Rozdział
13
Im
dłużej żyłam w tym świecie, tym lepiej poznawałam mechanizmy,
którymi działał. Jednym z nieodłącznych, niczym koło zębate,
bez którego nic nie działa, było powiadomienie władcy królestwa
o grożącym niebezpieczeństwie. Nasz własny, drużynowy mechanizm
polegał na tym, że kiedy coś się wydarzyło, po prostu
powiadamialiśmy o tym resztę wtajemniczonych w plan i wspólnie to
omawialiśmy.
Po
treningu Patryka zastosowaliśmy się do obu tych zasad. Czekaliśmy
w skrzydle szpitalnym, ponieważ Dollandilas zaznał obrażeń
wewnętrznych, w tym złamanego żebra i krwotoku, a Patryk cały był
poturbowany jakby przejechał go walec. Tak więc z całej potyczki
najlepiej wyszłam ja, miałam tylko kilka zadrapań. Na szczęście
złotowłosy książę obudził się kilka minut po tym, jak położono
go na szpitalnym łóżku.
-
Co tu się do piekielnych czeluści dzieje?! Zostawić was samych i
znowu wszystko rujnujecie! - wrzasnęła Tosya wchodząc do sali wraz
z Eudriane.
-
Jeśli będziesz się drzeć na nas, za każdym razem kiedy coś się
stanie, to zedrzesz sobie to piękne gardełko - skwitowałam.
-
Przepraszam, ostatnio jestem na wykończeniu przez te wszystkie
ataki. Co się stało? - zapytała tym razem już spokojniej. Kto by
się spodziewał.
-
Ćwiczyłem w sali iluzji, kiedy ten ogromny potwór rozerwał dach
wieży i po prostu wleciał do środka. Pomyślałem, że to część
ćwiczeń, więc okładałem go bronią, niestety bez rezultatu.
Kiedy zorientowałem się, że nie dam rady krzyczałem umówione
hasło, ale smok nie zniknął. Wtedy do sali wparowała Dominika i
Dollandilas. Resztę pamiętam jak przez mgłę - zrelacjonował
Patryk.
-
To nie mogła być iluzja, to kolejny atak Sariusa. Kości smoka
dotąd leżą na szczycie wieży, rany nie wyleczyły się same. To
cud, że żyjecie - powiedziała Tosya.
-
Co zrobimy? Ataki się nasilają, narażamy wszystkich Wyklętych. W
końcu nie damy sobie rady. Co jeśli zaatakują nas, kiedy nie
będziemy mieli broni? - zapytałam.
-
Jutro odbędziecie wspólny trening w sali iluzji. Jeśli dacie radę
przetrwać do końca, wyjedziecie pojutrze, jeśli nie, będziecie
ćwiczyć dopóki się tak nie stanie. Potraktujcie to jak test,
przygotujcie już dzisiaj, abyście jutro byli gotowi. Lekarze zaraz
was wyleczą - zakończyła rozmowę Eudriane.
Wszyscy
zgodzili się z decyzją kapłanki. Kiedy już byliśmy w miarę
wypoczęci,a nasze rany zostały wyleczone, udaliśmy się w różnych
kierunkach. Ja poszłam do baru, gdzie pierwszy raz piłam drinka
Kwiat Erynii. Nie miałam zamiaru nic zamawiać, jednak kiedy
zobaczyłam za ladą małego, brudnego goblina ze szpiczastymi uszami
domyśliłam się, że nie obędzie się bez poczęstunku jakimś
podejrzanym trunkiem.
Usiadłam
na wysokim krześle i przyglądałam się jego pracy dopóki nie
podszedł do mnie.
-
Co podać? - zapytał piskliwym głosikiem. Aż musiałam się
upewnić czy szklanki obok niego nie popękały.
-
Coś po czym jutro będę żywa i gotowa do walki, a dzisiaj trzeźwa.
Jeśli chcesz się ubawić możesz mnie zmienić na chwilę w
karalucha, zawsze to nowe doświadczenie - uśmiechnęłam się
sztucznie do goblina.
-
Ciężki dzień, co? Ja się nią zajmę - powiedziała do goblina
młoda dziewczyna i uśmiechnęła się do mnie.
-
Ciężkie życie, że tak powiem - także się uśmiechnęłam.
Dziewczyna
miała płomienisto rude włosy, a kiedy na mnie spojrzała
zauważyłam, że także jej oczy są koloru ognia. Z pewnością
była Piromanką.
-
Musi ci być ciężko, taka odpowiedzialność na twoich ramionach -
powiedziała i nalała do szklanki niebieskiego płynu, który
wcześniej ukryty był pod ladą.
-
Mam nadzieję, że mogę ci zaufać, co do tego - zaśmiałam się i
wskazałam palcem na szklankę. Dziewczyna była wyjątkowo uprzejma
jak na Wyklętą.
-
Całkowicie, jestem z tobą, Dominiko. Zostałam Wyklęta za
sprzeciwianie się decyzji pewnej ważnej osobistości w naszych
kręgach. Nie żałuję tego, bo dzięki temu mogę być teraz i tu,
z tobą - zakończyła i podała mi szklankę o wielu kolorach.
-
Nie brakuje ci mocy? - zapytałam i pociągnęłam łyka tajemniczego
napoju. Był dość słodki w smaku, ale wystarczył jeden łyk, a
poczułam się o niebo lepiej.
-
Czasami - wzruszyła ramionami - A tak w ogóle, jestem Talana -
uśmiechnęła się i podała mi rękę nad ladą.
-
Bardzo się cieszę, że cię poznałam Talano - powiedziałam
szczerze.
-
Jak i ja. A teraz muszę wracać do pracy. Wypij za jednym razem, a
efekt będzie lepszy - poradziła, po czym zaczęła obsługiwać
następnych klientów.
Po
wyjściu z baru czułam się jak nowo narodzona, co było bardzo
pomocne w przygotowaniach do jutrzejszego testu. Obawiałam się
tylko, czy nie będę miała problemów z zaśnięciem. Tak czy
inaczej postanowiłam skupić się najpierw na przygotowaniach do
walki. Wiedziałam już co i jak, jednak spodziewałam się, że
jeśli będzie nas więcej to i przeciwników nie zmaleje. W
pierwszej kolejności udałam się na salę, która przypominała
halę. Poćwiczyłam kilka sztuczek nauczonych niedawno przez elfy.
Chociaż ćwiczenie tych wykopów i zamachów wydawało mi się dość
dziwne, kiedy za przeciwnika służyło mi jedynie powietrze, nie
rezygnowałam z wzmożonej aktywności fizycznej. Wysiłek dodatkowo
pobudzał moje endorfiny, więc trochę potrwało zanim poczułam, że
moje mięśnie protestują. Wtedy postanowiłam odwiedzić
bibliotekę.
W
środku stały wielkie regały zapełnione książkami, niestety
każda z nich była napisana dziwnym językiem, którego nie byłam w
stanie zrozumieć. Właśnie szłam rzucić okiem na inny regał,
kiedy do środka wszedł Dollandilas.
-
Słyszałem, że tutaj poszłaś, więc pomyślałem, że mogę ci
trochę poczytać. Sama raczej nie dasz rady - powiedział.
-
Tylko tyle masz do powiedzenia? - zapytałam.
-
A co jeszcze chciałabyś usłyszeć?
-
Chyba żartujesz. Zachowałeś się jak dupek, przez ciebie Patryk
mógł zginąć!
-
Wiem, przemyślałem to wszystko, przepraszam - powiedział ze
skruchą.
-
Co się z tobą dzieje? - zapytałam cicho.
Nie
doczekałam się jednak odpowiedzi. Przez następne kilka minut po
prostu staliśmy w miejscu przyglądając się sobie nawzajem, a
nasze głowy zaprzątały odmienne myśli. Kiedy w końcu
zrozumiałam, że nie mam na co czekać ruszyłam w stronę regałów
ze starymi księgami.
-
Jest tu coś, co mogłoby mi się jutro przydać? - zapytałam
obojętnym tonem. Książę zniknął za sąsiednią półką by za
chwilę wrócić.
-
To powinno być odpowiednie - rzucił i usiadł na starym, drewnianym
fotelu, który wyglądał jakby miał się zaraz przewrócić wraz z
księciem na pokładzie.
Usiadłam
obok niego, na nieco stabilniejszym fotelu. Wyciągnęłam nogi
układając się wygodnie i zamknęłam oczy. Książę zaczął
czytać księgę, a ja wsłuchiwałam się w tembr jego męskiego
głosu.
Złotowłosy
książę wybrał dość ciekawą powieść opowiadającą o
początkach tego świata. Głosiła ona, że powstał on w wyniku
wybuchu jądra ziemi, które ostudziła bogini Selune. następnie
miała ukształtować pierwszych przedstawicieli tego świata i pomóc
im w aklimatyzacji, cały czas trzymając ich pod opieką. Jak dla
mnie zalatywało trochę naszą Biblią, ale nie wspomniałam o tym.
Na szczęście cała ta opowieść zawierała w sobie elementy, które
rzeczywiście mogły okazać się przydatne. Z pewnością na plus
była opisana anatomia każdego stworzenia, tym razem przynajmniej
będę mogła ocenić, czy walczę ze szkieletem nimfy, czy też
krasnoluda. To bardzo pokrzepiające.
Tak
czy inaczej, książę skończył czytać, kiedy było już bardzo
późno, postanowiłam więc iść się już położyć.
-
W takim razie dobranoc - powiedział Dolandilas zostawiając mnie
samą przed drzwiami mojego pokoju.
Zanim
się położyłam wzięłam jeszcze szybki, gorący prysznic i
przyjrzałam się swojemu ciału w lustrze. Od czasu, kiedy się
tutaj pojawiłam, moje mięśnie się uwyraźniły. Nie wyglądałam
już jak mała sierotka, nabrałam nawet masy. Uznałam, że to
dobrze, skoro czekała mnie tak ogromna w znaczeniu walka. Zanim
jednak do niej dojdzie, miałam sporo czasu, żeby się wyspać, co
też uczyniłam.
O
świcie obudziła mnie zaufana służba Wyklętych, przynosząc mi
śniadanie, składające się z czegoś podobnego do naleśników z
owocami, roślinnych, chrupiących ciastek oraz sokiem z jakiegoś
zielonego owocu. Całe śniadanie było przepyszne i porcjowane
idealnie, by nie być głodnym, ale też nie pełnym. Krótko po tym,
jak skończyłam dojadać ciastka, do mojego pokoju zapukała
płomieniście-ruda dziewczyna. Pamiętałam, że wczoraj spotkałam
ją w barze za ladą. To ona podała mi ten cudowny napój, po którym
czułam się jak nowo narodzona. Z uśmiechem otworzyłam drzwi by
przywitać Talanę.
-
Witaj, przyniosłam ci coś na ten ciężki dzień - powiedziała
podając mi niebieski napój w termosie.
-
Dziękuję, wejdź.
Piromanka
uśmiechnęła się serdecznie i weszła do środka, rozglądając
się po pokoju. Kiedy sprawdziła dokładnie każdy kąt w końcu
usiadła na skraju niepościelonego łóżka.
-
Denerwujesz się? - zapytała.
-
Troszkę - przyznałam- Ale tym razem nie będę sama, a to dość
pokrzepiające.
-
Wybacz, ale Patryk nie wygląda na duże wsparcie - zaśmiała się.
-
I nie jest nim, ale lepszy rydz niż nic - wzruszyłam ramionami.
Zabierałam się właśnie do rozplątywania kołtunów, jakie
powstały w nocy przez moje wiercenie.
-
Może pomogę? - odezwała się Talana podchodząc i zabierając ode
mnie szczotkę. Miło było posiedzieć, kiedy ona delikatnymi, ale
zdecydowanymi ruchami pomagała moim włosom wyjść na prostą. Tak
jak kiedyś moja mama.
-
Nie pracujesz dzisiaj? - zapytałam dziewczyny, kiedy ona zaplatała
mi warkocza.
-
Tutaj nikt nie pracuje, wszystko robimy nawzajem dla siebie, za
darmo. Ale owszem, dzisiaj bar pozostaje na usługach goblinów.
Musisz już iść - powiedziała zerkając na zegar.
Rzeczywiście
nadeszła już pora ostatecznego testu.
Z
Patrykiem spotkałam się w połowie drogi do Komnaty Iluzji. Ilość
schodów w tej konstrukcji przewyższała chyba wieżę Eiffla, ale
ostatecznie stwierdzić nie mogłam, bo w Paryżu nigdy nie byłam.
Tak czy inaczej, wchodząc w tę i we w tę można sobie nieźle
popracować nad kondycją.
-
Masz, łyknij sobie, poczujesz się lepiej - rzuciłam na widok
zaspanego chłopaka i podałam mu do połowy wypełniony niebieskim
płynem termos.
-
Co to? - zapytał i podejrzliwie powąchał termos, jednak po chwili
pociągnął dość dużą ilość płynu.
-
Wypij duszkiem, lepiej zadziała - powtórzyłam słowa Talany.
Patryk wykonał to polecenie jak potulny szczeniaczek.
-
Spałaś coś? - zadał pytanie, a na myśl o śnie sam zaczął
ziewać.
-
Trochę - wzruszyłam ramionami - Postaraj się dzisiaj nie zginąć,
okej?
-
Ty też.
Przy
mosiężnych wrotach czekali na nas Eudriellion, Dolandilas i Tosya,
we własnej osobie.
-
Z jakiegóż to powodu zaszczycasz nas swoją obecnością? -
zapytałam unosząc brwi do góry. Chciałabym w takich chwilach
unieść tylko jedną, ale nie umiem, a próby zrobienia czegoś
podobnego wyglądają dość zabawnie, zupełnie nieelokwentnie do
wypowiedzianych słów.
-
Dzisiaj ja kontroluję wasz test - odpowiedziała odwracając się do
nas - Nie radzę niczego zniszczyć. Zmarnowaliśmy przez was całkiem
spory pokład energii.
-
Przejdźmy do rzeczy. Weźcie broń - rzucił Dolandilas, który z
zamysłem wpatrywał się w jeden z łuków.
-
Weź ten - podał mi go - Walczyłem nim od kiedy pamiętam.
-
Dziękuję - założyłam łuk na ramię - Jak się czujesz?
-
W porządku. Lekarze sprawili się doskonale - uśmiechnął się. I
choć nie powiedział nic szczególnego był przy tym boleśnie
czarujący.
Wzięłam
jeszcze miecz, kołczan ze strzałami i mały sztylet - wyposażenie
z mojego treningu.
-
Tym razem walczycie do końca, nie możemy przerwać iluzji -
uprzedził Eudriellion i otworzył wrota do umiejscowienia naszych
koszmarów. Może to głupie, ale ja ciągle miałam przed oczami
mały, przytulny pokoik.
W
środku nie zmieniło się za wiele, naga kobieta nadal cierpiała
piekielne bóle, które sprawiały jej czarne postacie. Szybko
oderwałam wzrok od sceny przypominającej mi mój ból i tym razem
obejrzałam drugą ścianę na przeciwko. Na tym obrazie stał mały
chłopczyk. W jego oczach świeciły dwa węgielki i samo spojrzenie
w nie przyprawiało o zawroty głowy. Mały chłopczyk klęczał
pochylony nad ciałem mężczyzny, który wpatrywał się przerażony
w niebo. W piersi dorosłego zionęła wielka, zakrwawiona dziura.
Brakowało mu serca. Mały chłopczyk trzymał je w ręce i wręcz
delektował się spływającą krwią. To, co wprawiało mnie w
przerażenie to sadystyczny wzrok chłopca, radość z zadanego bólu.
A przecież był jeszcze małym - może pięcioletnim - dzieckiem,
ucieleśnieniem niewinności.
-
Gotowi? - rozgrzmiał głos Tosyi, która na nasze niepewne skinięcia
zamknęła drogę ucieczki. Po chwili usłyszałam charakterystyczny
szczęk - wyjęto pieczęć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz