Rozdział
12
Obudziłam
się, kiedy moim ciałem zaczęły rzucać spazmatyczne wstrząsy.
Nie leżałam już na zimnej, wykładanej kafelkami podłodze.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam nad sobą poważne spojrzenie jakieś
elfki księżycowej.
-
Nie ruszaj się, niesiemy cię do skrzydła szpitalnego -
powiedziała.
Wokół
mnie panował kompletny chaos, w którym nie mogłam się odnaleźć.
Przez głowę przelatywały mi okropne obrazy ostatnich wydarzeń.
Nie czułam rany na nodze, ale szczerze mówiąc nie czułam również
całego mojego ciała. Czułam za to cierpienie psychiczne i w tamtym
momencie bałam się, że się nie podniosę i zwariuję.
W
końcu jakiś ork pomógł elfce zdjąć mnie z noszy i ułożyli
mnie do łóżka. Zza drzwi chwilę później wpadli wszyscy
wtajemniczeni w plan. Jedno mogłam przysiąc - nigdy jeszcze nie
widziałam takiego poczucia winy, jakie malowało się na twarzy
Dolandilasa.
Elficzka,
która najwyraźniej była czymś w rodzaju lekarza, nie wygoniła
ich z pokoju. Po prostu nie zwracała na nikogo uwagi. Pomogła mi
się podnieść i usiąść, po czym dotknęła rękami mojego czoła
i wymamrotała jakieś słowa. Przez moje ciało przelała się
ciepła, przyjemna energia, oczyszczając mnie z toksyn. Na koniec
powędrowała do mojego umysłu i także tam zrobiła porządek.
Czułam jakby odkurzała cały ból i cierpienie. Kiedy skończyła
czułam się o wiele lepiej, jeszcze nie tak dobrze, jak wcześniej,
ale już nie czułam takiego mroku w sobie.
-
Już jest w porządku, musisz tylko odpocząć. Potrzebujesz czasu na
ponowne zregenerowanie sił - pocieszyła mnie z uśmiechem i
zostawiła nas samych.
Pierwsza
podeszła do mnie kapłanka i z konsternacją na twarzy przysiadła
na łóżku.
-
Na prawdę jest już w porządku? Możesz normalnie rozmawiać? -
zapytała.
-
Tak, czuję się normalniej - powiedziałam głupio. Nie wiedziałam
jak inaczej zdefiniować swoje samopoczucie, ale rzeczywiście,
wszystko było już okej.
-
Co tam się wydarzyło? - zapytał cicho Eudriellion.
-
Walczyłam do końca. Ale w pewnym momencie nie dałam rady i zombie
rozdzierały mi skórę. Przypomniałam sobie, że to tylko iluzja,
zaczęłam krzyczeć, a zombie zniknęły. Potem zemdlałam.
-
Niesamowite. Dominiko, możesz chodzić? - zapytał troskliwie
Dolandillas.
-
Myślę, że tak.
Chwilę
później wszyscy szliśmy schodami do wieży, w której zemdlałam.
Koniecznie chcieli mi coś pokazać, jednak uprzedzili mnie, że w
środku będzie wściekła Tosya.
-
Jesteś gotowa? - zapytał Patryk i otworzył mosiężne wrota,
prowadzące do sali iluzji.
Jednak
teraz nie był to ogromny, przerażający pokój, a malutki,
zakurzony. Przypominał nieco babciną sypialnię.
-
Co tu się stało? - zapytałam zaskoczona. Weszłam do środka,
gdzie rzeczywiście zastałam Tosyę, wraz z kilkoma Wyklętymi.
Władczyni
odwróciła się do mnie, a z jej twarzy wyczytałam, że wściekła,
to mało powiedziane.
-
Możesz mi do cholery wytłumaczyć jak to zrobiłaś?! Gdzie jest
sala iluzji?!
-
Daj spokój, jeszcze nic jej nie wytłumaczyliśmy - stanął w mojej
obronie złotowłosy książkę.
-
Co tu się stało? - powtórzyłam pytanie.
-
Ty to zrobiłaś. Swoimi krzykami wzmogłaś głęboko ukrytą moc,
złamałaś potężne zaklęcie Wyklętych. Pokonałaś wszystkie
zabezpieczenia i sprawiłaś, że całą ich iluzję tego pokoju
szlag trafił - tłumaczyła Eudriane z wielkim podnieceniem.
-
Jeśli potrzebujesz świadectwa twojej mocy, to myślę, że to
powinno ci wystarczyć - powiedział z uśmiechem Patryk.
-
Przyznaję, to co zrobiłaś budzi podziw - rzuciła Tosya -
Naprawienie tego zajmie nam całą noc, a i tak nie odzyskamy całej
świetności tego miejsca.
-
Nie mam pojęcia, jak do tego doszło - wyznałam - Po prostu nie
mogłam znieść tego bólu i tylko krzyczałam...
-
My nie słyszeliśmy krzyku, tylko ten, który pochodził od twoich
przeciwników - wtrącił Eudriellion.
Chwilę
jeszcze podziwiałam mały pokoik, zupełnie inny niż tamten. Potem
jednak Wyklęci poprosili o nasze wyjście, by z powrotem przywrócić
iluzję.
-
Patryk też odbędzie tam trening? - zapytałam, kiedy schodziliśmy
po schodach w dół wieży.
-
Tak, ale jutro. Musimy mieć pewność, że pokój zadziała jak
trzeba.
Resztę
tego dnia, który praktycznie już się kończył, spędziłam u
siebie w pokoju. Nakazano mi odpoczywać i regenerować siły, choć
wcale nie czułam, bym tego potrzebowała. Miałam za to czas dla
siebie, przemyślałam wszystko co zaszło, choć nie znalazłam
odpowiedzi na żadne z nurtujących mnie pytań.
Chciałam
zająć czymś myśli, chwyciłam więc za książkę. Przeczytałam
kilka akapitów, ale za wiele z nich nie zrozumiałam. Poddałam się
i położyłam spać, modląc się do Selune o spokojny sen.
Z
samego rana obudziła mnie sama Tosya zapraszając do uroczystej sali
zebrań. Z tego co wywnioskowałam miała nam wszystkim coś
niesamowicie ważnego do powiedzenia.
Dała
mi tylko chwilę na przebranie się z piżamy i osobiście
zaprowadziła do miejsca spotkania. W środku na krzesłach wiercili
się już wszyscy moi towarzysze.
-
Co jest tak niezmiernie pilne? - zapytał Dolandilas, którego
najwyraźniej też dopiero obudzili, ponieważ miał większe wory
pod oczami niż ja.
-
Nie mamy czasu, więc nie będę obijać w bawełnę. Przesłuchaliśmy
Katię, niestety zmusiła nas do wejścia w jej umysł. Dzięki temu
odkryliśmy kim tak na prawdę teraz jest. Okazało się, że
pracuje dla Sariusa, który obiecał jej wolność, w zamian za
zabicie Dominiki.
Wszyscy
zaniemieliśmy. Skąd mieliśmy wiedzieć, że Tosya sobie tego nie
wymyśliła tylko po to aby odwieść naszą uwagę od niej?
-
Skąd taka pewność? - zapytałam podejrzliwie.
-
Mówię ci, że byłam w jej umyśle, słuchasz czasem? - przewróciła
oczami - Najważniejsze jest to, że Sarius ją przekabacił. Nie
wiem jak do niej dotarł, ale skoro to zrobił to jest sto procent
szans, że może być następny, racja?
-
Sarius wzmocnia swoją moc. Już wysłał za nami Symorę, teraz
Katia. Wygląda na to, że nigdzie nie jesteśmy bezpieczni - wtrącił
Dolandilas.
-
Co z tym robimy? -zapytał Patryk.
-
Nic nie możemy zrobić. Nie jesteście jeszcze gotowi na opuszczenie
królestwa. Trenujemy dalej, zachowujemy wzmożoną uwagę i tyle -
rzucił Eudriellion.
Zgodziliśmy
się z tym i podziękowaliśmy Tosyi za wiadomość - prawdziwą czy
nie.
Kiedy
w końcu Tosya wypuściła nas z pokoju udaliśmy się na śniadanie,
po którym mieliśmy się spotkać w wieży. Tym razem to nie był
mój trening, ale uznałam, że będę czekać na Patryka - na
wszelki wypadek. Idiota czy nie będzie potrzebował wsparcia.
Na
szczyt wieży dotarłam ostatnia, czemu przyczyniły się przepyszne
placki z owocami. Nie przyniosłam ze sobą żadnej broni, bo
uznałam, że nie będzie mi potrzebna. Za mosiężnymi wrotami
dostrzegłam odnowioną salę iluzji. Jedyna różnica polegała na
braku ruszających się ścian, choć nie ujęło im to wiele z
upiorności.
-
Witaj Dominiko, miło że zechciałaś nam dotrzymać towarzystwa -
przywitał mnie Dolandilas pokazujący właśnie Patrykowi broń.
-
Gdzie Eudriellion? - zapytałam zamiast tego.
-
Prosił by dzisiejszy trening odbył się bez jego osoby. Ma jakieś
ważne sprawy do załatwienia - złotowłosy książę wzruszył
ramionami.
-
I nie pytałeś go o co chodzi? - dopytywałam.
-
A powinienem? - elf odpowiedział pytaniem podnosząc jedną brew do
góry.
-
Tak? Myślałam, że jesteśmy drużyną i powinniśmy sobie mówić
nawzajem gdzie idziemy, tym bardziej, kiedy każdy nasz ruch może
być śledzony przez Sariusa lub jego popleczników.
-
Jesteśmy drużyną, więc powinniśmy także mieć do siebie
zaufanie. Ja mu ufam, poza tym obiecał, że weźmie ze sobą
obstawę.
-
Dokąd?
-
Dominika, czy ty aby przypadkiem nie jesteś zbyt ciekawska? -
wtrącił Patryk kończąc oglądać broń.
-
A ty co, podsłuchujesz? Może lepiej byś się zajął odpowiednim
przygotowaniem? - odcięłam się.
-
Ta rozmowa nie ma sensu. Patryk, jesteś gotowy? - zapytał
Dolandilas schodząc z tematu.
Chwilę
później siedzieliśmy z Dolandilasem tuż przed mosiężnymi
drzwiami, za którymi toczyła się walka. Co chwilę słyszałam
brzdęk uderzania o siebie broni. Z tego co wiedziałam to Patryk nie
posługiwał się bronią na dystans, ale na wszelki wypadek schował
jeden sztylet nadający się do rzucania. Na własnym przykładzie
wiedziałam, jak bardzo może okazać się pomocny.
-
Walczyłeś kiedyś w sali iluzji? - zagadałam do zamyślonego
księcia. Przysłuchiwanie się temu, co działo się w środku
zaczęło mnie już nudzić.
-
Nie. Żadna istota, która nie została wyklęta nie ma tutaj prawa
wstępu. Dlatego nie wiedzieliśmy o czarnej magii, która jest tu
praktykowana. O sali opowiedziała nam Eudriane.
-
Pytaliście skąd wiedziała o niej? - zapytałam machinalnie.
-
Zacznij nam ufać Dominiko. Inaczej będzie nam bardzo ciężko w tej
wojnie.
Nie
odpowiedziałam, bo w tym momencie coś mocno łupnęło w drzwi.
-
Patryk?! - krzyknęłam.
-
Nic mi nie jest, to nie ja - odpowiedział zadyszany.
-
Wszystko w porządku? - zapytałam.
-
Jak najlepszym! - rzucił i ponownie wrócił do walki, a ja
postanowiłam go nie dekoncentrować.
-
Czujesz coś do niego? - odezwał się Dolandilas i wpatrywał we
mnie przenikliwie.
-
Odrazę - odpowiedziałam i przewróciłam oczami.
-
Nie o takie uczucia pytam - powiedział twardo.
-
Możecie wszyscy dać mi spokój? Nie wiem co czuję, ostatnio albo
nie czuję nic albo czuję za dużo, ciężko się w tym połapać.
-
Tłumisz w sobie uczucia, zamykasz w sobie. A kiedy jest ich za dużo
zjadają cię i nie pozwalają czuć nic więcej. To nie jest
normalnie, Domi.
-
Sugerujesz, że jestem nienormalna? - oburzyłam się.
-
Jesteś wyjątkowa, na swój własny sposób. Ale tak się nie da
długo żyć i dobrze to wiesz.
-
Więc co twoim zdaniem powinnam zrobić, wasza książęca mość? -
zadrwiłam.
-
Pozwolić uczuciom robić swoje, poddać się im. Przyznać przed
sobą, że jednak coś czujesz.
-
Nie znasz mnie. Nie wiem jakim prawem mnie oceniasz, ale daruj sobie
takie rady - rzuciłam. Z twarzy elfa wyczytałam, że moje słowa go
zraniły, ale w głębi duszy czułam, że tak będzie lepiej.
Kolejną
godzinę siedzieliśmy w milczeniu słuchając zmagań Patryka. Choć
usilnie starałam się nie zastanawiać, nad słowami złotowłosego
księcia, jakoś moje myśli zawsze kierowały się w kierunku tego
toru. Czy rzeczywiście tłumie w sobie wszystkie emocje? Czy coś
podobnego nie byłoby samoistną destrukcją?
-
Opowiedz mi o nimfach - poprosiłam Dolandilasa. Z wszystkich,
których przyjdzie mi odwiedzić o nich wiedziałam najmniej.
-
Ich królestwo nico różni się od pozostałych ze względu na
różnorodność środowisk nimf. Część z nich mieszka pod wodą,
są to nimfy wodne, czyli najady. Niektóre zamieszkują swój własny
las, nazywamy je driadami. Zaś te, które mieszkają na łąkach to
lejmoniady.
-
Skoro mieszkają osobno i dzielą się na grupy, będziemy musieli
przekonać każdą grupę z osobna? - zapytałam.
-
Na szczęście nie. Podlegają jednakowej władzy nimfy Ibrein. Jako
jedyna narodziła się z obumarłego drzewa, tak jak jej przodkowie.
Można powiedzieć, że ich władza jest dziedziczna, choć nimfy są
niepokalane, jeśli wiesz o co mi chodzi - zaczerwienił się.
-
Tak, myślę, że wiem - odpowiedziałam - W moim świecie nimfy
występowały tylko w mitologii i raczej nie były kojarzone z
niebezpieczeństwem i walką. W czym mogą nam pomóc? - zmieniłam
temat.
-
To prawda, są raczej kojarzone z łagodnością i spokojem. Jednak
posługują się magią natury, którą dobrze można wykorzystać.
Poza tym jak nikt potrafią leczyć rany.
-
Mają coś wspólnego z elfami? - dopytywałam.
-
Raczej niewiele. Uważają nas za dzikie, brutalne istoty - wzruszył
ramionami.
W
takim razie ciekawe co powiedziały by o ludziach - pomyślałam.
-
Są jakieś hmm... nimfy, płci męskiej? - zapytałam zamiast tego.
-
Nie, nimfy to tylko i wyłącznie kobiety. Rodzą się z kwiatów i
innych roślin. Jednak tylko królewska rodzina zostaje poczęta
przez drzewo - zaśmiał się.
Żadne
z nas nie zdążyło już nic powiedzieć bo zza drzwi sali iluzji
dobiegł nas odgłos walących się ścian, a potem przerażające
"stop" Patryka. Obaj natychmiast się zerwaliśmy i
Dolandilas zwinnym ruchem wyjął pieczęć. Mimo to chłopak nadal
krzyczał, choć jego przeciwnik powinien już zniknąć.
-
Otwórz drzwi! - wrzasnęłam na Dolandilasa.
-
Nie. Zasady są jasne, to on ma je otworzyć - wzruszył ramionami.
-
Coś mu się może stać!
-
A może po prostu chcesz zobaczyć czego się boi, co? Przecież tak
bardzo się o niego troszczysz!
-
Stul pysk. I wiesz co? Mam gdzieś te twoje zasady! - rzuciłam i
szybko chwyciłam do rąk miecz, łuk oraz strzały.
Miecz
schowałam do pochwy, a jedną ze strzał założyłam na cięciwę
łuku, po czym z całej siły jedną ręką pociągnęłam za drzwi.
Na moje szczęście otworzyły się zadziwiająco łatwo, więc
szybko mogłam odnaleźć się w sytuacji. Jednak kiedy
zorientowałam się co tak na prawdę mam przed sobą, moje serce
przestało bić i powędrowało do gardła.
Przede
mną bowiem stał ogromny, kościsty smok. Był odzwierciedleniem
smoków, które widywałam w filmach fantasy, jednak jego cielska nie
pokrywały łuski czy skóra. Był to po prostu ogromny, latający
szkielet smoka. Jedyną częścią, która nie była kością, było
ukryte za żebrami serce, które już nie pompowało krwi.
Patryk
stał w kącie pokoju trzymając w ręce krótki sztylet, którym z
pewnością nie da się pokonać takiego bydlęcia. Wystrzeliłam
więc strzałę pomiędzy żebrami smoka, którego rozmiar sprawiał,
że ta olbrzymia sala wydawała się ciasną izolatką. Następnie
wyjęłam miecz i pamiętając jak wyglądała walka z szkieletami
zaczęłam okładać potwora po kościanych łapach. Niestety, nie
był tak kruchy, mój miecz po prostu odbił się od jego kości.
Kątem oka zobaczyłam jak Dolandilas wbiega z łukiem w ręce i tak
jak ja próbuje odwrócić uwagę smoka od Patryka.
Poszło
mu całkiem nieźle bo smok rzeczywiście zmienił swój cel i
zaatakował elfa ogonem wgniatając go w ziemię. Wtedy ja
wykorzystując sytuację chwyciłam łuk i wystrzeliłam pomiędzy
żebrami, celując w serce. Na nasze nieszczęście strzała
poleciała za wysoko i ledwie drasnęła rozjuszonego smoka. Wtedy
Patryk , który odzyskał swój miecz rzucił się na niego by dać
mi kolejną szansę trafienia smoka. Jednak ten tylko znowu zamachnął
ogonem z taką siłą, że obaj leżeliśmy na ziemi cali obolali.
Kiedy rozejrzałam się po sali zobaczyłam, że Dolandilas jest
nieprzytomny, a Patryk czołga się do broni.
Smok
obrał sobie za cel mnie, a swojego dzieła zamierzał dokonać
rozgniatając mnie kościstą łapą. Już podnosił ją do góry
odsłaniając przy okazji jedyne miejsce, które nie chroniło jego
serca, kiedy założyłam strzałę na cięciwę i wystrzeliłam. Tym
razem trafiłam prosto w serce, a wszystkie kości w momencie się
rozpadły jak zaczarowane. Szybko zorientowałam się, że większość
spada na mnie, jednak jednym zwinnym ruchem przeturlałam się tak,
że leżałam bezpiecznie obok Patryka. Spojrzałam na niego i
wypowiedziałam jedyne słowa, które przyszły mi na myśl.
-
To, że jestem ciekawska chyba właśnie uratowało ci życie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz