie uczucia, zamykasz w sobie. A kiedy jest ich za dużo zjadają cię i nie pozwalają czuć nic więcej. To nie jest normalnie, Domi.
- Sugerujesz, że jestem nienormalna? - oburzyłam się.
- Jesteś wyjątkowa, na swój własny sposób. Ale tak się nie da długo żyć i dobrze to wiesz.
- Więc co twoim zdaniem powinnam zrobić, wasza książęca mość? - zadrwiłam.
- Pozwolić uczuciom robić swoje, poddać się im. Przyznać przed sobą, że jednak coś czujesz.
- Nie znasz mnie. Nie wiem jakim prawem mnie oceniasz, ale daruj sobie takie rady - rzuciłam. Z twarzy elfa wyczytałam, że moje słowa go zraniły, ale w głębi duszy czułam, że tak będzie lepiej.
Kolejną godzinę siedzieliśmy w milczeniu słuchając zmagań Patryka. Choć usilnie starałam się nie zastanawiać, nad słowami złotowłosego księcia, jakoś moje myśli zawsze kierowały się w kierunku tego toru. Czy rzeczywiście tłumie w sobie wszystkie emocje? Czy coś podobnego nie byłoby samoistną destrukcją?
- Opowiedz mi o nimfach - poprosiłam Dolandilasa. Z wszystkich, których przyjdzie mi odwiedzić o nich wiedziałam najmniej.
- Ich królestwo nico różni się od pozostałych ze względu na różnorodność środowisk nimf. Część z nich mieszka pod wodą, są to nimfy wodne, czyli najady. Niektóre zamieszkują swój własny las, nazywamy je driadami. Zaś te, które mieszkają na łąkach to lejmoniady.
- Skoro mieszkają osobno i dzielą się na grupy, będziemy musieli przekonać każdą grupę z osobna? - zapytałam.
- Na szczęście nie. Podlegają jednakowej władzy nimfy Ibrein. Jako jedyna narodziła się z obumarłego drzewa, tak jak jej przodkowie. Można powiedzieć, że ich władza jest dziedziczna, choć nimfy są niepokalane, jeśli wiesz o co mi chodzi - zaczerwienił się.
- Tak, myślę, że wiem - odpowiedziałam - W moim świecie nimfy występowały tylko w mitologii i raczej nie były kojarzone z niebezpieczeństwem i walką. W czym mogą nam pomóc? - zmieniłam temat.
- To prawda, są raczej kojarzone z łagodnością i spokojem. Jednak posługują się magią natury, którą dobrze można wykorzystać. Poza tym jak nikt potrafią leczyć rany.
- Mają coś wspólnego z elfami? - dopytywałam.
- Raczej niewiele. Uważają nas za dzikie, brutalne istoty - wzruszył ramionami.
W takim razie ciekawe co powiedziały by o ludziach - pomyślałam.
- Są jakieś hmm... nimfy, płci męskiej? - zapytałam zamiast tego.
- Nie, nimfy to tylko i wyłącznie kobiety. Rodzą się z kwiatów i innych roślin. Jednak tylko królewska rodzina zostaje poczęta przez drzewo - zaśmiał się.
Żadne z nas nie zdążyło już nic powiedzieć bo zza drzwi sali iluzji dobiegł nas odgłos walących się ścian, a potem przerażające "stop" Patryka. Obaj natychmiast się zerwaliśmy i Dolandilas zwinnym ruchem wyjął pieczęć. Mimo to chłopak nadal krzyczał, choć jego przeciwnik powinien już zniknąć.
- Otwórz drzwi! - wrzasnęłam na Dolandilasa.
- Nie. Zasady są jasne, to on ma je otworzyć - wzruszył ramionami.
- Coś mu się może stać!
- A może po prostu chcesz zobaczyć czego się boi, co? Przecież tak bardzo się o niego troszczysz!
- Stul pysk. I wiesz co? Mam gdzieś te twoje zasady! - rzuciłam i szybko chwyciłam do rąk miecz, łuk oraz strzały.
Miecz schowałam do pochwy, a jedną ze strzał założyłam na cięciwę łuku, po czym z całej siły jedną ręką pociągnęłam za drzwi. Na moje szczęście otworzyły się zadziwiająco łatwo, więc szybko mogłam odnaleźć się w sytuacji. Jednak kiedy zorientowałam się co tak na prawdę mam przed sobą, moje serce przestało bić i powędrowało do gardła.
Przede mną bowiem stał ogromny, kościsty smok. Był odzwierciedleniem smoków, które widywałam w filmach fantasy, jednak jego cielska nie pokrywały łuski czy skóra. Był to po prostu ogromny, latający szkielet smoka. Jedyną częścią, która nie była kością, było ukryte za żebrami serce, które już nie pompowało krwi.
Patryk stał w kącie pokoju trzymając w ręce krótki sztylet, którym z pewnością nie da się pokonać takiego bydlęcia. Wystrzeliłam więc strzałę pomiędzy żebrami smoka, którego rozmiar sprawiał, że ta olbrzymia sala wydawała się ciasną izolatką. Następnie wyjęłam miecz i pamiętając jak wyglądała walka z szkieletami zaczęłam okładać potwora po kościanych łapach. Niestety, nie był tak kruchy, mój miecz po prostu odbił się od jego kości. Kątem oka zobaczyłam jak Dolandilas wbiega z łukiem w ręce i tak jak ja próbuje odwrócić uwagę smoka od Patryka.
Poszło mu całkiem nieźle bo smok rzeczywiście zmienił swój cel i zaatakował elfa ogonem wgniatając go w ziemię. Wtedy ja wykorzystując sytuację chwyciłam łuk i wystrzeliłam pomiędzy żebrami, celując w serce. Na nasze nieszczęście strzała poleciała za wysoko i ledwie drasnęła rozjuszonego smoka. Wtedy Patryk , który odzyskał swój miecz rzucił się na niego by dać mi kolejną szansę trafienia smoka. Jednak ten tylko znowu zamachnął ogonem z taką siłą, że obaj leżeliśmy na ziemi cali obolali. Kiedy rozejrzałam się po sali zobaczyłam, że Dolandilas jest nieprzytomny, a Patryk czołga się do broni.
Smok obrał sobie za cel mnie, a swojego dzieła zamierzał dokonać rozgniatając mnie kościstą łapą. Już podnosił ją do góry odsłaniając przy okazji jedyne miejsce, które nie chroniło jego serca, kiedy założyłam strzałę na cięciwę i wystrzeliłam. Tym razem trafiłam prosto w serce, a wszystkie kości w momencie się rozpadły jak zaczarowane. Szybko zorientowałam się, że większość spada na mnie, jednak jednym zwinnym ruchem przeturlałam się tak, że leżałam bezpiecznie obok Patryka. Spojrzałam na niego i wypowiedziałam jedyne słowa, które przyszły mi na myśl.
- To, że jestem ciekawska chyba właśnie uratowało ci życie.



piątek, 11 marca 2016

Rozdział 11

                      Rozdział 11

Następnego poranka moja mama wyjeżdżała w towarzystwie Todora i Maćka. Nie pochwalałam jego obecności tam, ale przynajmniej nie ja musiałam znosić jego łajdactwo. O świcie obudziła mnie jedna z posłanek Eudriane. Poinformowała mnie, że kapłanka prosi o spotkanie przed wyjazdem pierwszej grupy.

Od feralnej zdrady Katii wszyscy zrezygnowaliśmy z obstaw po korytarzach, a sami zaczęliśmy się umawiać w wyznaczonych punktach. Nigdy nie zapomialiśmy, by mieć przy sobie choć głupi sztylet. Co prawda Tosya zapewniała nas, że Katia nie jest jej szpiegiem, ale przecież była Wyklętą. Atak jej nimfy zachwiał nasze i tak już leżące zaufanie w stosunku do każdego, kto nie był wtajemniczony.

Wychodząc z pokoju, ubrana już w skórzany strój na trening byłam zadowolona, bo wiedziałam, że chociaż wyjazd matki wiąże się z niebezpieczeństwem i możliwością utraty jej, to dawał też nadzieję, a nasz plan posuwał się do przodu. Cieszyłam się również, że dzień wcześniej pożegnałam się z matką. Nie chciałam zostawiać jej w takim towarzystwie - Maciek - to mówi samo za siebie - no i Todor. Wyglądał na uczciwego, moja mama mu ufała, ale ja właściwie go nie znałam. Tak czy inaczej, rano nie miałam już wyboru i zapomnałam o wysłanej ekspedycji, skupiłam się na tu i teraz.

- Witaj - rzekł na przywitanie Eudriellion, który czekał na mnie w rogu korytarzu.

- Jak noc? - zapytałam, aby podtrzymać rozmowę. Prawda była taka, że nie obchodziło mnie to ani trochę.

- Zwyczajnie - elf wzruszył ramionami i otworzył przede mną drzwi do pokoju Dolandillasa.

Tym razem spotkanie było niezbyt oficjalne, z obawy przed wyczajeniem naszego planu. Pokój księcia niewiele różnił się od mojego, jednak miał w sobie coś męskiego. Nie były to plakaty sportowców, czy porozrzucane na podłodze śmierdzące koszuli, które większość współczesnych nastolatków ( i chodzi mi tu tylko o płeć męską) uważają za męskie. Sypialnia Dolandillasa emanowała inną męskością - bardziej dojrzałą. Być może było tak za sprawą granatowych ścian albo zapachu męskich perfum.

W pokoju czekała już Eudriane i Dollandilas, kiedy weszliśmy my brakowało już tylko Patryka. Czekaliśmy na niego dłużej niż było to słuszne, ale po tym czasie wparował do nas zadyszany. Wytłumaczył się tym, że zaspał.

- Cały ojciec - mruknęłam pod nosem, a on rzucił mi zawiedzione spojrzenie.

- Zaczynajmy - rzekła kapłanka, zanim ktokolwiek zdążył jeszcze coś wtrącić - Pierwsza grupa zawiązywania sojuszy dzisiaj wyjechała, to dobry znak, oznacza bowiem, że nasz plan zaczyna się realizować. Jednak wszyscy wiemy, że trwa wojna, nikt nie może stać bez czynnie. W historii naszego świata nie było prawdziwej wojny, zawsze panował pokój, nawet podczas pokonywania Sariusa. Dlatego prosimy was, ludzi, o pomoc. Dominiko, jakie przygotowania należy poczynić?

To pytanie było skierowane bezpośrednio do mnie, jednak czy tak na prawdę wiedziałam więcej o wojnie, niż oni? Żadnej nie przeżyłam, a już na pewno nie prowadziłam.

- Kiedy nasza grupa wyjdedzie zajmijcie się zbieraniem zapasów, zabezpieczcie tyle wody, jedzenia i broni ile zdołacie. Z mojej strony obiecuję, że każdy zawarty sojusz będzie obejmował poszerzenie zapasów.

- Przetrenujcie swoich poddanych, nauczcie ich walczyć, jeśli nie potrafią - wtrącił Patryk.

- Dokładnie. Macie wyjątkowo uzdolnionych mieszkańców, że już nie wspomnę o kobietach. Praktycznie każda z was to urodzona wojowniczka. Kobiety także nauczcie walczyć, a jeśli nie będą do tego zdolne lub będą miały na utrzymaniu dzieci, nauczcie ich opatrywać rany, zostaną sanitariuszkami - dopowiedziałam.

- Słuszne spostrzeżenia, zaraz wyślę je w liście do królowej Airlandary. Powinniśmy zrobić coś jeszcze? - zapytała kapłanka.

- Myślę, że tak. Módlcie się do bogini Selune i proście o błogosławieństwo.

 

Po krótkim obgadaniu kolejnych kroków przyszedł czas na codzienny trening. Z lekką obawą wchodziłam do sali, która tego dnia miała nam służyć za miejsce ćwiczeń. Z tego co udało mi się usłyszeć z rozmowy elfów, drzwi tego pokoju były zaryglowane od bardzo dawna i absolutnie nikt nie miał prawa wejść do środka. Wrota miały zostać otwarte specjalnie na potrzeby naszej misji. Co było tak strasznego, że zakazano wstępu tam? Miałam się dowiedzieć.

Wielka, przestronna sala mieściła się w najwyższej części, najwyższej wieży królestwa Wyklętych. Miałam okazję poczuć się jak księżniczka, uwięziona w wieży, tylko zabrakło smoka i księcia na rumaku. Oczywiście zadowoliłabym się także ogrem Shrekiem, ale on także nie przybył. Przy wielkich, mosiężnych wrotach czekał za to Patryk- tego dnia nasz trening miał być łączony.

- Słyszałeś coś ze środka? - zagadałam. Byłam ciekawa co też ciekawego przygotowali dla nas Dolandilas i Eudriellion, tymbardziej w zakazanej komnacie Wyklętych.

- Nic. Kompletna cisza, za to drzwi ani drgną - wzruszył ramionami.

- Ty idioto, nie mów, że próbowałeś je otworzyć. Przecież nie wiesz co jest w środku, dostaliśmy dokładne polecenie. Czekać.

- Od kiedy tak posłusznie wykonujesz czyjeś polecenia, co Domi? Z tego co wiem jesteś czystą buntowniczą krwią - rzucił z przekąsem.

- Możemy już skończyć z tymi złośliwościami? Doskonale wiem, że tylko się na mnie odgrywasz. Odrzuciłam twoje zaloty i uraziłam męskie, nadęte ego. Ale twoje docinki nie zmienią tego, że nic do ciebie nie czuję - powiedziałam mu, patrząc prosto w oczy. Ile było w tym kłamstwa, wiedziałam tylko ja.

- Tylko pytanie czy na prawdę kompletnie nic nie czujesz, czy przypadkiem nie uciekasz przed uczuciami?

- Co proszę? Dlaczego miałabym uciekać? - oburzyłam się.

- Ponieważ się boisz - odpowiedział zadowolony i pewny swoich słów.

Na szczęście od odpowiedzi uratował mnie Dolandillas, który wraz ze swoim wiernym towarzyszem akurat dotarł na szczyt wieży. Zakapturzony Eudriellion miał w ręku coś, co przypominało podłużny kamień, koloru rubinu. Był tak intensywny, że samo patrzenie na niego wydawało się fascynujące.

- Co to? - zapytał Patryk głową wskazując na łup elfów.

- Pieczęć trzymająca zło w ryzach. To znaczy w tym pokoju, gotowi go otworzyć? - zapytał dziwnie radosny Eudriellion.

Zanim ktokolwiek z nas zdążył zaprotestować, czy choćby wydać z siebie jakiś dźwięk, podszedł do drzwi, ukląkł przy nich i włożył pieczęć do ukrytego schowka. Następnie odsunął się jakgdyby nigdy nic i czekał, aż drzwi same uchylą swoje podwoje. Co z resztą za chwilę uczyniły, rozchylając się do środka i zapraszając wszystkich do ogromnej sali, której rozmiar na pewno przekraczał szerokość wieży.

- Wyczuwam czary - mruknęłam i ruszyłam do środka. Uprzednio upewniłam się, że mam przy sobie sztylet, choć wiedziałam, że elfy nie zostawią nas bez broni.

Sufit wielkiej sali był jednym wielkim sklepieniem i równocześnie dachem wieży. Typowo zaostrzony gmach, który było widać z zewnątrz musiał być iluzją. Wszystkie ściany pokryte były malunkami, które były tak przerażające i realistyczne, że wyjście z tamtąd wydawało się jedynym ratunkiem.

Podeszłam do jednej ze ścian, na której była przedstawiona scena okropnego bólu. Na środku stała naga kobieta, dosłownie rozrywana przez ciemne kreatury. Na obrazie było mnóstwo czerwieni symbolizującej krew umęczonej. Z jej rozerwanego ciała odpadały wnętrzności, wątroba właściwie zawisła w powietrzu. Gdy zrozumiałam, co tak naprawdę przedstawia obraz od razu poczułam jak mój żołądek protestuje i wraca wszystko co zjadłam tego dnia.

Już miałam się odwrócić, kiedy jedna z czarnych postaci spojrzała na mnie. Przysięgam, nie była to moja wyobraźnia! Ta sama postać ruszła ręką, w której nagle pojawiły się widły i z psychopatycznym uśmiechem przeszyła bronią kobietę. Ostrza pokonały całe jej ciało na wylot. W tym momencie kobieta także ożyła i całą sobą pokazała swoje cierpienie. Widok był niezapomniany.

Natychmiast uciekłam od ściany i poszłam do Dolandilasa, który akurat przygotowywał sterty broni.

- Co to za miejsce? - zapytałam czując silną panikę w sobie. Instynkt kazał mi uciekać, a mózg nie pozwalał zapomnieć zobaczonej sceny.

- To komnata strachu i zła. To jedyne miejsce, w którym nauczycie się walczyć z tym, co ześle na was Sarius. Przykro mi, ale wolimy was przygotować na przeznaczenie - powiedział złotowłosy książę. Nawet na mnie nie spojrzał tylko patrzył głucho w jakiś punkt, który sam sobie wyznaczył.

- Proszę, powiedz, że to tylko magia Wyklętych, zwykła iluzja - poprosiłam.

- Tak jest - zapewnił Eudriellion stający obok nas - Dzisiejszy trening będzie najgorszym co dotychczas przeżyliście. Będziecie walczyć z własnym strachem, obawami. Ale dacie radę, to nie test, kiedy będziecie mieli dość, po prostu powiedzcie.

- Kto pierwszy? - zapytał Dolandilas.

Spojrzeliśmy po sobie z Patrykiem, obaj w tym samym momencie, a ja poczułam nikłą nić porozumienia. Dzisiaj będziemy musieli współpracować, inaczej nic nie wyjdzie. Jednak wystarczyło kilka jego słów, aby wszystko zbruzgać.

- Panie przodem - uśmiechnął się. W jego oczach zobaczyłam ogromny strach.

- Teraz ci się zbiera na dżentelmena?! - wrzasnęłam i ze sztyletem w ręce podeszłam do niego. W jednym momencie stałam tak blisko, że oddychaliśmy tym samym powietrzem, jednak w tamtej chwili mało mnie to obchodziło. Byłam wściekła, wystawił mnie na króliczka doświadczalnego.

- Może jednak spróbujesz pierwszy? - rzucił Dolandilas i natychmiast znalazł się pomiędzy nami.

- Nie. Ja idę pierwsza, nie wiem czego oczekiwałam od tego tchórza - powiedziałam i podeszłam do stosu broni przygotowanej przez elfów.

- Weź łuk, strzały, miecz i sztylet. To będzie twoje pełne wyposażenie, w tej walce - poinstruował mnie Eudriellion.

- Na sali będziesz sama, my czekamy na zewnątrz. Z momentem wyjęcia pieczęci pokaże się pierwszy wróg. Nie wiemy ile ich będzie, ani czym się okażą. Aby skończyć musisz wszystkich pokonać. Jeśli uznasz, że nie dasz rady krzyknij stop, na tyle głośno by cię usłyszeć za drzwiami, a iluzja zniknie. Masz tyle czasu ile potzebujesz. Wszystko jasne?

Z lekką obawą skinęłam głową, a moi towarzysze wyszli z sali zabierając ze sobą całą broń, jaka została. Pora zacząć liczyć na siebie - pomyślałam. Chwyciłam łuk do ręki i założyłam strzałę na cięciwę. Plecami oparłam się o jedną ze ścian, by mieć pewność, że wróg nie zaatakuje od tyłu. Taka pozycja dawała mi także pełne pole widzenia.

Eudriellion krzyknął, że wyjmuje pieczęć, a ja wyostrzyłam wzrok czekając na przeciwnika. W głowie stale powtarzałam sobie, że to tylko iluzja i nakazywałam nie patrzeć na ściany, których zadaniem było odwracanie uwagi. W końcu w rogu pokoju zmaterializowała się jakaś postać. Nie czekając na rozpoznanie jej wystrzeliłam strzałę i założyłam następną.

Tym razem przede mną ukazał się śmierdzący, rozkładający się zombie. Z takiej odległości nie miałam szans na załatwienie problemu łukiem, więc szybko założyłam go na ramię i wyjęłam miecz z pochwy. Uskoczyłam na bok, kiedy wyciągnał przed siebie długie pazury i z boku ugodziłam go w nogę. Szybko wyszarpnęłam broń i zadałam kolejny cios - tym razem prosto pomiędzy żebra. Z ciała wyleciała czarna, jeszcze bardziej śmierdząca ciecz i trysnęła prosto na moją twarz. Z obrzydzeniem wytarłam się rękawem i zadałam ostateczny cios.

Postać zniknęła i nastała cisza. Ugięłam nogi w pozycji bojowej i ponownie oparłam się o ścianę rozglądając się za następnym przeciwnikiem. Nagle z ściany, która miała być dla mnie oparciem wystrzeliła jedna ręka i chwyciła mnie w pasie, zostawiając bolesne ślady zadrapań. Następna chwyciła mnie za nogę. Szybko zamachnęłam się mieczem i odcięłam obie ręce, jednak pojawiły się już nowe. Każda boleśnie drapała i wciągała mnie w ścianę. Walczyłam jak lwica by oderwać się od ściany, aż w końcu mi się to udało. Skutkiem tego została ogromna szrama na udzie, która natychmiast zaczęła krwawić. Szybko oderwałam kawałek zakurzonego prześcieradła, które niewiadomo skąd się tam wzięło i opatrzyłam sobie nogę.

Mój błąd leżał w tym, że za późno spotrzegłam się, iż w tym pokoju, z nagla pojawiają się tylko wrogowie. Prowizoryczny bandaż sam zaczął się zaciskać tak mocno, że zaczęłam krzyczć. W pośpiechu szukałam sztyletu i przecięłam bandaż, który zostawił po sobie siny ślad. Pozwoliłam nodze swobodnie krwawić, licząc na to, że odniesione rany także są iluzją.

Kolejni przeciwncy nie dali na siebie czekać. W jeden chwili klęczałam na podłodze, a w drugiej byłam już otoczona przez nieumarłych. Przeciwników było około dwudziestu, w czym zdążyłam wyróżnić zombie, szkielety oraz wampiry, które niestety przyciągała moja krew. Uznałam ich za największych przeciwników, choć wcale nie najbardziej przerażających.

Pierwszym krokiem, jaki podjęłam w tym nie równym pojedynku, była ucieczka do miejsca, w którym nie byłabym otoczona. Zamachnęłam się mieczem i trafiłam jakiegoś szkieleta, który rozpadł się na małe kosteczki zastraszająco szybko. Na szczęście zrobił małe miejsce w kręgu i mogłam szybko przemknąć na zewnątrz. Mechanicznie chwyciłam łuk i strzały, z których wystrzeliłam do kilku wampirów. Chodzącymi trupami postanowiłam zająć się później, poruszały się one tak wolno, że dopóki trzymałam je na dystans nie stanowiły większej przeszkody. Natomiast strzelanie do szkieletów wydało mi się śmieszne, kiedy jedna ze strzał przeleciała pomiędzy żebrami nieumarłego. Tych pionków musiałam rozwalić białą bronią.

Zajęłam się więc krwiopijcami, których zostało mi dokładnie pięć. Były cholernie szybkie i podniecone zapachem krwi, a ja powłóczyłam nogą, więc wydawało się, że mają przewagę. Jedynym plusem było to, że miejsce walki było ogromne, miałam więc dużo miejsca do rozplanowania. Trzymałam się z daleka od ścian i powoli się cofając strzelałam do wampirów. Został mi już ostatni, kiedy sięgając do kołczanu wyczułam, że nie ma w nim ani jednej strzały. Mój mózg zaczął panikować, ale na szczęście instynkt nakazał ciału wyjąć sztylet, który doskonale nadawał się do rzucania. Musiałam tylko trafić prosto między oczy. Zanim było za późno zamachnęłam się sztyletem i na moje szczęcie trafiłam prawie idealnie- na tyle by wampiry mieć z głowy.

Następnie chwyciłam miecz i uważając na przeciwników rozwaliłam kilka szkieletów, które wcale nie były trudnymi przeciwnikami. Ich kości były tak kruche, że wystarczyło jedno uderzenie. Zombie pewnie też nie byłyby takim wyzwaniem, gdyby nie to, że czarny płyn, który chyba służył im za krew, dostał się do mojej rany na udzie. Podziałało jak kwas, zaczęłam więc wreszczeć i nie miałam nawet siły zawołać " stop". Zombie wykorzystały sytuację i rzuciły się na mnie. Po kolei ciągnęły za każdą część ciała, odrywając moją skórę.

Ból był przerażający i natychmiast przepomniał mi kobietę z jednej ze ścian. Na moje wielkie szczęście, skojarzenie z obrazem przypomniało mi, że to jedna wielka iluzja. Zaczęłam krzyczeć, że to nie prawda i nie mogę w to uwierzyć. Mój własny głos musiał dotrzeć do mojego wnętrza i pomóc mi, nie obchodziło mnie jak to wygląda z zewnątrz.

Mimo bólu odniosłam swój sukces. Zombie zniknęły z przeraźliwym krzykiem, tak jak moje rany. Mimo to krzyczałam z bólu w niebogłosy, bo ten tylko się wzmocnił. Kompletnie zapomniałam o tym, że w każdej chwili mogę się poddać. Po prostu stałam w miejscu i krzyczałam, że to nie jest prawda, a przed moimi oczami obrazy ścienne zaczęły ożywać, postacie wychodzić z nich, aż w końcu zniknęły, a ja całkowicie opadłam z sił i runęłam z trzaskiem na ziemię.

niedziela, 14 lutego 2016

Rozdział 10

                                                                  Rozdział 10


  Mój pierwszy trening bojowy okazał się wyjątkowo wyczerpujący. Na początek Dolandilas pokazał mi kilka broni, którymi dysponował asortyment Wyklętych. Wśród nich znalazłam misternie zdobiony miecz, idealnie wyważony. Eudriellion pochwalił mój strzał z łuku w Tymorę, więc wspólnie zdecydowaliśmy, iż moje krótkie "szkolenie" skupimy na walce właśnie tymi broniami. Dzięki temu w razie zagrożenia mogłam się bronić zarówno w walce wręcz, jak i na dystans.
  Pierwszego dnia uczyłam się jak wykiwać przeciwnika silniejszego lub lepiej zbudowanego. W głowie ciągle powtarzałam rady elfów. Pracuj nogami, celuj w nieosłonięte punkty, nie daj się sprowokować. Trochę tego dużo, ale dałam radę. W końcu zaczęłam walczyć naprawdę, z Eudriellionem, który rzeczywiście mięśniami przeważał nade mną dwukrotnie. Jako elf miał on niesamowitą siłę, o której przekonałam się na własnej skórze. Tego dnia nie udało mi się go pokonać, ale Dolandilas obiecał że im więcej się nauczę, tym lepiej poradzę sobie w kolejnych dniach.
   Strzelanie z łuku wydawało mi się wyjątkowo przyjemne i łatwe, bez problemu trafiałam w cel.
- Może pobawimy się inaczej? - zapytał z tajemniczym uśmieszkiem Eudriellion.
- Co masz na myśli? - zapytałam, zakładając strzałę na wyjątkowo mocną cięciwę.
- Stań tutaj - nakazał Dolandilasowi i położył mu na głowie kakuę- niebieski owoc tutejszych lasów.
- Żartujesz, prawda? Nie jestem Robin Hoodem!
- Czym nie jesteś? - zapytali obaj w tym samym momencie.
- No dawaj Dominika, wiem, że nic mi nie zrobisz - powiedział złotowłosy książę, ale zaraz potem głośno przełknął ślinę, co zdradziło jego strach.
- Nie wypuszczę was stąd, dopóki nie zestrzelisz owocu - zaśmiał się radośnie i usiadł na stołku.
- Daj mi chwilę - poprosiłam i na próbę kilka razy wystrzeliłam do tarczy.
- Kim jest ten Robin-jakiś tam? - zapytał Eudriellion bawiąc się nożem.
- Powiedz mi proszę, co wiesz o ludziach? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie - Albo raczej, co wiedziałeś o ludziach zanim tu przybyliśmy?
   Kiedy skończyłam wystrzeliłam strzałę, która trafiła pół centymetra niżej, od najmniejszego okręgu tarczy. Gdybym strzelała do Dolandilasa byłoby po nim.
- Właściwie, Przepowiednia mówiła tylko o twoim przybyciu. Dolandilas bardziej interesował się legendami o was - wzruszył ramionami.
- Jakie legendy? - dociekałam.
- Między innymi o tym, jak stworzyliście świat. Podobno ze zwykłej rozbitej gwiazdy stworzyliście naszą planetę. W drugiej legendzie jesteście przedstawieni jako istoty walczące ze złem, jako nasze odpowiedniki bogów - opowiadał złotowłosy książę - Tak jest w rzeczywistości? Może, kiedy wygramy z Sariusem uda się sprowadzić tutaj ludzi?
- Nie ma mowy, nie pozwolę na to - powiedziałam szybko i podeszłam do elfów.
- Dlaczego nie?- zapytał zaskoczony Eudriellion.
- Ponieważ ludzie zniszczyli nasz świat, nie chcę żeby zniszczyli także wasz. Ludzie są chciwi, pyszni i nieodpowiedzialni. Liczą się tylko pieniądze i władza. Ten piękny świat, zamieniliby w coś okropnego, spranego. Ucięli by rogi jednorożcom tylko po to, aby pozyskać złoto. To nie humanitarne, dlatego nie wpuszczajcie tutaj ludzi - trułam całkiem poważnie.
- Ty taka nie jesteś - powiedział cicho Dolandilas.
- Ale Maciek jest. To idealny przykład ludzkiej natury.
- Przepowiednia mówiła, że przybędzie człowiek czysty, nieskazitelny - odezwał się Eudriellion.
- Nie ma takiego. A propos, czyja to Przepowiednia? Co dokładnie głosi?
- Samej Bogini Selune, która się objawiła kapłance sto lat temu. Nie wolno nam zdradzać jej treści istotom ludzkim - ogłosił przepraszająco książę.
- Boicie się, że znając Przepowiednię, mogłabym zmienić przeznaczenie?
    Elfy popatrzyły po sobie, a ja utwierdziłam się w przekonaniu, że zgadłam.
- To co strzelamy? - zmienił temat Eudriellion.
   Na szczęście zrezygnował, kiedy trzy razy mało nie uszkodziłam wyjątkowo długich uszu Dolandilasa. Potem przyszła kolej na trening Patryka.

  Po treningu pobiegłam pożegnać się z mamą, wiedząc, że prawdopodobnie następnego dnia już nie będę miała takiej okazji. W głębi duszy nadal byłam na nią zła, ale wiedziałam, że obie wyruszamy na wyprawę, z której możemy nie powrócić. Szkoda by było nawet się nie pożegnać.
   Znalazłam ją w pokoju sypialnym, do którego zaprowadziła mnie Tosya. Nie wtajemniczyliśmy jej w nasz plan, właściwie rozumiem dlaczego. Z tego co mi wiadomo ta kobieta jest bardzo porywcza i chciałaby rządzić tym światem. Gdyby dowiedziała się, że ruszamy przeciw Sariusowi, albo sama chciałaby to zrobić, albo sprzymierzyłaby się z nim za cenę władzy. Właściwie nie wiem, która opcja była by lepsza.
- Cześć - przywitałam się wchodząc do środka.
- Dominika - powiedziała zaskoczona - Nie trenujecie?
- Nie dwadzieścia cztery na dobę. Przyszłam się pożegnać - podeszłam do niej i przytuliłam mocno. Wciąż miałam do niej wyrzuty, nie zachowywała się jak wymarzona matka, ale kochałam ją.
- Jeszcze się zobaczymy, wiesz o tym - pocieszała - A teraz posłuchaj mnie, nie bez powodu uczą nas walki. Co prawda zawiązanie sojuszy to dopiero pierwszy poważny krok na drodze wojny z Sariusem, ale od niego zależy nasze powodzenie. Przez dni, które tu spędziłam sporo dowiedziałam się o istotach tego świata. Wiele z nich wyróżniają swoje charaktery, przekonasz się. Każde królestwo posiada własną kulturę, a kiedy cię nie zaakceptują, jest to poważne narażenie naszej misji.
- Więc opowiedz mi o nich - powiedziałam i usiadłam na łóżku. Cieszyłam się z tej okazji, w końcu spędzałam czas z mamą, mogłam się przy okazji dowiedzieć z czym mam do czynienia i przygotować się do nadchodzącej przyszłości.
  Moja mama uśmiechnęła się ledwo widocznie i przysunęła krzesło, po czym usiadła naprzeciwko mnie. Po chwili zastanowienia podjęła opowieść:
- Krasnoludy, to bardzo zabawne postacie, uwielbiają zabawę i wszelkiego rodzaju tańce. Do każdego posiłku wypijają dwa dzbany substancji podobnej do piwa, dzięki czemu ich populacja stale wzrasta - zaśmiałyśmy się. Krasnoludy znałam tylko z powieści Tolkiena, ale pokochałam ich charaktery, spotkanie z nimi będzie dla mnie wielkim wydarzeniem.
- W takim razie przekonanie ich do sojuszu nie powinno być szczególnie trudnym zadaniem - odparłam ucieszona, chociaż jedno zadanie nie wydawało się z góry skazane na porażkę.
- A jednak, problem z krasnoludami może polegać na ich silnym przywiązaniu do honoru. Możesz to wykorzystać, obrócić sprawy tak, aby wyszło to na naszą korzyść. Niestety krasnoludy od lat trwają w konflikcie z Niziołkami. Tamtejszy złodziej ukradł cenny pierścień królewskiego lodu Krasnoludów, a ci przysięgli nigdy nie wybaczyć im tego, aż do momentu oddania pierścienia. Jednak złodziej zakopał go, nikt nie wie gdzie. Przez lata Niziołki szukały go, ale bez skutku. W końcu poddali się i odpuścili pokój z Krasnoludami.
- Więc Krasnoludy nie zgodzą się na sojusz, jeśli zrobią Niziołki i vice versa - wzdychnęłam zastanawiając się jak rozwiązać tą sprawę - Opowiedz mi o Niziołkach - poprosiłam.
- Niziołki są bardzo podejrzliwe wobec wszystkich wokół. Większość z nich ma naturę złodziei, są bardzo zwinni, być może stąd ich skłonność do takiej podejrzliwości. Wszędzie węszą podstęp, w rozmowie z nimi trzeba uważać na słowa, jeśli powiesz coś nie tak, mogą wziąć to za groźbę i zaniechać rozmów z tobą. Trudno jest odwieść ich od tego w co wierzą, są niezwykle uparci. Przekonanie Niziołków to nie lada wyzwanie, ale sprostasz mu - pocieszyła.
- Chyba nie mam wyboru, potrzebujemy ich obu. Co mi powiesz o smokach?
- Smoki to niezwykle inteligentne i potężne istoty, posiadają ogromną mądrość. Jako jedyne zdołały wyodrębnić u siebie wolną wolę i stworzyć własne królestwo, pomimo tego że zostają stworzone przez Stworzycieli. Bez problemu z nimi porozmawiasz, wątpię żeby sprawiały jakieś problemy, jako jedni z niewielu pamiętają Sariusa, jeszcze przed nekromantą. Mogą jednak zażądać od ciebie jakieś próby, której nie zrozumiesz. W tej sytuacji zdaj się na głos swojego serca, smoki bardzo silnie odczuwają uczucia ludzi - akurat w chwili, w której skończyła mówić do pokoju wpadła nimfa, jedna z służących Tosy'i.
- Wybaczcie że przepraszam, ale Pani wzywa Dominikę - powiedziała przeciągając moje imię jakby wypluwała je z jadem.
- Myślę że Pani może poczekać - odezwałam się, tak samo przeciągając słowo "Pani" jakim nazwała Tosy'e.
- Idź Domi, nie wplątuj się w kłopoty - doradziła matka i wskazała na nimfę.


  Chwilę później podążałam za nimfą przez ciemne, szerokie korytarze. Wydawało się, że nie mają one końca, nie miałam pojęcia, dlaczego Tosya miałaby się tu ukrywać. Nagle nimfa zatrzymała się i odwróciła przodem do mnie.
- Jaki jest wasz plan? - zapytała rozglądając się.
- Nie wiem o czym mówisz - pamiętałam, że nasz plan był ścisłą tajemnicą, przed Wyklętymi.
- Jeśli nie chcesz, nie mów. Wyciągnę to z ciebie siłą - krzyknęła.
  Niespodziewanie podcięła moje nogi tak, że głucho wylądowałam na zimnej ziemi. Wykorzystując tę sytuację nimfa usiadła mi na brzuchu i zaczęła dusić. Kiedy zdałam sobie sprawę z tego, co robi szybko zarzuciłam jej nogi na szyję i przewróciłam tak, że teraz to ja na niej siedziałam i okładałam po twarzy. Niestety, akurat, kiedy zaczęłam wygrywać czyjeś silne ręce chwyciły mnie za ramiona i pociągnęły w górę, uwalniając nimfę. Męskie ręce uwięziły mnie w niedźwiedzim uścisku, a rusałka powoli wstała i otrzepała się.
- Zabierz ją do piwnicy. Ma milczeć jak grób, do puki po nią nie wrócę - nakazała właścicielowi łap, które mnie trzymały.
  Kiedy już zostałam "odholowana" do ciemnego, wilgotnego pomieszczenia i przywiązana do krzesła, okazało się że współpracownikiem nimfy jest jakiś ork, zupełnie niepodobny do tamtego barmana. Był tak samo owłosiony na całym ciele, ale jego twarz nosiła tyle blizn, że bardzo ciężko było wypatrzyć choć jedną, naturalną rysę twarzy.
- Kim jesteście? -zapytałam, kiedy stanął przede mną. Miał mnie pilnować, ale przecież mógł mnie zabawić rozmową, prawda?
- Agentami specjalnymi - odpowiedział szczerząc się tak, że pokazał wszystkie jego zielone, brudne zębiska.
- Ach rozumiem, znałam jednego takiego. 007, James Bond, znasz może? - prychnęłam na tą odpowiedź.
  Rozejrzałam się dokładniej po pokoju szukając jakiejkolwiek drogi ucieczki. Szamotając związanymi rękami poczułam coś - ork miał grube łapy, więc miał problem z zawiązaniem porządnego węzła, wystarczyło więc grać na czas i wykorzystać wiedzą, którą przecież jeszcze dzisiaj zdobyłam na treningu.
- Wy orkowie chyba nigdy nie słyszeliście o kremach depilujących, co? - zapytałam zaczepnie.
- Co ty mówisz? - wycharkał. Udało mi się rozwiązać nieporadny sznur i teraz sięgałam do scyzoryka, który miałam ukryty w bucie, dokładnie tak jak pokazał mi Dolandilas.
- Macie takie małe móżdżki a do tego jesteście głusi, a może uszu też nie myjecie? - postanowiłam go sprowokować, aby podszedł bliżej, zanim nimfa wróci pokazać na co ją stać.
- Rozmawiałaś kiedyś z orkiem? Czy poznałaś kiedyś potęgę orków?! - krzyknął osobnik przede mną, a z jego nosa ku mojemu zdziwieniu wydobyła się para.
- Nie jakoś nie miałam okazji, z tego co mi wiadomo, Wyklęty ork, to nie ork, a szumowina, która obróciła się przeciwko swoim - powiedziałam z uśmiechem na twarzy.
  Moje serce biło z nieprawdopodobną prędkością, bałam się złości tej istoty, ale musiałam się stąd wydostać. Na szczęście mój plan się powiódł i ork zbliżył się do mnie i pochylił prosto nad moją twarzą. Do mojego nosa dobiegł okropny smród,  który przyprawił mnie o zawroty głowy.
- Ja ci pokażę potęgę orków - krzyknął mi w twarz.
- Poczekaj aż zobaczysz siłę ludzi - zaśmiałam się cicho i jednym, w miarę sprawnym ruchem wbiłam mu scyzoryk w oko.
  Szybko wybiegłam za drzwi, których ork miał pilnować i wbiegłam w byle jaki korytarz. Niestety, szybko okazał się dla mnie pechowy, wpadłam bowiem na nimfę, która dowodziła orkiem. Bez słowa kopnęłam ją w brzuch i pobiegłam dalej przed siebie pomimo jej głośnego tupotu.
  Błądziłam po korytarzach jeszcze kilka minut, aż w końcu wpadłam na Patryka, który akurat wracał z treningu.
- Boże Patryk, dzięki Bogu - westchnęłam i rzuciłam mu się w ramiona.
- Dominika, co jest? Wyglądasz jakbyś dopiero co z wojny wróciła - zaśmiał się i ręką pogładził moje czoło, z którego lała mi się krew.

   Chwilę później siedziałam w swoim pokoju, otoczona przez wtajemniczonych w plan. Dolandilas i Patryk zajęli miejsca na łóżku obok mnie i każdy z nich trzymał mnie za rękę. Czułam się trochę jak małe, pocieszane dziecko, więc wyrwałam obie ręce. Czekaliśmy na Tosye, która przyrzekła, że nie wiedziała o całym zajściu.
- Co ta przeklęta Katia znów zrobiła? - zapytała wściekła wpadając do pokoju.
- Mieliście już z nią problemy? - zapytał Eudriellion bawiąc się swoim sztyletem. Sprawiał wrażenie jakby całą tą sprawę miał gdzieś.
- Już nie raz - westchnęła - Nawet odebranie jej mocy nie pomogło. Dominiko, mimo wszystko przykro mi że cię to spotkało. Swoją drogą nieźle obiłaś jej twarz, a ork do końca życia pozostanie ślepy - mruknęła.
- Wybacz, następnym razem postaram się nie uszkodzić twoich pupilków, po prostu nie spodobał mi się kolor jego oka - uśmiechnęłam się przekornie. Cała głowa mi pulsowała, ale na szczęście zajęła się tym Eudriane, która znała magię leczenia.
- Jesteś zła bo nie udaję sympatii do ciebie? Uwierz mi, gdyby nie to że jesteś tą, która ma uratować nas od Sarisua, już dawno by cię nie było.
- Ależ skąd, cenię cię za szczerość - przyznałam - Co z nią zrobisz?
- Nie mam pojęcia, w obecnej sytuacji należałoby podjąć dość drastyczne kroki, jeśli wiecie o co mi chodzi.
- Tak czy siak, tą kwestię pozostawiamy tobie - odezwała się Eudriane - Jeśli jeszcze ktoś zaatakuje, któregoś z nas uznamy to za twój atak, radzę ci więc zapanować nad twoimi podwładnymi. Pamiętaj, że jesteś poza prawem - dodała.
- Z tego co mi wiadomo to ty również zostałaś Wyklęta - odcięła się.
- Nawet teraz jest ponad tobą, została osądzona w dość niekorzystnej sytuacji, potrzebujemy jej. Sęk w tym by walczyć w słusznej sprawie, odpowiednimi intencjami - powiedział Patryk.
- Tosyo, nie zrozum mojego syna źle. Po prostu cię nie potrzebujemy - dodał Maciek, który musiał dodać swoje dwa grosze.