wtorek, 3 stycznia 2017

Rozdział 14

                                    Rozdział 14


Patryk stał zaraz za mną, stykaliśmy się plecami. On wyciągnął miecz, a ja łuk. W ten sposób ja mogłam walczyć na dystans, a on bronić mnie wręcz. Być może taktyka nie była zbyt dopracowana, ale musiała zadziałać.
W odległości kilkudziesięciu metrów przede mną pojawił się pierwszy przeciwnik. Odziana w czarną szatę sięgającą do samej podłogi, z kapturem założonym na oczy postać powoli podniosła głowę. A raczej czaszkę z resztkami skóry. W miejscu oczodołów świeciły dwa czerwone punkty niczym rubiny. Za cholerę nie wiedziałam co to jest.
- Patryk, osłaniaj tyły, przede mną stoi... coś! - powiedziałam do chłopaka, który na szczęście nawet nie próbował odwrócić głowy by zobaczyć o czym mowa.
Wyjęłam strzałę i naciągnęłam cięciwę. Puściłam ją dokładnie w momencie, kiedy Patryk upadł i odsłonił moje plecy. Strzała przeleciała ze świstem zaraz obok przeciwnika, który oczami wpatrywał się w chłopaka.
- Co się dzieje? - zapytałam przygotowując się do następnego strzału.
- Robaki wychodzą z mojego ciała! - krzyczał spanikowany kompan.
- Co?! - spojrzałam na niego.Rzeczywiście, larwy wszelkiej maści wypełzywały z jego rąk.
Na wszelki wypadek odsunęłam się od niego, po czym strzeliłam do żywego trupa. Tym razem trafiłam prosto w brzuch. Po chwili przeciwnik zniknął, a robaki przestały penetrować ciało Patryka.
- Mój Boże to Lisz! Jest przede mną - poinformował mnie i szybko zerwał się wyciągając miecz.
- Skąd wiesz? - zapytałam stając na przeciwko wroga.
- Lochy i smoki - odpowiedział niepewnie zerkając na mnie.
- Serio? Ty też?! No dobra, jak to zabić?
- Trzeba zerwać mu wisior z szyi. W środku jest uwięziona jego dusza.
- I jak niby zamierzasz się za to zabrać?!
- Ja? - zdziwił się i przeraził jednocześnie. Przewróciłam oczami. Mogłam się tego spodziewać.
- Tak, ty. Ja odwrócę jego uwagę, ty się zajmij wisiorem!
Przebiegłam Liszowi tuż przed nosem, aby zwrócił na mnie ... oczy? A może rubiny? No... to czym patrzy. Na szczęście udało mi się i trup w szacie odwrócił się w moją stronę. Cały tył miał odsłonięty, liczyłam na to, że Patryk to wykorzysta. Zatrzymałam się, kiedy coś oplotło moje nogi. Moja pierwsza myśl-tylko nie ręce.
Na szczęcie okazało się, że to tylko zgniłe ciernie. W końcu wspięły się na tyle wysoko, że przewróciłam się i uderzyłam policzkiem o zimną podłogę. Chwilę później Patryk zakradł się do Liszy i jednym zwinnym ruchem zerwał naczynie z duszą. Nieumarły zniknął z niemym krzykiem,a moje nogi zostały uwolnione. Ciemnozielony kamień przywieszony do cienkiego łańcucha został w ręce chłopaka, który schował go do kieszeni spodni.
Szybko wróciliśmy do początkowej pozycji i przygotowaliśmy broń. Rozglądnęłam się po całej sali szukając następnego celu. Moment później z sufitu spadła ... sowa. Uderzyła o podłogę dokładnie obok moich nóg.
- Patryk... nie spadła ci przypadkiem sowa z nieba? - zapytałam nie przestając wpatrywać się w ptaka.
- Że co? - zaśmiał się chłopak. Moje słowa musiały zabrzmieć absurdalnie.
Jednak sowa zaczęła ożywać. Podniosła się na nogi i rozłożyła skrzydła. Powoli rosła aż dorównała mi wysokością. Jej brązowe pióra wypadły odsłaniając kobiece, zaokrąglone kształty, a ze skrzydeł powstały zgrabne ręce, zakończone pazurami tak długimi, że można by nimi przeszyć czaszkę na wylot.
- I co teraz rycerzyku? - zapytałam odsuwając się na drugi koniec ściany. Patryk wybrał miejsce pod stołem - Chyba sobie jaja robisz! - wrzasnęłam.
- To strzygi! Demony żywiące się krwią dziewic! Można je zabić ogniem lub drewnem! Rozkręcę ten stół, ale ty musisz odwrócić jej uwagę!
- Krwią dziewic, ta? Chyba mam problem - powiedziałam. Moja noga lekko krwawiła po spotkaniu z cierniami Lisza, więc byłam celem idealnym.
Wyciągnęłam łuk i strzeliłam w demonicę, ale ta złapała strzałę w powietrzu i odrzuciła w drugą stronę. Nieustannie brnęła w moją stronę. W końcu była zbyt blisko by bronić się łukiem, zarzuciłam go więc na ramię i wyjęłam mały sztylet. Zamachnęłam się na Strzygę i trafiłam w ramię zostawiając szramę, z której przez chwilę ciekł ciemny płyn, po czym rana zasklepiła się. No oczywiście.
Demonica jednym silnym ruchem skręciła mi bark i wyrwała sztylet z ręki. Swoje łapska przycisnęła mi do szyi i w pewnym momencie bałam się, że jej szpony rozerwą mi gardło. Wtedy akurat Patryk wbił jej w plecy nogę od stołu i demonica zniknęła.
- Dzięki, mój bohaterze - wycharkałam.
- Opłacało się grać - zaśmiał się cicho - To chyba nie koniec.
Szybko się ogarnęłam i stanęłam o własnych siłach. W przeciwległym końcu sali stała przygarbiona staruszka. Jednak zanim się obejrzałam wyjęła różdżkę i strzeliła nią w Patryka. Chłopak zrobił duże oczy, ale stał niewzruszony. Nagle przestał się ruszać, a kobieta wybuchnęła skrzekliwym śmiechem.
- Patryk!- wrzasnęłam licząc na to, że może się ogarnie i chociaż ucieknie. Ale on tylko spojrzał na mnie i przekręcił oczami.
Szybko zgarnęłam łuk i napięłam cięciwę. Wiedźma skierowała wtedy na mnie swoją różdżkę, z której wystrzeliła zielona wiązka kwasu. Wypalił dziurę w ścianie, ale na szczęście mnie nie drasnął. Szybko wystrzeliłam z łuku trafiając w brzuch staruszki. Patryk podbiegł do mnie szybko, a wiedźma zaskrzeczała i zniknęła.
- Co z tobą? - zapytałam opierając się o przewrócony stół. Chłopak musiał go przewrócić kiedy zajmował się bronią na strzygę.
- Jędza mnie sparaliżowała! - oburzył się i sięgnął po miecz, który wcześniej mu upadł - Co teraz? Widzisz coś?
- Nie. Ale to nie koniec.
- Cii! Słyszysz to?
Rzeczywiście, kiedy zamilkłam usłyszałam ciche zawodzenie płaczącej dziewczyny. Z czasem rozbrzmiewało coraz głośniej, aż rozbolała mnie głowa. Wyjrzeliśmy zza stołu i zobaczyliśmy nastolatkę w białej sukni, skuloną w kącie. Miała niesamowicie długie, białe włosy, które zakrywały jej twarz.
- Co robimy? - zapytałam. Dziewczyna nie wydawała się szkodliwa, ale skoro zalazła się tutaj jako nasza iluzja, musiała być groźna.
- Czekaj tutaj z założoną strzałą, a ja do niej podejdę. Jeśli mnie zaatakuje, wystrzelisz strzałę - zaproponował i już ruszał przed siebie, ale zdążyłam go zatrzymać pociągając za rękę.
- Po co do niej idziesz?
- Być może nie musimy jej zabić, tylko uratować... - powiedział niepewnie.
- Co?! - wydusiłam tylko z siebie, ale on pewnie podszedł do dziewczyny.
Szybko założyłam strzałę zgodnie z jego poleceniem i stanęłam w dogodnej pozycji. Ręka mi się trzęsła jak u osoby z Parkinsonem, więc bałam się, że zamiast strzelić w wroga trafię w Patryka. Chłopak powoli stanął tuż obok skulonej dziewczyny, dokładnie na wyciągnięcie ręki. Powiedział coś do niej, jednak zbyt cicho bym to usłyszała. Nastolatka bardzo wolno podniosła głowę. Poczułam się, jakbym oglądała ją w zwolnionym tempie. Kiedy jej twarz uniosła się na tyle wysoko, by spojrzeć na Patryka, uniosłam łuk nieco wyżej.
Cokolwiek stało się później, działo się w zbyt szybkim tempie by to zrozumieć. Chłopak spojrzał dziewczynie w twarz, a zaraz potem leżał jak długi na podłodze. Wystrzeliłam strzałę, ale totalnie zmieniła drogę lotu i uderzyła w boczną ścianę. Dziewczyna niczym duch przemknęła całą długość sali z prędkością światła i dosłownie przeszła przeze mnie. Na całym ciele poczułam chłód, który przesiąknął do moich kości. Jednak trwało to tylko chwilę, bo zaraz potem dziewczyna stała za moimi plecami i dosłownie płonęła.
- Patryk! - rzuciłam się do niego, kiedy nastolatka w bieli zniknęła. Chłopak nadal leżał na podłodze i co gorsza, nie oddychał.
Potrząsałam nim, biłam po twarzy, ale nie działało. Zanim się zorientowałam po mojej twarzy poleciały łzy. Nie chciałam w to uwierzyć, ale w mojej głowie wciąż kołatała się jedna myśl: nie żyje.
Za drzwiami usłyszałam trzaśnięcie wypadającej pieczęci. Wszelkie iluzje powinny zniknąć, jednak chłopak nadal się nie poruszył, nawet nie wziął oddechu. Próbowałam go reanimować, ale pomieszałam sobie ilość wdechów z uciskami, za bardzo chciałam mieć go znowu przy sobie. Wrota się otworzyły i do środa wbiegli Eudriellion, Dollandilas oraz Tosya z jedną z uzdrawiaczek. Chyba się przyzwyczaili, że po wyjściu stąd któreś z nas potrzebuje pomocy.
Na szczęście nikt nawet nie próbował mnie odciągnąć od Patryka. Druidka, która zgłosiła się do pracy w tutejszym szpitalu podeszła do chłopaka i położyła rękę na jego czole. Zamknęła oczy i mamrotała zaklęcie pod nosem. Po chwili Patryk wziął pierwszy oddech i otworzył oczy.
- Dominika... - wyszeptał.
- Jestem tutaj - powiedziałam i nachyliłam się bardziej, by mnie widział.
- Nie patrz jej w twarz... myślę, że to banshee - powiedział, a ja się zaśmiałam. Chwilę temu tak bardzo bałam się, że umrze, a teraz on ostrzega mnie przed jakimś duchem. Byłam tak szczęśliwa, że nie zważając na innych pochyliłam się i go pocałowałam.
- Zabierzmy go do szpitala - usłyszałam głos Dolandilasa.
Nawet nie spojrzałam na jego twarz.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz