Rozdział
15
Wystarczyło
zaledwie dotknięcie uzdrawiaczki, aby Patrykowi się polepszyło.
Jak stwierdziła, nawet się nie zapracowała, ponieważ jego śmierć
była chwilową iluzją, a ona jedynie musiała pozbyć się "szoku
pourazowego".
Naradę
zwołano w sali poświęconej malunkom przepowiedni. Na miejsce
przybyliśmy z Patrykiem jako pierwsi. Uparłam się, aby osobiście
odebrać go ze szpitala. Mimo, że jego śmierć była zaledwie
iluzją, stale upewniałam się, że nadal żyje. Oglądaliśmy
właśnie malowidło, które miało przedstawiać Sariusa.
Wysoki
mężczyzna z zarzuconym na oczy kapturem dzierżył w ręku kostur,
na którego szczycie znajdowała się zielona, przypuszczalnie
szklana kula. Nekromantę otaczały szkielety i martwe ciała różnych
stworzeń. Z każdego ciała ulatywało widocznie życie, pod
postacią zielonej mgły. Obraz nie był tak przerażający jak te w
sali iluzji, ale wywoływał dreszczyk.
-
Już tu jesteście? - zapytał zdziwiony Dolandilas. Chyba spodziewał
się, że to im przypadnie pierwszeństwo.
-
W taki razie już są wszyscy, dobrze - odezwała się kapłanka
Eudriane - Przeszliście dzisiejszy test. Jutro o świcie wyruszycie
do twierdzy Krasnoludów, jako że znajduje się ona najbliżej
Wyklętych. Wasza podróż potrwa kilka dni, a jej rezultaty
prześlecie listem do królowej Airlandary. Żadna wiadomość nie
może przyjść tutaj, Wyklęci od razu by ją przejęli, a do tego
nie można dopuścić.
-
Co z tobą? - zapytał Eudriellion.
-
Nie mogę opuścić tego zamku. Niestety moja rola kończy się, mogę
jedynie pilnować Wyklętych, jako że sama nią teraz jestem. A
teraz idźcie odpocząć, czeka was ciężka podróż.
Do
wieczora zostało jeszcze kilka godzin, więc postanowiłam powłóczyć
się po królestwie. Trochę czasu minęło zanim przyzwyczaiłam się
do skąpych stroi Wyklętych, ale teraz nie robiły już na mnie
wrażenia. Mimo słów Dolandilasa, od czasu naszego przybycia
stworzenia starały się zachowywać przyzwoicie, a muzyka
przywodząca na myśl celtycką rozbrzmiała zaledwie dwa razy.
Jednak
czas spędzony tam był zbyt krótki, by przywyknąć do fioletowej
poświaty, która otaczała dosłownie wszystko do czego użyto
czarnej magii. Ciężko też było uspokoić się, kiedy obok ciebie
przelatywały przedmioty ciągnięte mocą któregoś z Wyklętych.
Z
takimi myślami chodziłam po ogromnym budynku zamieszkanym przez
dziwną mieszaninę ras, które znałam z filmów i gier. W końcu
znalazłam jakieś szklane drzwi, prowadzące na zewnątrz. Było to
jedyne wyjście, jakie znałam w całym królestwie, które nie było
obstawione strażnikami zabraniającymi wyjść. Za szkłem rozciągał
się piękny widok ogrodu, który porastały dwa gatunki kwiatów.
Nie kojarzyłam żadnego z nich z naszego świata. Oba sięgały
łodygami aż do mojego ramienia, a płatki nienaturalnej wielkości
miałam zaraz przy twarzy.
-
Więc znalazłaś nasz ogród - usłyszałam głos Tosyi.
-
Przy drzwiach nie było strażników. Uznałam, że mogę wyjść -
powiedziałam na swoją obronę, jakbym spodziewała się, że na
mnie naskoczy.
-
Nie ma problemu. To magiczne miejsce, ale hm... naturalnie - zaśmiała
się delikatnym śmiechem jakiego pozazdrościła by jej niejedna
dziewczyna. Przy niej mój śmiech przypominał rechot.
-
Chcesz powiedzieć, że nie jest zasilane czarną magią? -
domyśliłam się.
-
Tak, kiedy zbudowaliśmy tutaj swoje miejsce, ten ogród już tu
stał, już był zaczarowany.
-
Co tutaj takiego magicznego? - zapytałam. Owszem, miejsce było
przepiękne, ale słowo magiczne nabrało dla mnie zupełnie innego
znaczenia, kiedy przybyłam do tego świata.
-
Spotkajmy się tutaj przed północą, sama zobaczysz - rzekła
uśmiechnięta tajemniczo i wyszła z ogrodu.
Do
północy zostały mi jeszcze 3 godziny, postanowiłam zużyć je na
zabiegi upiększające, na które ostatnio nie miałam czasu. W końcu
jestem kobietą, mogę sobie czasami sprawić przyjemność!
Nimfy
prowadziły coś w rodzaju spa w jednym z pomieszczeń podziemnych.
Wytłumaczyły, że tak łatwiej nimfą wodnym ciągnąć wodę,
cokolwiek to miało oznaczać. Tak czy inaczej, ich delikatne ręce
robiły cuda z moimi mięśniami, kiedy po kolei każdy rozluźniały.
Nawet nie wiedziałam, że byłam tak spięta. Po masażach
przygotowano dla mnie kąpiele w olejkach kwiatowych. Kiedy wyszłam
z wanny pełnej wody poczułam, że zapach przesiąkł przez moją
skórę i teraz sama byłam jak chodzący kwiatek. Mimo to zapach był
tak delikatny i słodki, że z przyjemnością się obwąchiwałam.
Na koniec nimfy przeraziły się stanem moich paznokci, które bardzo
często łamały się podczas treningów. Od razu chwyciły za różne
specyfiki i wcierały sie w płytkę paznokcia, oraz skórki wokół
nich. Kiedy uznały, że zrobiły co mogły pomalowały je jakąś
odżywką, która po wyschnięciu zostawiła twardą warstwę.
Z
błogiego relaksu wyrwała mnie Tosya. Weszła do pokoju pięć minut
przed północą i poczekała, aż się ubiorę w zwiewną, granatową
sukienkę sięgającą aż do podłogi. Zaprowadziła mnie przez
korytarze do ogrodu kwiatów. Razem usiadłyśmy na dużej huśtawce
przewiązanej sznurem na gałęzi.
-
Uwielbiałam tu przychodzić, kiedy razem z kilkoma Wyklętymi
zbudowaliśmy ten zamek.
-
Jak na to wpadliście? Żeby wybudować schronienie dla Wyklętych?
-
Byliśmy tylko grupą ludzi na wygnaniu, którzy mimo to szukali
domu. Znaleźliśmy księgę, w której opisano tajniki magi.
-
Czarnej Magii - wtrąciłam, na co Tosya skinęła głową.
-
Nauczyliśmy się jej i kamień po kamieniu wznieśliśmy zamek.
Wszystkie królestwa o nim usłyszały, ale tu nikt się nie
zapuszcza. Jedynie, kiedy kolejna osoba zostaje Wyklętym, przychodzi
ekspedycja i oddaje go nam w nasze ręce.
-
Kim są osoby, z którymi wznieśliście to miejsce? Gdzie oni są?
-
Nie żyją, ponieważ to było tak dawno, że moja pamięć nie
sięga.
-
Więc dlaczego... - nie wiedziałam jak skończyć aby było
grzecznie, w końcu Tosya nie zbyt często rozmawiała ze mną
przyjacielsko.
-
Żyję? Ponieważ nadal jestem Nimfą. Nie mogę używać ich magii,
oraz rozkoszować się pięknem Królestwa, ale to nie znaczy, że
nie należę do swojego gatunku. Nieśmiertelność Nimf nadal mnie
dotyczy - powiedziała z tęsknym uśmiechem - Chodź, zaczyna się.
Razem
z Tosyą wstałam i ruszyłam wąskim chodnikiem do miejsca, gdzie
kwiaty rosły najbujniej. Każdy z nich emanował teraz życiem,
bardziej niż kilka godzin temu. Nagle płatki kwiatów o srebrnych
koronach rozbłysły światłem oświetlając cały ogród. Kwiaty
zdawały się tańczyć w okół siebie i piąć w naszą stronę.
Zaraz potem wystrzeliły z nich srebrne kule, które w powietrzu
rozpadły się na miliony świetlistych odłamków. Te unosiły się
w okół nas niczym latający brokat, oświetlając cały ogród.
Efekt był tak piękny, że zaparło mi dech. Jednak po zbyt krótkiej
chwili kwiaty opadły na ziemię, tracąc życie, a srebrne odłamki
zniknęły.
-
Efekt Kwiatów Nocy trwa zaledwie minutę, każdej nocy. Kwiaty Dnia
rozkwitają, kiedy staje słońce.
-
To niesamowite - wydusiłam z siebie.
-
Legenda głosi, że kiedy nie zakwitną Kwiaty Dnia, słońce nigdy
nie wzejdzie już na tarczę nieba, a kiedy nie zakwitną Kwiaty
Nocy, księżyc opuści naszą orbitę i nie zagości na nocnym
niebie.
-
Więc coś tak pięknego ma przewidzieć koniec świata - zaśmiałam
się cicho. Nadal nie mogłam uwierzyć, że Kwiaty Nocy leżą teraz
padnięte na ziemi.
-
Nie martw się, pilnuję ich - uśmiechnęła się do mnie szeroko -
A teraz lepiej idź spać. Słyszałam, że jutro wyruszacie.
Śniło
mi się, że byłam księżniczką w zwiewnej sukni i tańczyłam w
ogrodzie. Kiedy zakwitły Kwiaty Nocy do ogrodu wszedł książę
elfów - Dolandilas. Wziął mnie w ramiona i razem lawirowaliśmy
pośród kwiatów i srebrnych świetlików. Jednak coś tam nie
pasowało. Rozpuszczone włosy księcia powiewały na wietrze i
otulały mnie przy każdym obrocie. Kiedy jeden z odłamków Kwiatu
opadł mu na włosy zrozumiałam dlaczego czułam taki niepokój.
Złote włosy Dolandilasa nie pasowały do srebra ogrodu w nocy.
Zanim się obudziłam pomyślałam tylko, że ciemny blond Patryka
pasował by bardziej.
Rano
obudziły mnie promienie słońca, które tego dnia grzało wyjątkowo
mocno. Niezasłonięte okno wpuszało na moją twarz tyle światła
słonecznego, że bałam się czy jej nie spaliłam. Zaledwie kilka
minut po moim przebudzeniu do pokoju przyszła służąca-niziołek,
która przyniosła mi małe zawiniątko.
-
Prezent od pani Tosyi. Kiedy wybiją dzwony zapraszamy na śniadanie
- powiedziała i pośpiesznie ruszyła dalej.
Kiedy
otwarłam prezent okazało się, że jest to fioletowo-czarna zbroja.
Na szczęście zakrywała całe ciało oprócz głowy, a nie jak to w
zwyczaju mają Wyklęci tylko, co konieczne. Całą zbroję pokrywały
metalowe płyty, które musiały ważyć chyba z milion kilogramów.
Jednak w rękach nie czułam tego ciężaru, wręcz przeciwnie,
odzienie ważyło tyle co nic. Po jej ubraniu nic się nie zmieniło.
Przyznam
szczerze, że bałam się iż w takiej płytówce mogę wyglądać
grubo, albo, że będzie za duża. Jednak ona przylegała idealnie do
mojego ciała i nie krępowała ruchów. Coraz bardziej wyczuwałam w
niej czarną magię Wyklętych. Mimo to prezent bardzo mi się
spodobał, zbroja była piękna. Czułam się jak prawdziwa
wojowniczka, nie jak łamaga, a to było pokrzepiające.
Kiedy
wybiły dzwony w zbroji udałam się do miejsca, w którym Wyklęci
jedli posiłki. My zwykle dostawaliśmy je do pokoi, ale skoro Tosya
nas zaprosiła, nie wypadało odmówić. Moje miejsce mieściło się
obok niej i Eudrielliona, na przeciwko nas siedzieli Dolandilas i
Patryk z naburmuszoną miną. Wszyscy podziwiali moją zbroję, a ja
szczerze podziękowałam Tosyi za prezent. Posiłek zaczął się bez
żadnej mowy, po prostu zasiedliśmy przy stole i nałożyliśmy na
talerze to co przypadło nam do gustu. Najbardziej smakował mi
pieczony gryf, którego ostatnio nie ośmieliłam się zjeść, ze
względu na Dolandilasa, a najmniej zupa z korzeni jakiś roślin.
Miała gorzki smak niezbyt pasujący do reszty dań, ale z taktem to
przemilczałam.
Po
śniadaniu mieliśmy zaledwie chwilę dla siebie, żeby spakować do
elfickich toreb niezbędne rzeczy. W pokoju znalazłam zapas niebieskiego energetyzującego napoju od Talany, z podziękowaniami
za znajomość i wyrazami nadziei na następne spotkanie.
Uśmiechnęłam się do kartki i wrzuciłam zapakowane picie do
tobołka. Następnie zabrałam wszystkie rzeczy, które miałam ze
sobą odkąd wylądowałam na polanie i wyszłam przed bramę. Ktoś
przygotował już nasze jednorożce do drogi, przepasałam więc
Fantaqiego i zabezpieczyłam bagaż, który na szczęście nie był
zbyt ciężki. Po chwili dołączyli do mnie Dolandilas, Eudriellion
i Patryk. Mieli na sobie ubrania, w których tu przyjechaliśmy.
-
Czyżbyś tak bardzo zaprzyjaźniła się z Tosyą, że dajecie sobie
prezenty? - zaśmiał się Patryk wskazując na moją zbroję.
-
Zazdrościć psiapsióły? - zażartowałam. Tego dnia miałam
bardzo dobry humor.
-
Na twoim miejscu bym uważał - rzucił Eudriellion.
-
Dlaczego? - zapytałam podejrzliwym tonem.
-
Z taką nigdy nie wiadomo - odpowiedział i wsiadł na swojego
jednorożca. Obok niego na drugim, śnieżnobiałym zwierzęciu
siedział Dolandilas - Ruszamy?
-
Czekajcie - odezwał się Patryk i uczynnie podsadził mnie na
Fantaqiego. Jak za pierwszym razem. Następnie jednym zwinnym
podskokiem wskoczył na grzbiet swojemu jednorożcowi - Możemy
jechać.
Żelazna,
wielka brama otworzyła się na znak elfów odchylając swoje podwoje
i wpuszczając promienie światła do środka. Za bramą czekał nas
długi most pilnowany przez kamienne gargulce, ale przede wszystkim
świat nieuniknionych walk i trudów, sojuszników i wrogów. Mimo
zła, z uśmiechem na twarzy wyprowadziłam jednorożca na most.