wtorek, 3 stycznia 2017

Rozdział 15

                                  Rozdział 15
Wystarczyło zaledwie dotknięcie uzdrawiaczki, aby Patrykowi się polepszyło. Jak stwierdziła, nawet się nie zapracowała, ponieważ jego śmierć była chwilową iluzją, a ona jedynie musiała pozbyć się "szoku pourazowego".
Naradę zwołano w sali poświęconej malunkom przepowiedni. Na miejsce przybyliśmy z Patrykiem jako pierwsi. Uparłam się, aby osobiście odebrać go ze szpitala. Mimo, że jego śmierć była zaledwie iluzją, stale upewniałam się, że nadal żyje. Oglądaliśmy właśnie malowidło, które miało przedstawiać Sariusa.
Wysoki mężczyzna z zarzuconym na oczy kapturem dzierżył w ręku kostur, na którego szczycie znajdowała się zielona, przypuszczalnie szklana kula. Nekromantę otaczały szkielety i martwe ciała różnych stworzeń. Z każdego ciała ulatywało widocznie życie, pod postacią zielonej mgły. Obraz nie był tak przerażający jak te w sali iluzji, ale wywoływał dreszczyk.
- Już tu jesteście? - zapytał zdziwiony Dolandilas. Chyba spodziewał się, że to im przypadnie pierwszeństwo.
- W taki razie już są wszyscy, dobrze - odezwała się kapłanka Eudriane - Przeszliście dzisiejszy test. Jutro o świcie wyruszycie do twierdzy Krasnoludów, jako że znajduje się ona najbliżej Wyklętych. Wasza podróż potrwa kilka dni, a jej rezultaty prześlecie listem do królowej Airlandary. Żadna wiadomość nie może przyjść tutaj, Wyklęci od razu by ją przejęli, a do tego nie można dopuścić.
- Co z tobą? - zapytał Eudriellion.
- Nie mogę opuścić tego zamku. Niestety moja rola kończy się, mogę jedynie pilnować Wyklętych, jako że sama nią teraz jestem. A teraz idźcie odpocząć, czeka was ciężka podróż.


Do wieczora zostało jeszcze kilka godzin, więc postanowiłam powłóczyć się po królestwie. Trochę czasu minęło zanim przyzwyczaiłam się do skąpych stroi Wyklętych, ale teraz nie robiły już na mnie wrażenia. Mimo słów Dolandilasa, od czasu naszego przybycia stworzenia starały się zachowywać przyzwoicie, a muzyka przywodząca na myśl celtycką rozbrzmiała zaledwie dwa razy.
Jednak czas spędzony tam był zbyt krótki, by przywyknąć do fioletowej poświaty, która otaczała dosłownie wszystko do czego użyto czarnej magii. Ciężko też było uspokoić się, kiedy obok ciebie przelatywały przedmioty ciągnięte mocą któregoś z Wyklętych.
Z takimi myślami chodziłam po ogromnym budynku zamieszkanym przez dziwną mieszaninę ras, które znałam z filmów i gier. W końcu znalazłam jakieś szklane drzwi, prowadzące na zewnątrz. Było to jedyne wyjście, jakie znałam w całym królestwie, które nie było obstawione strażnikami zabraniającymi wyjść. Za szkłem rozciągał się piękny widok ogrodu, który porastały dwa gatunki kwiatów. Nie kojarzyłam żadnego z nich z naszego świata. Oba sięgały łodygami aż do mojego ramienia, a płatki nienaturalnej wielkości miałam zaraz przy twarzy.
- Więc znalazłaś nasz ogród - usłyszałam głos Tosyi.
- Przy drzwiach nie było strażników. Uznałam, że mogę wyjść - powiedziałam na swoją obronę, jakbym spodziewała się, że na mnie naskoczy.
- Nie ma problemu. To magiczne miejsce, ale hm... naturalnie - zaśmiała się delikatnym śmiechem jakiego pozazdrościła by jej niejedna dziewczyna. Przy niej mój śmiech przypominał rechot.
- Chcesz powiedzieć, że nie jest zasilane czarną magią? - domyśliłam się.
- Tak, kiedy zbudowaliśmy tutaj swoje miejsce, ten ogród już tu stał, już był zaczarowany.
- Co tutaj takiego magicznego? - zapytałam. Owszem, miejsce było przepiękne, ale słowo magiczne nabrało dla mnie zupełnie innego znaczenia, kiedy przybyłam do tego świata.
- Spotkajmy się tutaj przed północą, sama zobaczysz - rzekła uśmiechnięta tajemniczo i wyszła z ogrodu.


Do północy zostały mi jeszcze 3 godziny, postanowiłam zużyć je na zabiegi upiększające, na które ostatnio nie miałam czasu. W końcu jestem kobietą, mogę sobie czasami sprawić przyjemność!
Nimfy prowadziły coś w rodzaju spa w jednym z pomieszczeń podziemnych. Wytłumaczyły, że tak łatwiej nimfą wodnym ciągnąć wodę, cokolwiek to miało oznaczać. Tak czy inaczej, ich delikatne ręce robiły cuda z moimi mięśniami, kiedy po kolei każdy rozluźniały. Nawet nie wiedziałam, że byłam tak spięta. Po masażach przygotowano dla mnie kąpiele w olejkach kwiatowych. Kiedy wyszłam z wanny pełnej wody poczułam, że zapach przesiąkł przez moją skórę i teraz sama byłam jak chodzący kwiatek. Mimo to zapach był tak delikatny i słodki, że z przyjemnością się obwąchiwałam. Na koniec nimfy przeraziły się stanem moich paznokci, które bardzo często łamały się podczas treningów. Od razu chwyciły za różne specyfiki i wcierały sie w płytkę paznokcia, oraz skórki wokół nich. Kiedy uznały, że zrobiły co mogły pomalowały je jakąś odżywką, która po wyschnięciu zostawiła twardą warstwę.
Z błogiego relaksu wyrwała mnie Tosya. Weszła do pokoju pięć minut przed północą i poczekała, aż się ubiorę w zwiewną, granatową sukienkę sięgającą aż do podłogi. Zaprowadziła mnie przez korytarze do ogrodu kwiatów. Razem usiadłyśmy na dużej huśtawce przewiązanej sznurem na gałęzi.
- Uwielbiałam tu przychodzić, kiedy razem z kilkoma Wyklętymi zbudowaliśmy ten zamek.
- Jak na to wpadliście? Żeby wybudować schronienie dla Wyklętych?
- Byliśmy tylko grupą ludzi na wygnaniu, którzy mimo to szukali domu. Znaleźliśmy księgę, w której opisano tajniki magi.
- Czarnej Magii - wtrąciłam, na co Tosya skinęła głową.
- Nauczyliśmy się jej i kamień po kamieniu wznieśliśmy zamek. Wszystkie królestwa o nim usłyszały, ale tu nikt się nie zapuszcza. Jedynie, kiedy kolejna osoba zostaje Wyklętym, przychodzi ekspedycja i oddaje go nam w nasze ręce.
- Kim są osoby, z którymi wznieśliście to miejsce? Gdzie oni są?
- Nie żyją, ponieważ to było tak dawno, że moja pamięć nie sięga.
- Więc dlaczego... - nie wiedziałam jak skończyć aby było grzecznie, w końcu Tosya nie zbyt często rozmawiała ze mną przyjacielsko.
- Żyję? Ponieważ nadal jestem Nimfą. Nie mogę używać ich magii, oraz rozkoszować się pięknem Królestwa, ale to nie znaczy, że nie należę do swojego gatunku. Nieśmiertelność Nimf nadal mnie dotyczy - powiedziała z tęsknym uśmiechem - Chodź, zaczyna się.
Razem z Tosyą wstałam i ruszyłam wąskim chodnikiem do miejsca, gdzie kwiaty rosły najbujniej. Każdy z nich emanował teraz życiem, bardziej niż kilka godzin temu. Nagle płatki kwiatów o srebrnych koronach rozbłysły światłem oświetlając cały ogród. Kwiaty zdawały się tańczyć w okół siebie i piąć w naszą stronę. Zaraz potem wystrzeliły z nich srebrne kule, które w powietrzu rozpadły się na miliony świetlistych odłamków. Te unosiły się w okół nas niczym latający brokat, oświetlając cały ogród. Efekt był tak piękny, że zaparło mi dech. Jednak po zbyt krótkiej chwili kwiaty opadły na ziemię, tracąc życie, a srebrne odłamki zniknęły.
- Efekt Kwiatów Nocy trwa zaledwie minutę, każdej nocy. Kwiaty Dnia rozkwitają, kiedy staje słońce.
- To niesamowite - wydusiłam z siebie.
- Legenda głosi, że kiedy nie zakwitną Kwiaty Dnia, słońce nigdy nie wzejdzie już na tarczę nieba, a kiedy nie zakwitną Kwiaty Nocy, księżyc opuści naszą orbitę i nie zagości na nocnym niebie.
- Więc coś tak pięknego ma przewidzieć koniec świata - zaśmiałam się cicho. Nadal nie mogłam uwierzyć, że Kwiaty Nocy leżą teraz padnięte na ziemi.
- Nie martw się, pilnuję ich - uśmiechnęła się do mnie szeroko - A teraz lepiej idź spać. Słyszałam, że jutro wyruszacie.


Śniło mi się, że byłam księżniczką w zwiewnej sukni i tańczyłam w ogrodzie. Kiedy zakwitły Kwiaty Nocy do ogrodu wszedł książę elfów - Dolandilas. Wziął mnie w ramiona i razem lawirowaliśmy pośród kwiatów i srebrnych świetlików. Jednak coś tam nie pasowało. Rozpuszczone włosy księcia powiewały na wietrze i otulały mnie przy każdym obrocie. Kiedy jeden z odłamków Kwiatu opadł mu na włosy zrozumiałam dlaczego czułam taki niepokój. Złote włosy Dolandilasa nie pasowały do srebra ogrodu w nocy. Zanim się obudziłam pomyślałam tylko, że ciemny blond Patryka pasował by bardziej.


Rano obudziły mnie promienie słońca, które tego dnia grzało wyjątkowo mocno. Niezasłonięte okno wpuszało na moją twarz tyle światła słonecznego, że bałam się czy jej nie spaliłam. Zaledwie kilka minut po moim przebudzeniu do pokoju przyszła służąca-niziołek, która przyniosła mi małe zawiniątko.
- Prezent od pani Tosyi. Kiedy wybiją dzwony zapraszamy na śniadanie - powiedziała i pośpiesznie ruszyła dalej.
Kiedy otwarłam prezent okazało się, że jest to fioletowo-czarna zbroja. Na szczęście zakrywała całe ciało oprócz głowy, a nie jak to w zwyczaju mają Wyklęci tylko, co konieczne. Całą zbroję pokrywały metalowe płyty, które musiały ważyć chyba z milion kilogramów. Jednak w rękach nie czułam tego ciężaru, wręcz przeciwnie, odzienie ważyło tyle co nic. Po jej ubraniu nic się nie zmieniło.
Przyznam szczerze, że bałam się iż w takiej płytówce mogę wyglądać grubo, albo, że będzie za duża. Jednak ona przylegała idealnie do mojego ciała i nie krępowała ruchów. Coraz bardziej wyczuwałam w niej czarną magię Wyklętych. Mimo to prezent bardzo mi się spodobał, zbroja była piękna. Czułam się jak prawdziwa wojowniczka, nie jak łamaga, a to było pokrzepiające.
Kiedy wybiły dzwony w zbroji udałam się do miejsca, w którym Wyklęci jedli posiłki. My zwykle dostawaliśmy je do pokoi, ale skoro Tosya nas zaprosiła, nie wypadało odmówić. Moje miejsce mieściło się obok niej i Eudrielliona, na przeciwko nas siedzieli Dolandilas i Patryk z naburmuszoną miną. Wszyscy podziwiali moją zbroję, a ja szczerze podziękowałam Tosyi za prezent. Posiłek zaczął się bez żadnej mowy, po prostu zasiedliśmy przy stole i nałożyliśmy na talerze to co przypadło nam do gustu. Najbardziej smakował mi pieczony gryf, którego ostatnio nie ośmieliłam się zjeść, ze względu na Dolandilasa, a najmniej zupa z korzeni jakiś roślin. Miała gorzki smak niezbyt pasujący do reszty dań, ale z taktem to przemilczałam.
Po śniadaniu mieliśmy zaledwie chwilę dla siebie, żeby spakować do elfickich toreb niezbędne rzeczy. W pokoju znalazłam zapas niebieskiego energetyzującego napoju od Talany, z podziękowaniami za znajomość i wyrazami nadziei na następne spotkanie. Uśmiechnęłam się do kartki i wrzuciłam zapakowane picie do tobołka. Następnie zabrałam wszystkie rzeczy, które miałam ze sobą odkąd wylądowałam na polanie i wyszłam przed bramę. Ktoś przygotował już nasze jednorożce do drogi, przepasałam więc Fantaqiego i zabezpieczyłam bagaż, który na szczęście nie był zbyt ciężki. Po chwili dołączyli do mnie Dolandilas, Eudriellion i Patryk. Mieli na sobie ubrania, w których tu przyjechaliśmy.
- Czyżbyś tak bardzo zaprzyjaźniła się z Tosyą, że dajecie sobie prezenty? - zaśmiał się Patryk wskazując na moją zbroję.
- Zazdrościć psiapsióły? - zażartowałam. Tego dnia miałam bardzo dobry humor.
- Na twoim miejscu bym uważał - rzucił Eudriellion.
- Dlaczego? - zapytałam podejrzliwym tonem.
- Z taką nigdy nie wiadomo - odpowiedział i wsiadł na swojego jednorożca. Obok niego na drugim, śnieżnobiałym zwierzęciu siedział Dolandilas - Ruszamy?
- Czekajcie - odezwał się Patryk i uczynnie podsadził mnie na Fantaqiego. Jak za pierwszym razem. Następnie jednym zwinnym podskokiem wskoczył na grzbiet swojemu jednorożcowi - Możemy jechać.
Żelazna, wielka brama otworzyła się na znak elfów odchylając swoje podwoje i wpuszczając promienie światła do środka. Za bramą czekał nas długi most pilnowany przez kamienne gargulce, ale przede wszystkim świat nieuniknionych walk i trudów, sojuszników i wrogów. Mimo zła, z uśmiechem na twarzy wyprowadziłam jednorożca na most.












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz