Mój pierwszy trening bojowy okazał się wyjątkowo wyczerpujący. Na początek Dolandilas pokazał mi kilka broni, którymi dysponował asortyment Wyklętych. Wśród nich znalazłam misternie zdobiony miecz, idealnie wyważony. Eudriellion pochwalił mój strzał z łuku w Tymorę, więc wspólnie zdecydowaliśmy, iż moje krótkie "szkolenie" skupimy na walce właśnie tymi broniami. Dzięki temu w razie zagrożenia mogłam się bronić zarówno w walce wręcz, jak i na dystans.
Pierwszego dnia uczyłam się jak wykiwać przeciwnika silniejszego lub lepiej zbudowanego. W głowie ciągle powtarzałam rady elfów. Pracuj nogami, celuj w nieosłonięte punkty, nie daj się sprowokować. Trochę tego dużo, ale dałam radę. W końcu zaczęłam walczyć naprawdę, z Eudriellionem, który rzeczywiście mięśniami przeważał nade mną dwukrotnie. Jako elf miał on niesamowitą siłę, o której przekonałam się na własnej skórze. Tego dnia nie udało mi się go pokonać, ale Dolandilas obiecał że im więcej się nauczę, tym lepiej poradzę sobie w kolejnych dniach.
Strzelanie z łuku wydawało mi się wyjątkowo przyjemne i łatwe, bez problemu trafiałam w cel.
- Może pobawimy się inaczej? - zapytał z tajemniczym uśmieszkiem Eudriellion.
- Co masz na myśli? - zapytałam, zakładając strzałę na wyjątkowo mocną cięciwę.
- Stań tutaj - nakazał Dolandilasowi i położył mu na głowie kakuę- niebieski owoc tutejszych lasów.
- Żartujesz, prawda? Nie jestem Robin Hoodem!
- Czym nie jesteś? - zapytali obaj w tym samym momencie.
- No dawaj Dominika, wiem, że nic mi nie zrobisz - powiedział złotowłosy książę, ale zaraz potem głośno przełknął ślinę, co zdradziło jego strach.
- Nie wypuszczę was stąd, dopóki nie zestrzelisz owocu - zaśmiał się radośnie i usiadł na stołku.
- Daj mi chwilę - poprosiłam i na próbę kilka razy wystrzeliłam do tarczy.
- Kim jest ten Robin-jakiś tam? - zapytał Eudriellion bawiąc się nożem.
- Powiedz mi proszę, co wiesz o ludziach? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie - Albo raczej, co wiedziałeś o ludziach zanim tu przybyliśmy?
Kiedy skończyłam wystrzeliłam strzałę, która trafiła pół centymetra niżej, od najmniejszego okręgu tarczy. Gdybym strzelała do Dolandilasa byłoby po nim.
- Właściwie, Przepowiednia mówiła tylko o twoim przybyciu. Dolandilas bardziej interesował się legendami o was - wzruszył ramionami.
- Jakie legendy? - dociekałam.
- Między innymi o tym, jak stworzyliście świat. Podobno ze zwykłej rozbitej gwiazdy stworzyliście naszą planetę. W drugiej legendzie jesteście przedstawieni jako istoty walczące ze złem, jako nasze odpowiedniki bogów - opowiadał złotowłosy książę - Tak jest w rzeczywistości? Może, kiedy wygramy z Sariusem uda się sprowadzić tutaj ludzi?
- Nie ma mowy, nie pozwolę na to - powiedziałam szybko i podeszłam do elfów.
- Dlaczego nie?- zapytał zaskoczony Eudriellion.
- Ponieważ ludzie zniszczyli nasz świat, nie chcę żeby zniszczyli także wasz. Ludzie są chciwi, pyszni i nieodpowiedzialni. Liczą się tylko pieniądze i władza. Ten piękny świat, zamieniliby w coś okropnego, spranego. Ucięli by rogi jednorożcom tylko po to, aby pozyskać złoto. To nie humanitarne, dlatego nie wpuszczajcie tutaj ludzi - trułam całkiem poważnie.
- Ty taka nie jesteś - powiedział cicho Dolandilas.
- Ale Maciek jest. To idealny przykład ludzkiej natury.
- Przepowiednia mówiła, że przybędzie człowiek czysty, nieskazitelny - odezwał się Eudriellion.
- Nie ma takiego. A propos, czyja to Przepowiednia? Co dokładnie głosi?
- Samej Bogini Selune, która się objawiła kapłance sto lat temu. Nie wolno nam zdradzać jej treści istotom ludzkim - ogłosił przepraszająco książę.
- Boicie się, że znając Przepowiednię, mogłabym zmienić przeznaczenie?
Elfy popatrzyły po sobie, a ja utwierdziłam się w przekonaniu, że zgadłam.
- To co strzelamy? - zmienił temat Eudriellion.
Na szczęście zrezygnował, kiedy trzy razy mało nie uszkodziłam wyjątkowo długich uszu Dolandilasa. Potem przyszła kolej na trening Patryka.
Po treningu pobiegłam pożegnać się z mamą, wiedząc, że prawdopodobnie następnego dnia już nie będę miała takiej okazji. W głębi duszy nadal byłam na nią zła, ale wiedziałam, że obie wyruszamy na wyprawę, z której możemy nie powrócić. Szkoda by było nawet się nie pożegnać.
Znalazłam ją w pokoju sypialnym, do którego zaprowadziła mnie Tosya. Nie wtajemniczyliśmy jej w nasz plan, właściwie rozumiem dlaczego. Z tego co mi wiadomo ta kobieta jest bardzo porywcza i chciałaby rządzić tym światem. Gdyby dowiedziała się, że ruszamy przeciw Sariusowi, albo sama chciałaby to zrobić, albo sprzymierzyłaby się z nim za cenę władzy. Właściwie nie wiem, która opcja była by lepsza.
- Cześć - przywitałam się wchodząc do środka.
- Dominika - powiedziała zaskoczona - Nie trenujecie?
- Nie dwadzieścia cztery na dobę. Przyszłam się pożegnać - podeszłam do niej i przytuliłam mocno. Wciąż miałam do niej wyrzuty, nie zachowywała się jak wymarzona matka, ale kochałam ją.
- Jeszcze się zobaczymy, wiesz o tym - pocieszała - A teraz posłuchaj mnie, nie bez powodu uczą nas walki. Co prawda zawiązanie sojuszy to dopiero pierwszy poważny krok na drodze wojny z Sariusem, ale od niego zależy nasze powodzenie. Przez dni, które tu spędziłam sporo dowiedziałam się o istotach tego świata. Wiele z nich wyróżniają swoje charaktery, przekonasz się. Każde królestwo posiada własną kulturę, a kiedy cię nie zaakceptują, jest to poważne narażenie naszej misji.
- Więc opowiedz mi o nich - powiedziałam i usiadłam na łóżku. Cieszyłam się z tej okazji, w końcu spędzałam czas z mamą, mogłam się przy okazji dowiedzieć z czym mam do czynienia i przygotować się do nadchodzącej przyszłości.
Moja mama uśmiechnęła się ledwo widocznie i przysunęła krzesło, po czym usiadła naprzeciwko mnie. Po chwili zastanowienia podjęła opowieść:
- Krasnoludy, to bardzo zabawne postacie, uwielbiają zabawę i wszelkiego rodzaju tańce. Do każdego posiłku wypijają dwa dzbany substancji podobnej do piwa, dzięki czemu ich populacja stale wzrasta - zaśmiałyśmy się. Krasnoludy znałam tylko z powieści Tolkiena, ale pokochałam ich charaktery, spotkanie z nimi będzie dla mnie wielkim wydarzeniem.
- W takim razie przekonanie ich do sojuszu nie powinno być szczególnie trudnym zadaniem - odparłam ucieszona, chociaż jedno zadanie nie wydawało się z góry skazane na porażkę.
- A jednak, problem z krasnoludami może polegać na ich silnym przywiązaniu do honoru. Możesz to wykorzystać, obrócić sprawy tak, aby wyszło to na naszą korzyść. Niestety krasnoludy od lat trwają w konflikcie z Niziołkami. Tamtejszy złodziej ukradł cenny pierścień królewskiego lodu Krasnoludów, a ci przysięgli nigdy nie wybaczyć im tego, aż do momentu oddania pierścienia. Jednak złodziej zakopał go, nikt nie wie gdzie. Przez lata Niziołki szukały go, ale bez skutku. W końcu poddali się i odpuścili pokój z Krasnoludami.
- Więc Krasnoludy nie zgodzą się na sojusz, jeśli zrobią Niziołki i vice versa - wzdychnęłam zastanawiając się jak rozwiązać tą sprawę - Opowiedz mi o Niziołkach - poprosiłam.
- Niziołki są bardzo podejrzliwe wobec wszystkich wokół. Większość z nich ma naturę złodziei, są bardzo zwinni, być może stąd ich skłonność do takiej podejrzliwości. Wszędzie węszą podstęp, w rozmowie z nimi trzeba uważać na słowa, jeśli powiesz coś nie tak, mogą wziąć to za groźbę i zaniechać rozmów z tobą. Trudno jest odwieść ich od tego w co wierzą, są niezwykle uparci. Przekonanie Niziołków to nie lada wyzwanie, ale sprostasz mu - pocieszyła.
- Chyba nie mam wyboru, potrzebujemy ich obu. Co mi powiesz o smokach?
- Smoki to niezwykle inteligentne i potężne istoty, posiadają ogromną mądrość. Jako jedyne zdołały wyodrębnić u siebie wolną wolę i stworzyć własne królestwo, pomimo tego że zostają stworzone przez Stworzycieli. Bez problemu z nimi porozmawiasz, wątpię żeby sprawiały jakieś problemy, jako jedni z niewielu pamiętają Sariusa, jeszcze przed nekromantą. Mogą jednak zażądać od ciebie jakieś próby, której nie zrozumiesz. W tej sytuacji zdaj się na głos swojego serca, smoki bardzo silnie odczuwają uczucia ludzi - akurat w chwili, w której skończyła mówić do pokoju wpadła nimfa, jedna z służących Tosy'i.
- Wybaczcie że przepraszam, ale Pani wzywa Dominikę - powiedziała przeciągając moje imię jakby wypluwała je z jadem.
- Myślę że Pani może poczekać - odezwałam się, tak samo przeciągając słowo "Pani" jakim nazwała Tosy'e.
- Idź Domi, nie wplątuj się w kłopoty - doradziła matka i wskazała na nimfę.
Chwilę później podążałam za nimfą przez ciemne, szerokie korytarze. Wydawało się, że nie mają one końca, nie miałam pojęcia, dlaczego Tosya miałaby się tu ukrywać. Nagle nimfa zatrzymała się i odwróciła przodem do mnie.
- Jaki jest wasz plan? - zapytała rozglądając się.
- Nie wiem o czym mówisz - pamiętałam, że nasz plan był ścisłą tajemnicą, przed Wyklętymi.
- Jeśli nie chcesz, nie mów. Wyciągnę to z ciebie siłą - krzyknęła.
Niespodziewanie podcięła moje nogi tak, że głucho wylądowałam na zimnej ziemi. Wykorzystując tę sytuację nimfa usiadła mi na brzuchu i zaczęła dusić. Kiedy zdałam sobie sprawę z tego, co robi szybko zarzuciłam jej nogi na szyję i przewróciłam tak, że teraz to ja na niej siedziałam i okładałam po twarzy. Niestety, akurat, kiedy zaczęłam wygrywać czyjeś silne ręce chwyciły mnie za ramiona i pociągnęły w górę, uwalniając nimfę. Męskie ręce uwięziły mnie w niedźwiedzim uścisku, a rusałka powoli wstała i otrzepała się.
- Zabierz ją do piwnicy. Ma milczeć jak grób, do puki po nią nie wrócę - nakazała właścicielowi łap, które mnie trzymały.
Kiedy już zostałam "odholowana" do ciemnego, wilgotnego pomieszczenia i przywiązana do krzesła, okazało się że współpracownikiem nimfy jest jakiś ork, zupełnie niepodobny do tamtego barmana. Był tak samo owłosiony na całym ciele, ale jego twarz nosiła tyle blizn, że bardzo ciężko było wypatrzyć choć jedną, naturalną rysę twarzy.
- Kim jesteście? -zapytałam, kiedy stanął przede mną. Miał mnie pilnować, ale przecież mógł mnie zabawić rozmową, prawda?
- Agentami specjalnymi - odpowiedział szczerząc się tak, że pokazał wszystkie jego zielone, brudne zębiska.
- Ach rozumiem, znałam jednego takiego. 007, James Bond, znasz może? - prychnęłam na tą odpowiedź.
Rozejrzałam się dokładniej po pokoju szukając jakiejkolwiek drogi ucieczki. Szamotając związanymi rękami poczułam coś - ork miał grube łapy, więc miał problem z zawiązaniem porządnego węzła, wystarczyło więc grać na czas i wykorzystać wiedzą, którą przecież jeszcze dzisiaj zdobyłam na treningu.
- Wy orkowie chyba nigdy nie słyszeliście o kremach depilujących, co? - zapytałam zaczepnie.
- Co ty mówisz? - wycharkał. Udało mi się rozwiązać nieporadny sznur i teraz sięgałam do scyzoryka, który miałam ukryty w bucie, dokładnie tak jak pokazał mi Dolandilas.
- Macie takie małe móżdżki a do tego jesteście głusi, a może uszu też nie myjecie? - postanowiłam go sprowokować, aby podszedł bliżej, zanim nimfa wróci pokazać na co ją stać.
- Rozmawiałaś kiedyś z orkiem? Czy poznałaś kiedyś potęgę orków?! - krzyknął osobnik przede mną, a z jego nosa ku mojemu zdziwieniu wydobyła się para.
- Nie jakoś nie miałam okazji, z tego co mi wiadomo, Wyklęty ork, to nie ork, a szumowina, która obróciła się przeciwko swoim - powiedziałam z uśmiechem na twarzy.
Moje serce biło z nieprawdopodobną prędkością, bałam się złości tej istoty, ale musiałam się stąd wydostać. Na szczęście mój plan się powiódł i ork zbliżył się do mnie i pochylił prosto nad moją twarzą. Do mojego nosa dobiegł okropny smród, który przyprawił mnie o zawroty głowy.
- Ja ci pokażę potęgę orków - krzyknął mi w twarz.
- Poczekaj aż zobaczysz siłę ludzi - zaśmiałam się cicho i jednym, w miarę sprawnym ruchem wbiłam mu scyzoryk w oko.
Szybko wybiegłam za drzwi, których ork miał pilnować i wbiegłam w byle jaki korytarz. Niestety, szybko okazał się dla mnie pechowy, wpadłam bowiem na nimfę, która dowodziła orkiem. Bez słowa kopnęłam ją w brzuch i pobiegłam dalej przed siebie pomimo jej głośnego tupotu.
Błądziłam po korytarzach jeszcze kilka minut, aż w końcu wpadłam na Patryka, który akurat wracał z treningu.
- Boże Patryk, dzięki Bogu - westchnęłam i rzuciłam mu się w ramiona.
- Dominika, co jest? Wyglądasz jakbyś dopiero co z wojny wróciła - zaśmiał się i ręką pogładził moje czoło, z którego lała mi się krew.
Chwilę później siedziałam w swoim pokoju, otoczona przez wtajemniczonych w plan. Dolandilas i Patryk zajęli miejsca na łóżku obok mnie i każdy z nich trzymał mnie za rękę. Czułam się trochę jak małe, pocieszane dziecko, więc wyrwałam obie ręce. Czekaliśmy na Tosye, która przyrzekła, że nie wiedziała o całym zajściu.
- Co ta przeklęta Katia znów zrobiła? - zapytała wściekła wpadając do pokoju.
- Mieliście już z nią problemy? - zapytał Eudriellion bawiąc się swoim sztyletem. Sprawiał wrażenie jakby całą tą sprawę miał gdzieś.
- Już nie raz - westchnęła - Nawet odebranie jej mocy nie pomogło. Dominiko, mimo wszystko przykro mi że cię to spotkało. Swoją drogą nieźle obiłaś jej twarz, a ork do końca życia pozostanie ślepy - mruknęła.
- Wybacz, następnym razem postaram się nie uszkodzić twoich pupilków, po prostu nie spodobał mi się kolor jego oka - uśmiechnęłam się przekornie. Cała głowa mi pulsowała, ale na szczęście zajęła się tym Eudriane, która znała magię leczenia.
- Jesteś zła bo nie udaję sympatii do ciebie? Uwierz mi, gdyby nie to że jesteś tą, która ma uratować nas od Sarisua, już dawno by cię nie było.
- Ależ skąd, cenię cię za szczerość - przyznałam - Co z nią zrobisz?
- Nie mam pojęcia, w obecnej sytuacji należałoby podjąć dość drastyczne kroki, jeśli wiecie o co mi chodzi.
- Tak czy siak, tą kwestię pozostawiamy tobie - odezwała się Eudriane - Jeśli jeszcze ktoś zaatakuje, któregoś z nas uznamy to za twój atak, radzę ci więc zapanować nad twoimi podwładnymi. Pamiętaj, że jesteś poza prawem - dodała.
- Z tego co mi wiadomo to ty również zostałaś Wyklęta - odcięła się.
- Nawet teraz jest ponad tobą, została osądzona w dość niekorzystnej sytuacji, potrzebujemy jej. Sęk w tym by walczyć w słusznej sprawie, odpowiednimi intencjami - powiedział Patryk.
- Tosyo, nie zrozum mojego syna źle. Po prostu cię nie potrzebujemy - dodał Maciek, który musiał dodać swoje dwa grosze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz