Rozdział
14
Patryk
stał zaraz za mną, stykaliśmy się plecami. On wyciągnął miecz,
a ja łuk. W ten sposób ja mogłam walczyć na dystans, a on bronić
mnie wręcz. Być może taktyka nie była zbyt dopracowana, ale
musiała zadziałać.
W
odległości kilkudziesięciu metrów przede mną pojawił się
pierwszy przeciwnik. Odziana w czarną szatę sięgającą do samej
podłogi, z kapturem założonym na oczy postać powoli podniosła
głowę. A raczej czaszkę z resztkami skóry. W miejscu oczodołów
świeciły dwa czerwone punkty niczym rubiny. Za cholerę nie
wiedziałam co to jest.
-
Patryk, osłaniaj tyły, przede mną stoi... coś! - powiedziałam do
chłopaka, który na szczęście nawet nie próbował odwrócić
głowy by zobaczyć o czym mowa.
Wyjęłam
strzałę i naciągnęłam cięciwę. Puściłam ją dokładnie w
momencie, kiedy Patryk upadł i odsłonił moje plecy. Strzała
przeleciała ze świstem zaraz obok przeciwnika, który oczami
wpatrywał się w chłopaka.
-
Co się dzieje? - zapytałam przygotowując się do następnego
strzału.
-
Robaki wychodzą z mojego ciała! - krzyczał spanikowany kompan.
-
Co?! - spojrzałam na niego.Rzeczywiście, larwy wszelkiej maści
wypełzywały z jego rąk.
Na
wszelki wypadek odsunęłam się od niego, po czym strzeliłam do
żywego trupa. Tym razem trafiłam prosto w brzuch. Po chwili
przeciwnik zniknął, a robaki przestały penetrować ciało Patryka.
-
Mój Boże to Lisz! Jest przede mną - poinformował mnie i szybko
zerwał się wyciągając miecz.
-
Skąd wiesz? - zapytałam stając na przeciwko wroga.
-
Lochy i smoki - odpowiedział niepewnie zerkając na mnie.
-
Serio? Ty też?! No dobra, jak to zabić?
-
Trzeba zerwać mu wisior z szyi. W środku jest uwięziona jego
dusza.
-
I jak niby zamierzasz się za to zabrać?!
-
Ja? - zdziwił się i przeraził jednocześnie. Przewróciłam
oczami. Mogłam się tego spodziewać.
-
Tak, ty. Ja odwrócę jego uwagę, ty się zajmij wisiorem!
Przebiegłam
Liszowi tuż przed nosem, aby zwrócił na mnie ... oczy? A może
rubiny? No... to czym patrzy. Na szczęście udało mi się i trup w
szacie odwrócił się w moją stronę. Cały tył miał odsłonięty,
liczyłam na to, że Patryk to wykorzysta. Zatrzymałam się, kiedy
coś oplotło moje nogi. Moja pierwsza myśl-tylko nie ręce.
Na
szczęcie okazało się, że to tylko zgniłe ciernie. W końcu
wspięły się na tyle wysoko, że przewróciłam się i uderzyłam
policzkiem o zimną podłogę. Chwilę później Patryk zakradł się
do Liszy i jednym zwinnym ruchem zerwał naczynie z duszą. Nieumarły
zniknął z niemym krzykiem,a moje nogi zostały uwolnione.
Ciemnozielony kamień przywieszony do cienkiego łańcucha został w
ręce chłopaka, który schował go do kieszeni spodni.
Szybko
wróciliśmy do początkowej pozycji i przygotowaliśmy broń.
Rozglądnęłam się po całej sali szukając następnego celu.
Moment później z sufitu spadła ... sowa. Uderzyła o podłogę
dokładnie obok moich nóg.
-
Patryk... nie spadła ci przypadkiem sowa z nieba? - zapytałam nie
przestając wpatrywać się w ptaka.
-
Że co? - zaśmiał się chłopak. Moje słowa musiały zabrzmieć
absurdalnie.
Jednak
sowa zaczęła ożywać. Podniosła się na nogi i rozłożyła
skrzydła. Powoli rosła aż dorównała mi wysokością. Jej
brązowe pióra wypadły odsłaniając kobiece, zaokrąglone kształty,
a ze skrzydeł powstały zgrabne ręce, zakończone pazurami tak
długimi, że można by nimi przeszyć czaszkę na wylot.
-
I co teraz rycerzyku? - zapytałam odsuwając się na drugi koniec
ściany. Patryk wybrał miejsce pod stołem - Chyba sobie jaja
robisz! - wrzasnęłam.
-
To strzygi! Demony żywiące się krwią dziewic! Można je zabić
ogniem lub drewnem! Rozkręcę ten stół, ale ty musisz odwrócić
jej uwagę!
-
Krwią dziewic, ta? Chyba mam problem - powiedziałam. Moja noga
lekko krwawiła po spotkaniu z cierniami Lisza, więc byłam celem
idealnym.
Wyciągnęłam
łuk i strzeliłam w demonicę, ale ta złapała strzałę w
powietrzu i odrzuciła w drugą stronę. Nieustannie brnęła w moją
stronę. W końcu była zbyt blisko by bronić się łukiem,
zarzuciłam go więc na ramię i wyjęłam mały sztylet. Zamachnęłam
się na Strzygę i trafiłam w ramię zostawiając szramę, z której
przez chwilę ciekł ciemny płyn, po czym rana zasklepiła się. No
oczywiście.
Demonica
jednym silnym ruchem skręciła mi bark i wyrwała sztylet z ręki.
Swoje łapska przycisnęła mi do szyi i w pewnym momencie bałam
się, że jej szpony rozerwą mi gardło. Wtedy akurat Patryk wbił
jej w plecy nogę od stołu i demonica zniknęła.
-
Dzięki, mój bohaterze - wycharkałam.
-
Opłacało się grać - zaśmiał się cicho - To chyba nie koniec.
Szybko
się ogarnęłam i stanęłam o własnych siłach. W przeciwległym
końcu sali stała przygarbiona staruszka. Jednak zanim się
obejrzałam wyjęła różdżkę i strzeliła nią w Patryka. Chłopak
zrobił duże oczy, ale stał niewzruszony. Nagle przestał się
ruszać, a kobieta wybuchnęła skrzekliwym śmiechem.
-
Patryk!- wrzasnęłam licząc na to, że może się ogarnie i chociaż
ucieknie. Ale on tylko spojrzał na mnie i przekręcił oczami.
Szybko
zgarnęłam łuk i napięłam cięciwę. Wiedźma skierowała wtedy na
mnie swoją różdżkę, z której wystrzeliła zielona wiązka
kwasu. Wypalił dziurę w ścianie, ale na szczęście mnie nie
drasnął. Szybko wystrzeliłam z łuku trafiając w brzuch
staruszki. Patryk podbiegł do mnie szybko, a wiedźma zaskrzeczała
i zniknęła.
-
Co z tobą? - zapytałam opierając się o przewrócony stół.
Chłopak musiał go przewrócić kiedy zajmował się bronią na
strzygę.
-
Jędza mnie sparaliżowała! - oburzył się i sięgnął po miecz,
który wcześniej mu upadł - Co teraz? Widzisz coś?
-
Nie. Ale to nie koniec.
-
Cii! Słyszysz to?
Rzeczywiście,
kiedy zamilkłam usłyszałam ciche zawodzenie płaczącej
dziewczyny. Z czasem rozbrzmiewało coraz głośniej, aż rozbolała
mnie głowa. Wyjrzeliśmy zza stołu i zobaczyliśmy nastolatkę w
białej sukni, skuloną w kącie. Miała niesamowicie długie, białe
włosy, które zakrywały jej twarz.
-
Co robimy? - zapytałam. Dziewczyna nie wydawała się szkodliwa, ale
skoro zalazła się tutaj jako nasza iluzja, musiała być groźna.
-
Czekaj tutaj z założoną strzałą, a ja do niej podejdę. Jeśli
mnie zaatakuje, wystrzelisz strzałę - zaproponował i już ruszał
przed siebie, ale zdążyłam go zatrzymać pociągając za rękę.
-
Po co do niej idziesz?
-
Być może nie musimy jej zabić, tylko uratować... - powiedział
niepewnie.
-
Co?! - wydusiłam tylko z siebie, ale on pewnie podszedł do
dziewczyny.
Szybko
założyłam strzałę zgodnie z jego poleceniem i stanęłam w
dogodnej pozycji. Ręka mi się trzęsła jak u osoby z Parkinsonem,
więc bałam się, że zamiast strzelić w wroga trafię w Patryka.
Chłopak powoli stanął tuż obok skulonej dziewczyny, dokładnie na
wyciągnięcie ręki. Powiedział coś do niej, jednak zbyt cicho bym
to usłyszała. Nastolatka bardzo wolno podniosła głowę. Poczułam
się, jakbym oglądała ją w zwolnionym tempie. Kiedy jej twarz
uniosła się na tyle wysoko, by spojrzeć na Patryka, uniosłam łuk
nieco wyżej.
Cokolwiek
stało się później, działo się w zbyt szybkim tempie by to
zrozumieć. Chłopak spojrzał dziewczynie w twarz, a zaraz potem
leżał jak długi na podłodze. Wystrzeliłam strzałę, ale
totalnie zmieniła drogę lotu i uderzyła w boczną ścianę.
Dziewczyna niczym duch przemknęła całą długość sali z
prędkością światła i dosłownie przeszła przeze mnie. Na całym
ciele poczułam chłód, który przesiąknął do moich kości.
Jednak trwało to tylko chwilę, bo zaraz potem dziewczyna stała za
moimi plecami i dosłownie płonęła.
-
Patryk! - rzuciłam się do niego, kiedy nastolatka w bieli zniknęła.
Chłopak nadal leżał na podłodze i co gorsza, nie oddychał.
Potrząsałam
nim, biłam po twarzy, ale nie działało. Zanim się zorientowałam
po mojej twarzy poleciały łzy. Nie chciałam w to uwierzyć, ale w
mojej głowie wciąż kołatała się jedna myśl: nie żyje.
Za
drzwiami usłyszałam trzaśnięcie wypadającej pieczęci. Wszelkie
iluzje powinny zniknąć, jednak chłopak nadal się nie poruszył,
nawet nie wziął oddechu. Próbowałam go reanimować, ale
pomieszałam sobie ilość wdechów z uciskami, za bardzo chciałam
mieć go znowu przy sobie. Wrota się otworzyły i do środa wbiegli
Eudriellion, Dollandilas oraz Tosya z jedną z uzdrawiaczek. Chyba
się przyzwyczaili, że po wyjściu stąd któreś z nas potrzebuje
pomocy.
Na
szczęście nikt nawet nie próbował mnie odciągnąć od Patryka.
Druidka, która zgłosiła się do pracy w tutejszym szpitalu
podeszła do chłopaka i położyła rękę na jego czole. Zamknęła
oczy i mamrotała zaklęcie pod nosem. Po chwili Patryk wziął
pierwszy oddech i otworzył oczy.
-
Dominika... - wyszeptał.
-
Jestem tutaj - powiedziałam i nachyliłam się bardziej, by mnie
widział.
-
Nie patrz jej w twarz... myślę, że to banshee - powiedział, a ja
się zaśmiałam. Chwilę temu tak bardzo bałam się, że umrze, a
teraz on ostrzega mnie przed jakimś duchem. Byłam tak szczęśliwa,
że nie zważając na innych pochyliłam się i go pocałowałam.
-
Zabierzmy go do szpitala - usłyszałam głos Dolandilasa.
Nawet
nie spojrzałam na jego twarz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz