wtorek, 3 stycznia 2017

Rozdział 13

Rozdział 13
Im dłużej żyłam w tym świecie, tym lepiej poznawałam mechanizmy, którymi działał. Jednym z nieodłącznych, niczym koło zębate, bez którego nic nie działa, było powiadomienie władcy królestwa o grożącym niebezpieczeństwie. Nasz własny, drużynowy mechanizm polegał na tym, że kiedy coś się wydarzyło, po prostu powiadamialiśmy o tym resztę wtajemniczonych w plan i wspólnie to omawialiśmy.
Po treningu Patryka zastosowaliśmy się do obu tych zasad. Czekaliśmy w skrzydle szpitalnym, ponieważ Dollandilas zaznał obrażeń wewnętrznych, w tym złamanego żebra i krwotoku, a Patryk cały był poturbowany jakby przejechał go walec. Tak więc z całej potyczki najlepiej wyszłam ja, miałam tylko kilka zadrapań. Na szczęście złotowłosy książę obudził się kilka minut po tym, jak położono go na szpitalnym łóżku.
- Co tu się do piekielnych czeluści dzieje?! Zostawić was samych i znowu wszystko rujnujecie! - wrzasnęła Tosya wchodząc do sali wraz z Eudriane.
- Jeśli będziesz się drzeć na nas, za każdym razem kiedy coś się stanie, to zedrzesz sobie to piękne gardełko - skwitowałam.
- Przepraszam, ostatnio jestem na wykończeniu przez te wszystkie ataki. Co się stało? - zapytała tym razem już spokojniej. Kto by się spodziewał.
- Ćwiczyłem w sali iluzji, kiedy ten ogromny potwór rozerwał dach wieży i po prostu wleciał do środka. Pomyślałem, że to część ćwiczeń, więc okładałem go bronią, niestety bez rezultatu. Kiedy zorientowałem się, że nie dam rady krzyczałem umówione hasło, ale smok nie zniknął. Wtedy do sali wparowała Dominika i Dollandilas. Resztę pamiętam jak przez mgłę - zrelacjonował Patryk.
- To nie mogła być iluzja, to kolejny atak Sariusa. Kości smoka dotąd leżą na szczycie wieży, rany nie wyleczyły się same. To cud, że żyjecie - powiedziała Tosya.
- Co zrobimy? Ataki się nasilają, narażamy wszystkich Wyklętych. W końcu nie damy sobie rady. Co jeśli zaatakują nas, kiedy nie będziemy mieli broni? - zapytałam.
- Jutro odbędziecie wspólny trening w sali iluzji. Jeśli dacie radę przetrwać do końca, wyjedziecie pojutrze, jeśli nie, będziecie ćwiczyć dopóki się tak nie stanie. Potraktujcie to jak test, przygotujcie już dzisiaj, abyście jutro byli gotowi. Lekarze zaraz was wyleczą - zakończyła rozmowę Eudriane.


Wszyscy zgodzili się z decyzją kapłanki. Kiedy już byliśmy w miarę wypoczęci,a nasze rany zostały wyleczone, udaliśmy się w różnych kierunkach. Ja poszłam do baru, gdzie pierwszy raz piłam drinka Kwiat Erynii. Nie miałam zamiaru nic zamawiać, jednak kiedy zobaczyłam za ladą małego, brudnego goblina ze szpiczastymi uszami domyśliłam się, że nie obędzie się bez poczęstunku jakimś podejrzanym trunkiem.
Usiadłam na wysokim krześle i przyglądałam się jego pracy dopóki nie podszedł do mnie.
- Co podać? - zapytał piskliwym głosikiem. Aż musiałam się upewnić czy szklanki obok niego nie popękały.
- Coś po czym jutro będę żywa i gotowa do walki, a dzisiaj trzeźwa. Jeśli chcesz się ubawić możesz mnie zmienić na chwilę w karalucha, zawsze to nowe doświadczenie - uśmiechnęłam się sztucznie do goblina.
- Ciężki dzień, co? Ja się nią zajmę - powiedziała do goblina młoda dziewczyna i uśmiechnęła się do mnie.
- Ciężkie życie, że tak powiem - także się uśmiechnęłam.
Dziewczyna miała płomienisto rude włosy, a kiedy na mnie spojrzała zauważyłam, że także jej oczy są koloru ognia. Z pewnością była Piromanką.
- Musi ci być ciężko, taka odpowiedzialność na twoich ramionach - powiedziała i nalała do szklanki niebieskiego płynu, który wcześniej ukryty był pod ladą.
- Mam nadzieję, że mogę ci zaufać, co do tego - zaśmiałam się i wskazałam palcem na szklankę. Dziewczyna była wyjątkowo uprzejma jak na Wyklętą.
- Całkowicie, jestem z tobą, Dominiko. Zostałam Wyklęta za sprzeciwianie się decyzji pewnej ważnej osobistości w naszych kręgach. Nie żałuję tego, bo dzięki temu mogę być teraz i tu, z tobą - zakończyła i podała mi szklankę o wielu kolorach.
- Nie brakuje ci mocy? - zapytałam i pociągnęłam łyka tajemniczego napoju. Był dość słodki w smaku, ale wystarczył jeden łyk, a poczułam się o niebo lepiej.
- Czasami - wzruszyła ramionami - A tak w ogóle, jestem Talana - uśmiechnęła się i podała mi rękę nad ladą.
- Bardzo się cieszę, że cię poznałam Talano - powiedziałam szczerze.
- Jak i ja. A teraz muszę wracać do pracy. Wypij za jednym razem, a efekt będzie lepszy - poradziła, po czym zaczęła obsługiwać następnych klientów.


Po wyjściu z baru czułam się jak nowo narodzona, co było bardzo pomocne w przygotowaniach do jutrzejszego testu. Obawiałam się tylko, czy nie będę miała problemów z zaśnięciem. Tak czy inaczej postanowiłam skupić się najpierw na przygotowaniach do walki. Wiedziałam już co i jak, jednak spodziewałam się, że jeśli będzie nas więcej to i przeciwników nie zmaleje. W pierwszej kolejności udałam się na salę, która przypominała halę. Poćwiczyłam kilka sztuczek nauczonych niedawno przez elfy. Chociaż ćwiczenie tych wykopów i zamachów wydawało mi się dość dziwne, kiedy za przeciwnika służyło mi jedynie powietrze, nie rezygnowałam z wzmożonej aktywności fizycznej. Wysiłek dodatkowo pobudzał moje endorfiny, więc trochę potrwało zanim poczułam, że moje mięśnie protestują. Wtedy postanowiłam odwiedzić bibliotekę.
W środku stały wielkie regały zapełnione książkami, niestety każda z nich była napisana dziwnym językiem, którego nie byłam w stanie zrozumieć. Właśnie szłam rzucić okiem na inny regał, kiedy do środka wszedł Dollandilas.
- Słyszałem, że tutaj poszłaś, więc pomyślałem, że mogę ci trochę poczytać. Sama raczej nie dasz rady - powiedział.
- Tylko tyle masz do powiedzenia? - zapytałam.
- A co jeszcze chciałabyś usłyszeć?
- Chyba żartujesz. Zachowałeś się jak dupek, przez ciebie Patryk mógł zginąć!
- Wiem, przemyślałem to wszystko, przepraszam - powiedział ze skruchą.
- Co się z tobą dzieje? - zapytałam cicho.
Nie doczekałam się jednak odpowiedzi. Przez następne kilka minut po prostu staliśmy w miejscu przyglądając się sobie nawzajem, a nasze głowy zaprzątały odmienne myśli. Kiedy w końcu zrozumiałam, że nie mam na co czekać ruszyłam w stronę regałów ze starymi księgami.
- Jest tu coś, co mogłoby mi się jutro przydać? - zapytałam obojętnym tonem. Książę zniknął za sąsiednią półką by za chwilę wrócić.
- To powinno być odpowiednie - rzucił i usiadł na starym, drewnianym fotelu, który wyglądał jakby miał się zaraz przewrócić wraz z księciem na pokładzie.
Usiadłam obok niego, na nieco stabilniejszym fotelu. Wyciągnęłam nogi układając się wygodnie i zamknęłam oczy. Książę zaczął czytać księgę, a ja wsłuchiwałam się w tembr jego męskiego głosu.
Złotowłosy książę wybrał dość ciekawą powieść opowiadającą o początkach tego świata. Głosiła ona, że powstał on w wyniku wybuchu jądra ziemi, które ostudziła bogini Selune. następnie miała ukształtować pierwszych przedstawicieli tego świata i pomóc im w aklimatyzacji, cały czas trzymając ich pod opieką. Jak dla mnie zalatywało trochę naszą Biblią, ale nie wspomniałam o tym. Na szczęście cała ta opowieść zawierała w sobie elementy, które rzeczywiście mogły okazać się przydatne. Z pewnością na plus była opisana anatomia każdego stworzenia, tym razem przynajmniej będę mogła ocenić, czy walczę ze szkieletem nimfy, czy też krasnoluda. To bardzo pokrzepiające.
Tak czy inaczej, książę skończył czytać, kiedy było już bardzo późno, postanowiłam więc iść się już położyć.
- W takim razie dobranoc - powiedział Dolandilas zostawiając mnie samą przed drzwiami mojego pokoju.
Zanim się położyłam wzięłam jeszcze szybki, gorący prysznic i przyjrzałam się swojemu ciału w lustrze. Od czasu, kiedy się tutaj pojawiłam, moje mięśnie się uwyraźniły. Nie wyglądałam już jak mała sierotka, nabrałam nawet masy. Uznałam, że to dobrze, skoro czekała mnie tak ogromna w znaczeniu walka. Zanim jednak do niej dojdzie, miałam sporo czasu, żeby się wyspać, co też uczyniłam.

O świcie obudziła mnie zaufana służba Wyklętych, przynosząc mi śniadanie, składające się z czegoś podobnego do naleśników z owocami, roślinnych, chrupiących ciastek oraz sokiem z jakiegoś zielonego owocu. Całe śniadanie było przepyszne i porcjowane idealnie, by nie być głodnym, ale też nie pełnym. Krótko po tym, jak skończyłam dojadać ciastka, do mojego pokoju zapukała płomieniście-ruda dziewczyna. Pamiętałam, że wczoraj spotkałam ją w barze za ladą. To ona podała mi ten cudowny napój, po którym czułam się jak nowo narodzona. Z uśmiechem otworzyłam drzwi by przywitać Talanę.
- Witaj, przyniosłam ci coś na ten ciężki dzień - powiedziała podając mi niebieski napój w termosie.
- Dziękuję, wejdź.
Piromanka uśmiechnęła się serdecznie i weszła do środka, rozglądając się po pokoju. Kiedy sprawdziła dokładnie każdy kąt w końcu usiadła na skraju niepościelonego łóżka.
- Denerwujesz się? - zapytała.
- Troszkę - przyznałam- Ale tym razem nie będę sama, a to dość pokrzepiające.
- Wybacz, ale Patryk nie wygląda na duże wsparcie - zaśmiała się.
- I nie jest nim, ale lepszy rydz niż nic - wzruszyłam ramionami. Zabierałam się właśnie do rozplątywania kołtunów, jakie powstały w nocy przez moje wiercenie.
- Może pomogę? - odezwała się Talana podchodząc i zabierając ode mnie szczotkę. Miło było posiedzieć, kiedy ona delikatnymi, ale zdecydowanymi ruchami pomagała moim włosom wyjść na prostą. Tak jak kiedyś moja mama.
- Nie pracujesz dzisiaj? - zapytałam dziewczyny, kiedy ona zaplatała mi warkocza.
- Tutaj nikt nie pracuje, wszystko robimy nawzajem dla siebie, za darmo. Ale owszem, dzisiaj bar pozostaje na usługach goblinów. Musisz już iść - powiedziała zerkając na zegar.
Rzeczywiście nadeszła już pora ostatecznego testu.


Z Patrykiem spotkałam się w połowie drogi do Komnaty Iluzji. Ilość schodów w tej konstrukcji przewyższała chyba wieżę Eiffla, ale ostatecznie stwierdzić nie mogłam, bo w Paryżu nigdy nie byłam. Tak czy inaczej, wchodząc w tę i we w tę można sobie nieźle popracować nad kondycją.
- Masz, łyknij sobie, poczujesz się lepiej - rzuciłam na widok zaspanego chłopaka i podałam mu do połowy wypełniony niebieskim płynem termos.
- Co to? - zapytał i podejrzliwie powąchał termos, jednak po chwili pociągnął dość dużą ilość płynu.
- Wypij duszkiem, lepiej zadziała - powtórzyłam słowa Talany. Patryk wykonał to polecenie jak potulny szczeniaczek.
- Spałaś coś? - zadał pytanie, a na myśl o śnie sam zaczął ziewać.
- Trochę - wzruszyłam ramionami - Postaraj się dzisiaj nie zginąć, okej?
- Ty też.
Przy mosiężnych wrotach czekali na nas Eudriellion, Dolandilas i Tosya, we własnej osobie.
- Z jakiegóż to powodu zaszczycasz nas swoją obecnością? - zapytałam unosząc brwi do góry. Chciałabym w takich chwilach unieść tylko jedną, ale nie umiem, a próby zrobienia czegoś podobnego wyglądają dość zabawnie, zupełnie nieelokwentnie do wypowiedzianych słów.
- Dzisiaj ja kontroluję wasz test - odpowiedziała odwracając się do nas - Nie radzę niczego zniszczyć. Zmarnowaliśmy przez was całkiem spory pokład energii.
- Przejdźmy do rzeczy. Weźcie broń - rzucił Dolandilas, który z zamysłem wpatrywał się w jeden z łuków.
- Weź ten - podał mi go - Walczyłem nim od kiedy pamiętam.
- Dziękuję - założyłam łuk na ramię - Jak się czujesz?
- W porządku. Lekarze sprawili się doskonale - uśmiechnął się. I choć nie powiedział nic szczególnego był przy tym boleśnie czarujący.
Wzięłam jeszcze miecz, kołczan ze strzałami i mały sztylet - wyposażenie z mojego treningu.
- Tym razem walczycie do końca, nie możemy przerwać iluzji - uprzedził Eudriellion i otworzył wrota do umiejscowienia naszych koszmarów. Może to głupie, ale ja ciągle miałam przed oczami mały, przytulny pokoik.
W środku nie zmieniło się za wiele, naga kobieta nadal cierpiała piekielne bóle, które sprawiały jej czarne postacie. Szybko oderwałam wzrok od sceny przypominającej mi mój ból i tym razem obejrzałam drugą ścianę na przeciwko. Na tym obrazie stał mały chłopczyk. W jego oczach świeciły dwa węgielki i samo spojrzenie w nie przyprawiało o zawroty głowy. Mały chłopczyk klęczał pochylony nad ciałem mężczyzny, który wpatrywał się przerażony w niebo. W piersi dorosłego zionęła wielka, zakrwawiona dziura. Brakowało mu serca. Mały chłopczyk trzymał je w ręce i wręcz delektował się spływającą krwią. To, co wprawiało mnie w przerażenie to sadystyczny wzrok chłopca, radość z zadanego bólu. A przecież był jeszcze małym - może pięcioletnim - dzieckiem, ucieleśnieniem niewinności.

- Gotowi? - rozgrzmiał głos Tosyi, która na nasze niepewne skinięcia zamknęła drogę ucieczki. Po chwili usłyszałam charakterystyczny szczęk - wyjęto pieczęć. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz