piątek, 11 grudnia 2015

Rozdział 9

                                                                 Rozdział 9
  Chyba nigdy nie przywyknę do takiej rozpusty - pomyślałam kiedy czekałam na moją mamę w sali głównej Wyklętych. Przy ścianach tłoczyły się całujące pary i ekhem... bądźmy szczerzy trójkąty. Do nagości nie brakowało tu nikomu zbyt wiele, więc objęłam sobie jedyny przyzwoity tu punkt- sufit - i z determinacją wpatrywałam się w niego. Na policzkach czułam okropne rumieńce, które pogłębiały się, kiedy zdałam sobie sprawę że moi towarzysze na mnie patrzą. Na szczęście chwilę później usłyszałam głos matki.
- Kwestia przyzwyczajenia, uwierz mi.
   Spuściłam wzrok i spojrzałam na mamę. Dzięki bogu była ubrana normalnie, a obok niej stała bardzo skromnie ubrana kapłanka Eudriane.
- Wnioskuję że skoro tu jesteś, zmieniłaś zdanie? - zapytała z nadzieją elfka.
- Tak, Dolandilas mnie przekonał - przyznałam - Po prostu... powiedzcie mi, jakie mamy szanse powodzenia? - zapytałam.
- Mniej niż pięćdziesiąt procent, bez ciebie. Z Tobą sześćdziesiąt, może osiemdziesiąt. - odezwał się mężczyzna, z którym poprzednim razem widziałam moją matkę. Do tego czasu za bardzo nie zdawałam sobie sprawy z jego obecności.
- Jaki jest plan? - usłyszałam nieufny głos Patryka.
- Miło że pytasz. Najpierw  Tosya zaprasza na obiad, kiedy wybiją dzwony. Potem udamy się do sali centralnej, ukrytej przed zwykłymi Wyklętymi. Tam porozmawiamy, tutaj ściany mają uszy - odrzekła Eudriane - Do tego czasu, rozgośćcie się.

  - Jak można rozgościć się w miejscu przypominającym klub nocny? - zapytałam cicho złotowłosego księcia. Patryk poszedł zobaczyć się z ojcem, a Eudriellion mu nie ufał, więc śledził go.
- Nie wiem czym jest klub nocny - powiedział równie zawstydzony Dolandilas co ja.
- Nie chcesz wiedzieć - szepnęłam i podeszłam do czegoś przypominającego bar.
- Czego sobie życzysz słonko? - zagaił, wysoki, dobrze zbudowany potwór. Od głowy, aż do stóp porastała go sierść.
- Nie nazywaj jej tak, orku - poprosił uprzejmie elf. A jednak wyczułam groźbę w jego słowach.
- Coś do picia, po czym będę całkowicie trzeźwa i normalna, nie zamienię się w monstrum przez waszą czarną magię. Macie coś takiego?
  Ork zmierzył mnie wzrokiem po czym jego oko rozbłysło. Drugie nadal było czarne.
- Styl elfów tak? Już się robi.
  Nagle przed nami pojawiły się dwie szklanki i natychmiast napełniły białym, świecącym płynem. Chwilę zajęło mi pojęcie, że futrzak używa magii.
- Znasz to? - spojrzałam na księcia. Elf skinął głową i chwycił za szklankę.
- To z kwiatu erynii - potwierdził i usiadł na wysokim stołku. Kiedy tylko to zrobił nogi krzesła zaświeciły na jaskrawą czerwień.
- Co to jest? Czy to powinno świecić? - dopytywałam ostrożnie. Tymczasem ork odszedł i zostałam tylko ja ze złotowłosym.
- Kwiat erynii to rzadki kwiat rosnący na terytorium elfów księżycowych - poinformował mnie - A świecące krzesła są zasilane magicznie, taki dowcip Wyklętych.
  Chwyciłam za napój, który nalał mi ork i ostrożnie zrobiłam małego łyka. Smakował całkiem nieźle, jak połączenie wanilii i miodu. Bardzo słodkie.
- Co jedzą Wyklęci? - zmieniłam temat.
- Głównie to co się im da, dużo zwierząt, czego elfy nie tolerują, trochę roślin. Może coś uprawiają sami. Nie mam pojęcia, z drobnymi wyjątkami nikt objęty prawem nie ma tu wstępu.

   Wypiłam już połowę napoju kiedy wybiły dzwony. Chwilę później Eudriellion podszedł do nas i zaprowadził do sali jadalnej.
  Stoły były już uroczyście nakryte i choć ława nie uginała się pod ciężarem jedzenia, nie byłam pewna czy dam radę wszystkiego spróbować. Najbliżej nas stał półmisek wypełniony kolorowymi owocami, zalanymi czymś co wyglądało jak nasze wino. Nieco dalej postawiono dość potężny kawał mięsa, przypominający mi kaczkę. Jednak kształt się nie zgadzał, a kolor był zbyt pomarańczowy.
- Co tam jest? - zapytałam księcia lekkim, kulturalnym skinieniem głowy wskazując mięso.
- Mały, pieczony gryf - powiedział odwracając wzrok. Na jego twarzy widziałam, że nie jest zbyt zadowolony z podania tego stworzenia na obiad.
    Oprócz tych dań dojrzałam jeszcze całą masę napoi, sałatek oraz czegoś przypominającego makaron. Na talerzyk nałożyłam sobie wszystkich sałatek, oraz porwałam kawałek ciasta podobnego do naleśnika. Razem z owocami smakował nieziemsko. By nie urazić złotowłosego elfa nawet nie spojrzałam na mięso gryfa, które i tak rozeszło się w krótką chwilę. Zjadłam niewiele, większość potraw miała podejrzany smak.
  W końcu kapłanka Eudriane dała nam dyskretny znak i podążyliśmy za nią. Mijaliśmy mroczne, nieoświetlone korytarze, aż w końcu zagłębiliśmy się w jeden z nich. Po chwili skręciliśmy i elfka otworzyła zwykłe, drewniane drzwi. Za nimi ujrzałam wielką, przepiękną salę, urządzoną bez przepychu, ale jednak ze zdobieniami. Na ścianie namalowano przepiękne malowidła, zachowane w odcieniach fioletu, niebieskiego oraz złoci. Dopiero po chwili dostrzegłam kto namalowany był na rysunkach. Była to kobieta. Zwykły człowiek, a jednak przedstawiony w tak wyjątkowy sposób, że wyglądał jak anioł. W tle stał czarny jednorożec, elf oraz nekromanta. Sarius.
- Czy te malunki przedstawiają tą całą przepowiednię dotyczącą Dominiki? - zapytał Patryk zerkając niepewnie na kapłankę.
- Tak. W każdym królestwie jest choć jedna taka sala. Ku twojemu zwycięstwu - rzekła uśmiechając się do mnie. W jednym momencie w sercu pękły moje obawy. Czy tego chciałam czy nie, każdy z nich był ze mną. Wystarczyło zagrzać ich do walki.
- Przepowiednia dotyczy ciebie Dominiko - odezwała się moja matka wchodząc do sali. Towarzyszyli jej ojciec Patryka, oraz ten sam mężczyzna co wcześniej - Powstała ona mniej więcej wtedy, kiedy pojawiła się pierwsza istota na tym świecie. Pierwsza kapłanka bogini Selune ponoć rozmawiała z boginią, która przekazała jej przyszłość, zrobiła z niej Obdarzoną. Kapłanka zapisała losy, które miały nadejść i przekazywała je z pokolenia na pokolenie. Co prawda zapiski zaginęły tysiące lat temu, ale słowa przepowiedni zna każdy.
- Musisz wiedzieć że w zachowanej przepowiedni nie ma ani słowa o tym, jak potoczy się bitwa. Jest pewne tylko to, że poprowadzisz nas do walki - zakończyła Eudriane - Będziemy walczyć z tobą, w większej lub mniejszej liczbie. Nas kraj trzeba zjednoczyć, byśmy byli silniejsi. Jesteśmy w tym z tobą i choć może teraz tego nie widać, męczą nas już kłótnie. Pragniemy znów być razem.
- Zagrożenie jest wielkie, musisz wiedzieć że mamy do czynienia ze zbeszczeszczonymi ciałami, duszami a nawet krwiopijcami. Istnieje duża prawdopodobność iż dusze po śmierci zachowują swoją moc, która jest teraz w ryzach Sariusa. Idzie za nim każde ciało, które kiedyś umarło, każda dusza, która nie zdążyła stąd odejść - kontynuował mężczyzna, z którym ćwiczyła moja matka.
- Wiedzcie że jestem gotowa, choć zagrożenie jest niewyobrażalne. Nigdy nie widziałam ani duchów, ani chodzących, nieżywych ciał, ale widziałam elfy, orka, Symorę. Każdy będzie miał swoją rolę w tej walce. Zacznijmy od sojuszy. Jaki jest plan? - zapytałam zdeterminowana.
   Wszyscy odetchnęli i uśmiechali się do siebie. Dolandilas podszedł do mnie i uścisnął moją dłoń.
- Twoja matka trenowała z Todorem, nauczyła się walczyć, a jej kondycja uległa polepszeniu, dlatego oni wraz z Maciejem wyruszą pierwsi. Ty zostaniesz tutaj, a twoi elfowie nauczą ciebie i twojego towarzysza walki. Macie zaledwie kilka dni by nauczyć cię podstaw, potem wy także wyruszycie. Dostaniecie dokładne mapy i odwiedzicie przydzielone wam królestwa. W obecnej sytuacji waszym obowiązkiem jest zrobić wszystko by zyskać sojuszników, jednak nie wolno wam ryzykować waszego życia, samo wysłanie was w tak długą podróż jest ryzykowne. Rozumiecie? - zapytała kapłanka szukając potwierdzenia swoich słów - Żałuję, ale jestem teraz Wyklętą. Nie mogę się stąd ruszyć.
   Skinęliśmy głową i spojrzeliśmy po sobie. Wiedziałam że od dnia, w którym tutaj trafiłam moje życie nie będzie takie samo, ale w tej chwili wzięłam część odpowiedzialności za ten świat na siebie.
- Kogo mamy odwiedzić? - zapytał Todor, który wydawał mi się bardzo młodym chłopakiem. Miał przystojną twarz, jednak jego policzek przecinała długa blizna.
- Adriana, Todor i Maciek odwiedzą Gobliny, Stworzycieli, Jaszczuroludzi, Gryfy oraz Druidów. Todorze, wasza grupa odwiedzi twoich byłych braci, ze względu na twoją dawną przynależność do nich. Liczę że łatwiej wam będzie skłonić ich do współpracy - wytłumaczyła.
- Nie będzie łatwo, ale damy radę - odpowiedział pokornie.
- Dominiko, twoja grupa wyruszy kiedy zakończycie treningi. Waszym zadaniem jest przekonać Krasnoludy, Niziołki, Smoki, Orków, Nimfy, oraz Obdarzonych. Gdy dotrzecie do tych ostatnich, mam do was szczególną prośbę. Jasnowidze są bardzo uparci, a teraz żywią do mnie urazę za to, co wydarzyło się na Zebraniu Rady. Ich umysły przysłoniła ciemność, nie chcą się do tego przyznać, jednak od paru tygodni nie widzą już przyszłości. Pomiędzy nimi ukrywa się Verdsa, która pomoże ci w negocjacjach z Obdarzonymi. Trzyma naszą stronę, to ona przewidziała powrót Sariusa. Jeśli Jasnowidze nie zgodzą się na walkę z Sariusem, musisz pomóc Verdsie, wyprowadźcie ją z ich królestwa, dajcie konia. Powiedzcie jej że będzie bezpieczna u elfów leśnych. A teraz zacznijcie swój pierwszy trening.

Rozdział 8

                                                                      Rozdział 8
  Chwilę później nakazałam jednorożcowi biegnąć na wzgórze. Znalazł w miarę łagodny stok i wdrapał się na górę, oczywiście z moją pomocą. Kiedy byłam już na górze Dolandilas rozmawiał z elfką przy bramie. Za ten czas ja rozłożyłam namiot w bezpiecznej odległości od stoku i wgramoliłam się do środka. Płakałam tak mocno że zaczynałam czuć pulsowanie w głowie, ale miałam to gdzieś. Moja matka mnie zostawiła.
  W końcu usłyszałam upragnione tętno kopyt. Chwilę później książę usiadł obok mnie.
- Nie mam pojęcia co ludzie robią w takiej sytuacji - wyznał cicho.
  Ale ja wiedziałam, więc mocno się przytuliłam do niego. Miał wyraźnie zbudowane mięśnie, które na mój gest się napięły.
- Straciłam ją. Jak każdego. Nie chcę już nikogo tracić - szeptałam ocierając łzy, a elf objął mnie ramionami.
- Wiesz... kiedyś też myślałem, że kogoś straciłem. Eudrielliona - powiedział cicho - Kiedy pierwszy raz usłyszeliśmy o Sariusie byliśmy jeszcze głupi, nie doświadczeni.  Postanowiliśmy sami pokonać jego niewielką armię i zostać bohaterami, legendami. Niestety liczność jego sojuszników nas pokonała. Eudriellion został postrzelony z łuku. Byłem pewien że już umarł, więc uciekłem do zamku. Trzy lata później on jednak powrócił. Odmieniony, cichy, tajemniczy. Ale wrócił. Chcę przez to powiedzieć, że wcale jej nie straciłaś, ona po prostu zbyt bardzo stara się być samodzielna, pokazać że nikogo nie potrzebuje, ale że wszyscy potrzebują jej.
- Wam pomaga, mnie zostawiła.
- Ponieważ nas nie potrzebuje, a ty jesteś wszystkim co ma. I boi się że ktoś to zauważy.
- Dlaczego? Czemu po prostu nie pozwoli sobie na szczęście? Dlaczego nie pozwoli na to mnie?
- Jest uparta. Dokładnie jak ty. Musisz do niej dotrzeć i pokazać jej że pora przestać udawać.
   Po tych słowach zamilkłam i powoli uspokajałam oddech. Wytarłam ostatnie łzy i po prostu przysłuchiwałam się biciu serca księcia.
- Naprawdę chcę wam pomóc wiesz? W głębi duszy nie jestem ani taka zła, ani twarda za jaką próbuję uchodzić. Myślę że jestem zbyt słaba. Po co próbować, skoro z góry jestem skazana na porażkę? - dukałam przez łzy, próbując złapać oddech. Miałam nadzieję że wyglądam lepiej niż się czułam.
- Nie jesteś słaba. Tylko ktoś niesamowicie silny ma odwagę obawiać się czegoś takiego. Stań do walki, pokaż światu jak bardzo silna jesteś. Świat w ciebie wierzy - szeptał mi do ucha obejmując ramieniem.
- Nie prawda. Twój świat pokłada we mnie nadzieję, a ja nie chcę odpowiadać za zniszczenie tego świata.
- Dominiko, posłuchaj mnie! - łagodnie podniósł głos i jednym, zwinnym ruchem sprawił że klęczeliśmy na przeciwko siebie i patrzeliśmy sobie w oczy. -Przestać myśleć że jesteś w tym sama! Całe nasze królestwo jest z tobą, cały nasz świat w głębi duszy jest z tobą. Twoi towarzysze trzymają twoją stronę. Ja trzymam. Pokonamy go razem.
- A jeśli polegniemy?
- To będziemy razem - powiedział i spojrzał na mnie magicznie pięknymi oczami.
- Bardzo bym tego chciała - szepnęłam.
  Wtedy książę niespodziewanie przybliżył się i pocałował mnie. Delikatnie, ale zaborczo. Machinalnie poddałam się mu i odwzajemniłam pocałunek. Przez chwilę było cudownie, ale potem usłyszeliśmy rozpinanie zamka namiotu i odskoczyliśmy od siebie. Zdyszany Patryk zajrzał do środka i po jednym spojrzeniu domyśliłam się że wie co się wydarzyło między mną a Dolandilasem.
- Ojciec został z twoją matką - powiedział tylko i odszedł.
- Porozmawiam z nim - obiecał złotowłosy książę i wstał zbliżając się do wyjścia.
- Czekaj - zatrzymałam go - Dziękuję. Rano chcę wrócić do Wyklętych - powiedziałam z nieznaną sobie pewnością w głosie.
  Elf uśmiechnął się do mnie uroczo i wyszedł. Ja rozłożyłam swój śpiwór i przez otwarty namiot przypatrywałam się jak Patryk rozpala ognisko. Przyłożyłam głowę do poduszki z zamiarem podsłuchania rozmowy chłopców, ale szybciej zasnęłam.

  Następnego dnia wstałam jako pierwsza, po cichu wzięłam plecak i weszłam głęboko w las. Znalazłam tam strumyk, więc szybko się umyłam, co chwilę zaglądając czy ktoś mnie nie podgląda. Potem przebrałam przepocone ubrania i uprałam, aby mieć na następny raz. Kiedy wróciłam do naszego obozowiska Patryk akurat wyszedł z namiotu.
- Cześć - przywitałam się i rozłożyłam mokre szaty na rozgrzanym kamieniu.
- Cześć - odpowiedział i wyjął z plecaka ostatnią porcję jedzenia przygotowanego przez elfy. Została mu tylko słodka sałatka z niebieskich owoców. Podejrzliwie popatrzył na danie i powąchał. Po chwili wziął na spróbowanie kawałek jakby spodziewał się trucizny.
- Kiedy wstaną Dolandilas i Eudriellion ruszamy do Wyklętych - poinformowałam zajadając się ciastem podobnym do naleśnikowego - Ale decyzja o tym, czy jedziesz z nami należy do ciebie.
- Dziękuję że dajesz mi wybór, ale jestem i będę tu dla ciebie, choćby ten książę miał mi cię zabrać.
- Jesteś zazdrosny? - zapytałam zaskoczona. Ta cała zawiść nie pasowała do niego.
- Szczerze? - popatrzył na mnie z błyskiem w oku - Tak, Domi. Jestem zazdrosny o każdego mężczyznę, który tylko cię dotknie - powiedział twardo patrząc mi w oczy.
- Od kiedy?
- Odkąd cię znam - przyznał, a ja dostrzegłam ból na jego twarzy.
  Na szczęście wtedy Dolandilas wyszedł z namiotu i uśmiechnął się do mnie czule.
- Gotowa? - zapytał nie zwracając uwagi na Patryka.
- Tak - w tym momencie elf z kapturem na twarzy wyjechał z jednorożcami z lasu.
- Wszystkie napojone - rzekł i zeskoczył ze swojego. Zerknął tylko na mnie i odwrócił wzrok, a mnie przez głowę przeleciała jedna myśli. Czy widział mnie jak myłam się w potoku? Od razu zaczerwieniłam się a złotowłosy książę uśmiechnął się do mnie radośnie.
   Szybko spakowaliśmy plecaki i zabraliśmy jednorożce do bramy zamku Wyklętych.


  Tym razem przy ogromnej bramie zastaliśmy dwóch mężczyzn. Byli niesamowicie chudzi i wysocy. Od razu zaczęłam się zastanawiać jaką magiczną istotą mogą być. Przewyższali mnie o połowę mojego ciała, więc musiałam patrzeć na nich z głową  uniesioną do góry.
- Kim oni są? - zapytałam cicho stojącego nieopodal Eudrielliona.
- Stworzycielami - szepnął przyglądając się mi.
- Czy jeśli go zdenerwuję, może zrobić ze mnie enta? - ciągnęłam dalej.
- Nie, istotą magicznym odbiera się moc jeszcze przed wyrokiem.
- Nie brzmi zbyt przyjemnie - skrzywiłam się.
- Bo nie jest - wzruszył ramionami.
    Akurat kiedy skończył to mówić skończył się długi most i stanęliśmy przed byłymi Stworzycielami. Ich oczy błądziły po każdym z nas, jednak jako pierwsze stworzenia na tym świecie, nie zatrzymały wzroku na nas. Co oznaczało że wieść o naszym przybyciu zataczała coraz szersze kręgi.
- Chciałabym się zobaczyć z moją matką - powiedziałam nieco głośniej. Uznałam że skoro uszy mają nieco wyżej, to mój głos może dochodzić do nich ciszej.
- A ja chciałbym odzyskać moją moc - usłyszeliśmy gruby, męski głos, którym przemówił jeden ze strażników bramy.
- Wybacz, ale nie ja ją ci zabrałam, a teraz mógłbyś łaskawie otworzyć bramę?
- Każde warty są takie nudne, a wasza obecność urozmaica nasz czas. Może jeszcze trochę zostaniecie? - zaśmiał się cicho, choć dla nas był to dźwięk drapania o nierówną powierzchnię.
- Nie mamy na to czasu - krzyknął Patryk.
- Jako Stworzyciele bardzo lubimy zagadki, tajemnice. Każdy z was ma do wyboru zdradzić nam swoją tajemnicę życia, lub odgadnąć naszą zagadkę, co wy na to?
 - Nie ma mowy, nie wyjawię swojej tajemnicy -  zaprotestował od razu Eudriellion.
- Więc zagadka dla pana, tak? - ucieszył się były Stworzyciel. O dziwo ten drugi milczał.
   Wszyscy się popatrzyliśmy po sobie. Nie zapowiadało się łatwe zadanie, traciliśmy na czasie, ale gdzieś tam musiało być sedno sprawy. Wcześniejsze strażniczki nawet się do nas nie odezwały.
- Niech będzie - powiedział poddenerwowany elf.
- Życie to ulotna chwila. Kto jest w stanie ją zatrzymać? - rozbrzmiał głos.
   Zapadła cisza, po której każdy analizował zadane pytanie. Życie to ulotna chwila - zgadza się, zawsze mi powtarzano że życie mija zbyt szybko, jak kilka minut. Kto jest w stanie ją zatrzymać?
- Sarius - odpowiedział nagle Eudriellion - Śmierć nie, ona odbiera życie. Ale Sarius je zwraca, czyni nieskończonym. To jak zatrzymanie czasu... lub w tym przypadku życia.
   Obaj strażnicy bramy popatrzyli na siebie po czym skinęli głowami.
- Ta odpowiedź nas satysfakcjonuje - rzekł - Teraz kolej chłopaka - wskazał na Patryka.
- Nie chcę zagadek, nie mam do tego głowy - powiedział niepewnie.
- Więc wyznaj nam twoją tajemnicę.
- Jedyny mój sekret... polega na tym, że kompletnie, do szaleństwa jestem zakochany w Dominice - wyznał patrząc mi w oczy. Wiedziałam że mu się podobam, przecież mi to powiedział... ale zakochanie to co innego...
- Dziękujemy - powiedział były Stworzyciel.
   Dolandilas zbliżył się do mnie i popatrzył magnetycznymi oczami. One zadawały pytanie "Czy o tym wiedziałaś?". W odpowiedzi pokręciłam ledwo zauważalnie głową. Elf chwycił mnie za rękę jakby chciał powiedzieć " Porozmawiamy później".
- Twoja kolej - powiedział ten strażnik, który większość naszej rozmowy milczał. Wskazywał na mnie.
   Wzięłam głęboki oddech i skinęłam głową.
- Poproszę zagadkę.
- W sercu skrywasz od lat, dziecięcego szczęścia chęć, lecz w twej ufności skaza, zbyt częstno się obnaża. Powiedz co uszczęśliwia ludzi w mig, by otworzyły się drzwi.
- To zbyt indywidualne pytanie - powiedziałam - Jednych uszczęśliwia rodzina, drugich miłość, trzecich pieniądze, które u was nie funkcjonują. Nie odpowiem na to pytanie, ludzie są zbyt różni.
    Strażnik bramy analizował moją odpowiedź, ale na szczęście ją uznał. Nie znał ludzi- więc musiał zgodzić się z moją opinią.
- Teraz ty, elfie, dla ciebie mamy dwa specjalne zadania - zaśmiał się do księcia.
- Twoja zagadka brzmi : Spotkanie z nim jest nieuniknione, zmienienie wzbronione. Dla człowieka pozornie odwetem, dla ciebie sekretem - wyrecytował drugi.
   Złotowłosy książę zastanawiał się tylko chwilę, ale i tak wyczułam w nim pewną rezygnację.
- Przeznaczenie - odpowiedział.
- Bardzo sprytnie, teraz wyjaw prawdę swojej towarzyszce - nakazał były Stworzyciel.
- Dominiko czy możesz... - poprosił Dolandilas i odeszliśmy trochę na bok.
- Co się dzieje? - zapytałam widząc na jego twarzy troskę.
- Przede wszystkim wiedz, że gdyby nie ci wścibscy strażnicy, powiedziałbym ci dopiero kiedy uznałbym że jesteś gotowa. Prawda tyczy się tylko mojego królestwa, więc nigdy nie musisz podejmować takiej decyzji, przecież jesteś człowiekiem, to nawet nie jest twój świat... - ciągnął książę.
- Dolandilasie, o co chodzi?
- Widzisz... według naszego prawa, kiedy elf... pocałuje kobietę, jest z nią związany, działa to również w drugą stronę. Prawo nakazuje w tej sytuacji związać się przez uroczystość takiej parze... skoro więc ja cię pocałowałem, powinienem ci się oświadczyć, a ponieważ ty mnie nie odrzuciłaś... - nie dokończył, ale też nie musiał.
  Jego prawo mówiło że powinnam się z nim ożenić. Kopara mi opadła, kiedy zdałam sobie z tego sprawę. Jeśli za niego nie wyjdę, Dolandilas złamie prawo, zostanie Wyklętym. A jeśli to uczynię, nigdy nie wrócę do domu.
- Dolandilasie... czemu mi nie powiedziałeś? Skoro wiedziałeś że tak jest...dlaczego to zrobiłeś?
- Ponieważ w waszym świecie nie obowiązują takie zasady, a elfy wbrew pozorom bywają strasznie porywcze, szczególnie w uczuciach. A ja stanowczo coś do ciebie czuję - wyznał - Jak mówiłem, nigdy nie musisz podejmować takiej decyzji, jednak wiedz że należy ona do ciebie. Mój sprawdzian polegał na wyznaniu ci prawdy, więc to uczyniłem.
- Daj mi czas - poprosiłam i wróciłam przed ogromną bramę - Nie wiem dlaczego to zrobiliście, ale zmarnowaliście nam już dość czasu. Otwierajcie bramę - krzyknęłam.
 - Chciałem byście wiedzieli z kim podróżujecie - odpowiedział tylko Stworzyciel i dwa razy zastukał w podłogę, a brama otworzyła się do środka, znów wpuszczając do naszych uszu dźwięki celtyckiej melodii.

Rozdział 7

                                                                 Rozdział 7
  Zamek Wyklętych emanował mrocznym pięknem z każdej strony. Całość wybudowana była z czarnego kamienia i oświetlona magicznym, fioletowym światłem. Każda pochodnia na długim moście prowadzącym do żelaznej bramy świeciła tajemniczo i magicznie. Przy obu stronach początku mostu stały rzeźby gargulców z również fioletowymi mieczami. Dalej, w głębi dostrzegłam także wielkiego, kamiennego minotaura. W koło panowała grobowa cisza, od czasu do czasu było słychać tylko skrzeczenie jakiegoś ptaka.
- Ładnie się tu wybudowali, jak na przestępców - powiedział sarkastycznie Maciek. Jednak mnie martwiło co innego.
- Jak my przeprowadzimy jednorożce po tak stromym stoku? - zapytałam licząc na jakieś magiczne wyjście z tej sytuacji.

  Jednak chwilę później, po prostu szliśmy pieszo, po kolei asekurując każdego z tych cudownych stworzeń. W efekcie moje zasiedziałe mięśnie czułam teraz lepiej niż kiedykolwiek. W końcu na szczęście stanęliśmy na początku mostu, obok gargulców i patrzyliśmy na siebie.
- Kto prowadzi? - zapytał Maciek głośno przełykając ślinę.
  Pierwsza ruszyłam ja, a zaraz za mną Patryk i Dolandilas. Nagle kiedy byliśmy już na środku drogi do bramy, Eudriellion kazał się nam zatrzymać. Spojrzeliśmy na niego wyczekująco, a on tylko rzucił mi swój łuk, a miecz oddał Patrykowi. Uzbroił nas, więc spodziewał się walki.
- Jeszcze ja - upomniał się urażony mężczyzna.
  Dolandilas podszedł do niego i wręczył mu swój króciutki sztylet. Uśmiechnął się do niego nieufnie i wrócił do swojego jednorożca. Resztę trasy przebyliśmy bez niespodzianek, choć w paru miejscach byłam pewna że most się złamie.
  Przy żelaznej bramie stały dwie elfki, delikatnie mówiąc skąpo ubrane. Właściwie to miały tylko staniki i przepasane, odsłaniające uda i biodra hm... kawałki materiału, zrobione z metalowych łusek. Obie miały długie czarne włosy i czarne kolie na szyji. W rękach trzymały długie kostury, którymi na nasz widok zastukały dwa razy w kamienną podłogę. Nie odezwały się ani słowem.
  Czekaliśmy aż coś się wydarzy, aż w końcu wielka brama się otwarła, wypuszczając ze środka dźwięki celtyckiej muzyki. Wraz z nią wyszła wysoka, piękna kobieta ubrana w tak samo skąpy stój, tylko więcej kamieni szlachetnych zdobiło jej kolię i ubranie. Moi towarzysze mieli czym nacieszyć oczy.
- Nie uwierzę, że ty Dolandilasie złamałeś prawo i pociągnąłeś za sobą te istoty - zagaiła twardym głosem.
- Nie jesteśmy nowymi dla was. Przybyliśmy z wizytą, na rozkaz królowej Airlandary - odezwał się głośno złotowłosy książę.
- Do kogo? - zapytała ostrożnie.
- Do mojej matki - wystrzeliłam głośno.
  Teraz tak naprawdę kobieta zwróciła na mnie uwagę. Przypatrzyła się chyba każdej części mojego ciała, a potem jednorożcowi.
- Jesteś człowiekiem - niemal krzyknęła zaskoczona - Na czarnym jednorożcu. Poprowadzisz nas do walki.
- Co takiego? - spojrzałam na księcia.
- Eh... przepowiednia mówi że Sariusa pokona tylko człowiek na czarnym jednorożcu. Nie chciałem ci tego mówić, bo dobrze wiemy że chcesz tylko odzyskać matkę.
- O mój Boże - powiedziałam cicho i spojrzałam na Patryka. Tak bardzo tego nie chciałam. Ale przecież to była moja decyzja. A ja ją podjęłam kiedy tu trafiłam - Gdzie jest moja matka?
- W środku. Odbywa treningi wzmacniające przed misją. Czeka ją trudna wyprawa, a bez ciebie... - władczyni pokręciła głową.
- Zaprowadź nas do niej - rzekłam głośno i wyraźnie.
  Oczy skąpo ubranych kobiet zaświeciły na zielono, grożąc niebezpieczeństwem. Dolandilas nagle znalazł się przede mną, co potwierdziło że zrobiło się gorąco.
- Śmiesz wydawać mi rozkazy? - syknęła królowa i wypuściła zieloną kulę jadu na nas. Na szczęście, niemal natychmiast Eudriellion rzucił jakiś czar i kula zniknęła.
- Tosyo - powiedział łagodnie złotowłosy książę - Chyba nie chcesz zabić kogoś kto ma uratować świat,prawda?
  Kobieta natychmiast oprzytomniała i tylko posłała mi zimne spojrzenie.
- Chodźcie za mną - powiedziała i zniknęła za bramą.
  Maciek ruszył pierwszy, ciągnąc za sobą syna. Zaraz za nimi podążył Dolandilas, a ja i Eudriellion zamknęliśmy szyk.
- Skąd się znają? - zapytałam elfa cicho, żeby książę nas nie usłyszał.
- Tosya była kiedyś Nimfą Wodną, ale użyła swojej magii przeciwko siostrom nimfom, tym samym złamała prawo. Dolandilas był jej strażnikiem w drodze do Wyklętych - powiedział jakby od niechcenia.
- Ile jeszcze cudownych stworzeń żyje w tym świecie? - zapytałam pół żartem.
- Krasnoludy, Niziołki, Smoki, Wyklęci, Stworzyciele, Orkowie, Gobliny, Nimfy, Jaszczuroludzie, Gryfy, Druidzi i Obdarzeni - wyliczył.
- Wow - powiedziałam tylko, bo akurat minęliśmy kolejne żelazne wrota.
W wielkiej sali, w której się znaleźliśmy tłoczyła się masa ledwo ubranych ludzi. Część z nich sączyła drinki, część popisywała się pokazami magii, a reszta całowała lub obmacywała. W sumie czułam się jakbym weszła do nocnego klubu, a nie królestwa w tak pięknym świecie.
- Nie mogę uwierzyć że moja matka tu trafiła - powiedziałam rozglądając się za Tosyą, ale ta już znikła.
- Oni tak na co dzień, czy mają jakość imprezę? - zapytał równie zniesmaczony Patryk.
- Codziennie - odpowiedział wymijająco Eudriellion.
 Rozproszyliśmy się po wielkiej sali w poszukiwaniu mojej matki. Poszukiwaniom towarzyszyły dźwięki przepięknej celtyckiej muzyki. Skąd te stworzenie znają ludzką muzykę?
  W tym całym zamieszkaniu zobaczyłam coś dziwnego. Jedyną kobietę, która była ubrana nie tyle przyzwoicie, co skromnie. Miała na sobie długą, srebrną suknię, a jej włosy miały ciemnobrązową barwę. Podeszłam do niej i usiadłam na meblu przypominającym kanapę, z którego młoda kobieta obserwowała czujnie.
- Jesteś kapłanka Eudriane, prawda? - zapytałam tak jak ona obserwując Wyklętych.
- Po prostu Eudriane -rzekła cicho, tylko na chwilę na mnie patrząc.
- Nie jesteś zdziwiona moim widokiem - zauważyłam.
- Wiedziałam że przybędziesz, twoja matka nie jest dość waleczna - powiedziała poważnym tonem.
- Gdzie ona jest?
   Była kapłanka spojrzała na mnie magnetyzującymi, niebieskimi oczami, po czym głową wskazała na drzwi po lewej. Skinęłam jej w podzięce i ruszyłam do drzwi, które na szczęście okazały się otwarte. Za nimi znajdowały się niebezpiecznie strome, spiralne schody na dół. Zrobiłam już pierwszy krok, kiedy czyjeś mocne ręce chwyciły mnie w pasie.
- Nie pozwolę ci iść samej - wyszeptał mi do ucha książę.
  Moje serce zaczęło mocniej bić, a ja nie byłam do końca pewna czy było to spowodowane wystraszeniem, tym że za chwilę zobaczę matkę, czy też dotykiem księcia.
  Ruszyłam przodem trzymając się blisko ściany. Schodziłam i schodziłam a schody wydawały się nie mieć końca. W końcu stanęłam przed ogromnymi, grubymi drzwiami. Na środku widniał wizerunek lwa.
- Hasło - odezwały się drzwi. Albo ześwirowałam.
- Tosya - powiedział niepewnie Dolandilas. Drzwi ani drgnęły.
- Wyklęci - spróbowałam, ale także nic się nie wydarzyło.
  Próbowaliśmy jeszcze chwilę, ale wciąż nie działało. W końcu moje nerwy zaczęły działać.
- Posłuchaj mnie, czymkolwiek jesteś, wierzę że masz uczucia. Wysłuchaj mnie więc. Od tygodni nie widziałam mojej matki, w końcu zaczęłam wierzyć w to że nie żyje, dokładnie jak mój ojciec. Potem trafiłam tutaj, dowiedziałam się że jestem jakiś wyjątkowym stworem, choć to wy jesteście z legend, mitów i opowieści mojego świata. Jakby tego było mało, okazało się że mam uratować świat. A ja chciałam tylko odzyskać mamę! Potem dostałam tą jedną iskierkę nadziei, że ona tu jest. Więc do cholery pozwól mi się  z nią zobaczyć! - krzyknęłam powstrzymując łzy.
  Mimo to drzwi nie drgnęły. Już wracałam po schodach, kiedy usłyszałam wołanie księcia. Szybko zbiegłam do niego. Drzwi się otworzyły.
- Dziękuję, naprawdę bardzo dziękuję - powiedziałam do drzwi i wmaszerowałam do malutkiej sali.
  W rogu stały dwie postacie, jedna kobieta i jeden mężczyzna. Obaj dzierżyli miecze, które świeciły na fioletowo. Mimo to podbiegłam do kobiety, w której rozpoznałam moją mamę i wzięłam ją w ramiona. Z radości aż się popłakałam. W końcu ją miałam, całą i zdrową. Kobieta upuściła miecz i również przytuliła mnie mocno.
- Domi, nic ci nie jest - mówiła cicho całując mnie w czoło. Ostatni raz robiła to kiedy byłam mała.
- Mamo, przyszłam po ciebie! Wracamy do domu - powiedziałam przez łzy.
  Jej ręce zastygły na moich plecach i po chwili odsunęła się ode mnie. Znów trzymała mnie na dystans.
- Nigdzie nie idę, Dominika. Ten świat jest w niebezpieczeństwie. Oni potrzebują ludzi. Potrzebują mnie.
  Powoli dopuszczałam do siebie znaczenie tych słów. Moja mama próbowała ratować te stworzenia choć ich nie znała. Mnie nigdy nie ratowała, ani przed śmiercią taty, ani przed głodem, ani przed samotnością.
- Oni cię potrzebują? Mamo, ja też cię potrzebuję. Potrzebowałam cię kiedy tata umarł, a ja zostałam całkiem sama! Potrzebowałam cię kiedy pierwszy raz szłam na randkę i nie wiedziałam jak się zachować! Potrzebowałam cię też kiedy sama nie miałam ochoty żyć. Ale ciebie nigdy nie było, wolałaś tyrać jak wół dla tego człowieka! Nie obchodziło cię że się martwiłam, żeby przypadkiem nie zawaliła się na ciebie ziemia. Dokładnie jak na tatę! Nigdy cię nie obchodziłam, nawet kiedy głodowałam, nawet kiedy zostałam wykorzystana! - płakałam i darłam się na moją mamę, aż wyparowała ze mnie cała siła, a gardło miałam zdarte.
- Zostań tu ze mną! Przecież możemy razem zjednoczyć ten świat i pokonać Sariusa! - krzyczała ale ja już szłam do schodów.
- Jeśli chcesz tu zostać, zostań. Ale nigdy nie wracaj. Nie chcę cię już widzieć.

Rozdział 6

                                                           Rozdział 6
  Ze snu wyrwał mnie krzyk barytonu Macieja. Szybko zerwałam się na nogi i rozglądnęłam po lesie. Zaspani towarzysze również doskoczyli do siebie i nerwowo szukali wzrokiem krzyczącego mężczyzny. W końcu go dostrzegłam, a kiedy zobaczyłam powód jego paniki, sama miałam ochotę drzeć się wniebogłosy.
  Przed nim bowiem zwisała ogromna, wężowata głowa, z oczami koloru krwi. Co chwila wyciągała rozdwojony język badając powietrze. Na szczęście mężczyzna miał na tyle rozumu by nie rzucić się od razu do ucieczki, a z piskiem stać w miejscu. Przerażona spojrzałam na uzbrojone elfy, które najwyraźniej także nie spodziewały się tej istoty. Tymczasem Patryk ledwo widocznymi ruchami próbował wydobyć swój scyzoryk z kurtki, którą dostał od elfów z królestwa. Już miałam pójść w jego ślady, kiedy Maćkowi puściły nerwy i rzucił się do ucieczki. Biegł zaledwie chwilę, do puki nie wpadł na... drugą taką głowę, która długą szyją łączyła się z ogonem... tej pierwszej głowy. Zaatakował nas dwugłowy, olbrzymi wąż.
  Mężczyzna otrząsnął się  z szoku i schował pomiędzy elfy, które jednak doskoczyły do mnie i Patryka. Jako jedyni posiadali broń nadającą się do walki.
  I całe szczęście ponieważ chwilę potem obie głowy wystrzeliły w powietrze i oddzieliły nas tak, że zostałam sama z Dolandilasem. Szybko wyciągnęłam scyzoryk, kiedy ten dobył dwóch pięknych mieczy i siekał nimi szyję potwora. Postanowiłam mu to ułatwić i zwrócić na siebie uwagę gada. W tym celu zebrałam kilka większych kamieni i ciskałam nimi do jego oczu. Podziałało i głowa zaczęła młócić powietrze swoim ogromnym językiem, kiedy ja biegałam pomiędzy drzewami. Obawiałam się, że ów stwór może być jadowity. Jednak dwugłowemu nie podobała się moja zabawa i szybko stracił mną zainteresowanie. Na powrót próbował teraz chwycić złotowłosego księcia, a ten uciekał, odbijał się od drzew i atakował przeciwnika z gracją  pantery.
- Dominika, łuk! Przy obozowisku! - krzyknął Patryk, któremu udało się uniknąć połknięcia przez drugą głowę.
  Szybko przetworzyłam jego słowa i puściłam się do naszych plecaków. Rzeczywiście, obok plecaka któregoś z elfów leżał piękny, złoty łuk. Dotykając go czułam się nie godna, ale nie miałam wyboru. Jak najszybciej mogłam, znalazłam kołczan ze strzałami i założyłam go sobie na plecy. Wyjęłam jedną z złotych strzał w duchu dziękując za kółko łucznicze w mojej szkole, w Jaworzu. Choć zajęło mi to trochę czasu wystrzeliłam strzałę, prosto w szyję, a efektowność tryskającej, czarnej krwi przestraszyła druga głowę, która postanowiła uciec. Wlokła za sobą ugodzoną przeze mnie bestię, a ja wyjęłam kolejną strzałę i byłam już gotowa to dokończyć, ale tym razem moja strzała chybiła. Wąż uciekł zostawiając po sobie wyżłobienia w ziemi.

- Co to było? - pytaliśmy z Patrykiem tak samo uszczęśliwieni ucieczką gada.
- To Symora - odpowiedział  Eudriellion rozglądając się niespokojnie - To potwór mieszkający na wschód od Wyklętych. Przebudzić ją mogło tylko zapoczątkowanie wielkiego zła - spojrzał na księcia.
- Co on tu robił? Wszedł na wasze tereny, chociaż tu nie mieszka? - dopytywał Maciej.
- Nie mam pojęcia. Nigdy jej nie widziałem, dotychczas to były tylko opowieści zapijaczonych krasnoludów - rzekł Dolandilas.
- Myślę że chyba wiem dlaczego się tu pojawiła - odezwał się tajemniczo przyjaciel księcia - Popatrzcie.
  Jako pierwsza podeszłam do elfa i zajrzałam mu przez ramię. Trzymał w ręce zdjęcie moje i mamy.
- Ona na ciebie poluje - oświadczył złotowłosy książę.

  Przez chwilę stałam w soku patrząc na zdjęcie, które niewątpliwie należało do mojej matki. Skoro Symora to miała, musiała spotkać także ją.
- Ruszajmy - powiedziałam chowając pamiątkę do plecaka.
  Inni bez słowa zabrali swój ekwipunek i wsiedli na jednorożca. Tym razem mi także udało się wejść bez problemu, choć z drobną pomocą Fantaqi. Elfy zaprowadziły nas do granicy z pustynią i patrząc na słońce coś dostrzegłam.
- Obudziłeś nas za późno. Miałeś pełnić warte - wysyczałam do Maćka.
- Zasnąłem, a kiedy się obudziłem to coś nade mną wisiało!
- Może by do tego nie doszło gdybyś nie spał! Naraziłeś nasze życie i przez ciebie straciliśmy cenny czas, ty idioto! - krzyknęłam, po czym dotarło do mnie że powiedziałam o słowo za dużo. Pomimo moich niechętnych uczuć do niego, był dorosłym pracodawcą mojej mamy. Należało okazać mu szacunek.
- Dlaczego tak mnie nienawidzisz?! - wrzasnął plując mi w twarz.
- Ponieważ zabrałeś mi mamę! - rzuciłam naprawdę tak myśląc. taka była prawda.
- On zabrał ci mamę? - zapytał nagle Patryk.
- Kazał jej pracować tyle godzin, ciągle nie było jej w domu. Jak myślisz jak się czułam dorastając samodzielnie? Nie mając nikogo bliskiego przy mnie? - powiedziałam cicho, mrugając by odpędzić łzy. Tak bardzo mi jej brakowało.

  Chwilę później nie odzywałam się do żadnego z osobników płci męskiej, choć wyraźnie słyszałam że rozmawiają o mnie i moim życiu. Kiedy w końcu opanowałam emocje sprawdziłam czy piasek nie jest za gorący dla jednorożców, jednak ku mojemu zaskoczeniu był on całkowicie zimny. Zupełnie się nie nagrzał. Galopem ruszyliśmy więc przed siebie by nadrobić stracony czas. W końcu dotarliśmy do miejsca, które Eudriellion nazwał Rozpadliną Cieni.
  Była to ogromna... nicość. Po prostu jałowa ziemia, popękana z braku wody. Na wielkim terenie.
- Czym jest Rada? - zapytałam w końcu księcia, który zerkał na mnie troskliwie.
- To głównie władcy królestw, ale także mentorzy Obdarzonych i Stworzycieli, a także dowódcy mniejszych plemion. Co roku spotyka się tutaj aby pomówić o najważniejszych rzeczach, czasem w wyjątkach spotykają cię częściej.
- Kim są Obdarzeni i Stworzyciele?
- Obdarzeni to istoty, które rodzą się z darem. Najczęściej rodzą się Jasnowidze  i Telekinezyjczycy. rzadziej Piromani. Kiedyś istniał podobno Kontroler Czasu. Stworzyciele, to szczególnie Obdarzeni, którzy potrafią tworzyć każdą rzecz z niczego. Kiedy na przykład, rośliny umierają, Stworzyciele potrafią zrobić z nich żywe smoki czy enty.To piękny rodzaj magii  - tłumaczył z uśmiechem.
- Czy to nie rodzaj nekromancji? - zapytałam ostrożnie, nie chcąc urazić jego poglądów.
- Nie. Nekromancja udręcza dusze, każąc im wracać z zaświatów. Magia stworzycieli nie wyrządza nikomu krzywdy.
  - Twoja matka powiedziała że Wyklęci praktykują czarną magię.
- Chodzą takie plotki, ale nikt z nas tam nie zagląda więc  nie możemy tego potwierdzić. Czarna magia to zaklęcia bólu, rozpaczy i manipulacji. Tylko trochę lepsza od nekromancji.
- Rozumiem - powiedziałam, po czym zmieniłam temat - Skąd nazwa Rozpadlina Cieni?
- Królowa opowiadała ci o walce z Sariusem, prawda? Kiedyś w tym miejscu stała wspaniała świątynia Selene, naszej bogini. Jednak po najazdach nieumarłych wszystko się rozpadło, przez cienie i mrok nekromanty. Ziemia ta została niczyją, a nazwa upamiętnia Mroczne Dni. To okres od śmierci matki Sariusa, do jego pokonania.
- Nie mogę sobie wyobrazić tego świata w zniszczeniach. Wszystko co tu widzę jest tak piękne - uśmiechnęłam się.
  Twarde kopyta jednorożców przeprowadziły nas na środek pustkowia Rozpadliny Cieni. Na rozkaz złotowłosego księcia zatrzymały się. Zobaczyłam wykute naturalnie trony, domyślałam się że to miejsce Rady w czasie zebrań, jednak jak zauważyłam że w ogromnym okręgu brakuje jednego, który zamykał by krąg.
- Czyje to miejsce? - zapytał Maciek dochodząc do tego samego wniosku co ja.
- Kiedyś zasiadała tam matka Sariusa, ale po jej śmierci nie było nikogo właściwego na to miejsce. Według przepowiedni następcą niewykutego tronu ma być człowiek - wyjaśnił Eudriellion ledwie zaszczycając nas spojrzeniem.
- Jeśli będzie to człowiek nie dopuszczajcie go za bardzo do władzy - powiedziałam cicho stalowym wzrokiem wpatrując się w puste miejsce - Chodźmy już.
  Szepnęłam do mojego Fantaqi'ego żeby ruszył na wschód, gdzie dotychczas się kierowaliśmy, a mój czarny jednorożec puścił się galopem. Po chwili jednorożec Patryka zrównał się z moim.
- Coś się stało, prawda? Tam przy tronie - powiedział zerkając raz na mnie, raz przed siebie.
- Tak - potwierdziłam tylko.
- Co? - dopytywał.
- Człowiek na tronie Rady? Na miejscu Sariusa? Oni wierzą w tą przepowiednię, wierzą że któryś z nas pokona tego nekromantę.
- Co w tym złego? - zapytał zdezorientowany.
- Przybyłam tutaj aby ratować moją matkę, ale żeby ratować świat? No wiesz, to ponad moje siły. Jeśli przepowiednia jest prawdziwa to dotyczy ciebie albo twojego ojca. Moją matkę zabieram do domu. Z dwojga złego wolę ciebie na tronie, ale... nie wiem jeszcze co o tym sądzić. To chora sytuacja.
- Może o to właśnie chodzi? Być może trafiliśmy tu po to żeby pokonać Sariusa? Wszyscy razem jesteśmy silniejsi.
- Tak, Patryk, jednak licz się z tym że to jest wojna. Będziesz oglądał jak giną te piękne stworzenia, w imię tego co wierzą. Jak umrze całe piękno tego świata. Ludzie nie są dość silni żeby poprowadzić tak potężną walkę.
- Myślę że ty nawet nie wiesz, ile siły masz w sobie ukrytej - powiedział tak cicho że tylko ja mogłam go usłyszeć.
  Skinęłam mu głową w podzięce za rozmowę, i zatrzymałam jednorożca akurat przed stromą górą, na której szczycie się znajdowaliśmy. W dole leżało wspaniałe i przerażające królestwo Wyklętych.

Rozdział 5

                                                                 Rozdział 5
  Delikatne, śpiewne głosy obudziły mnie zaraz po wschodzie słońca. Byłam pewna, że królestwo elfów było snem, ale mięciutkie łóżko i piżama z delikatnych tkanin mówiły same za siebie. Kiedy otworzyłam oczy, aż się uśmiechnęłam na widok pięknego pokoju, w którym spałam.
  Z łóżka wstałam pełna energii i gotowa do pościgu za matką. Jedna z elfek musiała mnie usłyszeć, bo natychmiast zaprowadziła mnie do łaźni, a potem za moją prośbą do królowej.
- Jak się spało? - zapytał mnie Dolandilas z uwodzicielskim uśmiechem kiedy weszłam do sali tronowej.
- Inaczej - przyznałam.
- Witaj - powitała mnie Airlandara kiedy podeszłam do niej.
- Chciałabym wyruszać najwcześniej jak się da - powiedziałam do królowej - Śniadanie możemy zjeść w drodze.
- Oczywiście, twoi towarzysze są już obudzeni, niedawno wyszli z łaźni, zaraz ich powiadomię - zapewniła - Nie przejmuj się, znajdziesz ją - powiedziała pocieszająco.
  Z wdzięcznością skinęłam głową i pozwoliłam królowej zająć się poddanymi. Kilka minut czekałam w towarzystwie księcia, kiedy Patryk i jego ojciec szykowali się do wyprawy. Na szczęście okazało się że elfy mają też nieco bardziej praktyczne w podróżach ubrania, więc teraz stałam ubrana w wygodne szaty tutejszych łowczyń.
  Opowiadałam właśnie złotowłosemu o tym jak działają telefony komórkowe kiedy podszedł do nas tajemniczy chłopak z ciemnym kapturem na głowie.
- Witaj Eudriellionie - przywitał go mój rozmówca z uśmiechem, który zdradzał że chłopak ten musi być jego dobrym przyjacielem.
- Witaj - odpowiedział tamten także przyjazny - Ty musisz być Dominika? - zapytał uprzejmie.
- Tak, to ja - odpowiedziałam i wyciągnęłam ku niemu rękę. Obaj chłopcy popatrzyli się na mnie niepewnie.
- Co powinienem zrobić? - zapytał elf w kapturze nie tracąc rezonu.
- Ohh, zapomniałam że macie inne zwyczaje. Powinieneś podać mi dłoń, uścisnąć i potrząsnąć - zaśmiałam się - Właśnie tak - pochwaliłam kiedy uścisnął moją rękę.
- Eudriellion jedzie z nami, jest najlepszy - rzucił Dolandilas.
  Uśmiechnęłam się do niego akurat w momencie, w którym moi towarzysze podeszli do nas wraz z królową.
- Na zewnątrz czekają na was jednorożce i prowiant na kilka dni - poinformowała i pożegnała się z synem.

  Tak jak zapowiedziała władczyni na dziedzińcu, tuż przed bramą stało pięć wspaniałych stworzeń, cztery białe jak śnieg, i jeden czarny jak noc. Podeszłam do nich niepewnie, kiedy strażnicy przynieśli dla nas wielkie plecaki. Ku mojemu zdziwieniu ważyły tyle co nic.
- Są uszyte z delikatnych skrzydeł motyli, które zniwelują każdy ciężar - zagaił Eudriellion. Najwyraźniej musiał zobaczyć naszą niepewność.
  Wszyscy jakoś wdrapali się na białe rumaki, a ja stałam naprzeciwko czarnego zastanawiając się, czy ktoś się zorientuje, że nigdy nie jeździłam konno. W tym momencie podszedł do mnie Patryk i zaśmiał się cicho.
- Wyjątkowość objawia się bardzo rzadko, a ja właśnie ją dostrzegłem - szepnął tak, że tylko ja mogłam go usłyszeć.
  Podsadził mnie na jednorożca i zanim zdążyłam się odezwać był już przy swoim. Strażnicy otworzyli wielką bramę i wyjechaliśmy do lasu.  Eudriellion, Maciek i jego syn jechali przodem, a ja trzymałam się tyłów. Choć nie robiłam tego specjalnie, po prostu magiczne stworzenie nie chciało mnie słuchać, kiedy kazałam przyspieszyć. W końcu książę zrównał swojego rumaka z moim najwyraźniej chcąc wyciągnąć mnie z opresji.
- Nie jeździłaś na jednorożcach? - zdziwił się Dolandilas.
- Nie. W naszym świecie nie ma jednorożców, są konie, ale nigdy nie miałam okazji jeździć. Wyglądają jak te tutaj, tylko bez rogów. Mniej magiczne - zaśmiałam się nerwowo.
- Pozwól że zdradzę ci tajemnicę, ale nie możesz jej wyjawić, nawet twoim towarzyszom - powiedział i zbliżył swojego jednorożca jeszcze bliżej, tak że dotykaliśmy się ramionami - W naszym świecie mamy sposób na nieposłuszne jednorożce. Znajomość ich imion daje nam władzę nad nimi. Ale wiedzą o tym tylko jeźdźcy, inaczej wykorzystywano by te stworzenia.
- To okropne, mieć potęgę nad kimś, tylko dlatego że zna się jego imię - powiedziałam.
- Właśnie dlatego jest to tajemnica, a kiedy zostajemy jeźdźcami przysięgamy na gniew Selune, że nie posłużymy się jednorożcami w niechybnych celach - wytłumaczył cicho. Nie chciał żeby usłyszeli nas nasi towarzysze - Imię twojego brzmi Fantaqi - szepnął mi do ucha.
  Popatrzyłam na niego nie rozumiejąc. Dlaczego zdradził mi imię jednorożca? Przecież nie jestem jeźdźcem.
- To z elfickiego - domyśliłam się, nie zdradzając moich uprzedzeń do łamania ślubów. Właściwie nie wiedziałam co mam zrobić z faktem znajomości imienia tego pięknego stworzenia.
- Tak, oznacza równowagę. Mów do niego po imieniu, a pozwoli ci się prowadzić - mrugnął do mnie i wyrwał do przodu.
  Przez chwilę zastanawiałam się czy książę przypadkiem sobie ze mnie nie żartował ale stanowczo nie wyglądał na takiego. Mimo to jechałam dalej wolnym tempem aż pozostali zniknęli mi z oczu za zakrętem. Wtedy lekko pochyliłam się do ucha czarnego jednorożca.
- Fantaqi, rozumiesz mnie? - zapytałam niepewna czy nie zwariowałam. Na szczęście w odpowiedzi stworzenie cicho prychnęło - Naśladuj pozostałe, dobrze? - poprosiłam głaskając go delikatnie po głowie.
  Jednorożec ponownie prychnął i galopem zrównał się z moimi towarzyszami. Teraz nasze magiczne wierzchowce szły równomiernie a złotowłosy książę posyłał mi skromne uśmiechy. Skinęłam do niego głową w podzience, a ten odwzajemnił ten gest. Kiedy odwróciłam od niego wzrok zdałam sobie sprawę że Edriellion po raz pierwszy zdjął ciemny kaptur z głowy i teraz przypatruje się nam. Po chwili odwrócił jednak wzrok dając mi szansę do przypatrzenia się mu.
  Miał długie białe włosy, ale różniące się od włosów Airlandary. Nie miały tyle blasku. Natomiast jego biała jak ściana skóra przyprawiała mnie o dreszcze. Jego przenikliwie ciemne oczy wyglądały jakby mogły zajrzeć w głąb duszy. Na twarzy nie miał idealnie ani jednej zmarszczki, a jego wystające kości policzkowe skutecznie odrywały wzrok od małych, licznych blizn. Mimo to miał w sobie coś bardzo pięknego i przerażającego zarazem.
   Tymczasem wyjechaliśmy z ogromnego magicznego lasu i stanęliśmy na granicy lasu z pustynią. Tak, mam pojęcie jak absurdalnie to brzmi.
- Widzisz ten spad? - zapytał mnie cicho Eudriellion, kiedy wszyscy zeskoczyliśmy z magicznych zwierząt - Kawałek z tamtąd znajduje się Rozpadlina Cieni, miejsce w którym zbiera się Rada. Dzień drogi od tego miejsca znajduje się upiorne królestwo Wyklętych, nasz cel - powiedział wciąż wpatrując się w piach pustyni.
- Proponuję pozostanie w lesie - odezwał się Dolandilas - To na nasze tereny, więc będziemy bezpieczniejsi, a zanim przejdziemy przez piach powinniśmy odpocząć.
  Gdyby nie to że jak najszybciej chciałam zobaczyć moją mamę, zapewne przyznała bym mu rację. Niestety tak czy inaczej zostałam przegłosowana.
  Elfy bezproblemowo znalazły strumyk, bardzo blisko granicy i napoiliśmy spragnione jednorożce. Potem zasiedliśmy w cieniu olbrzymich drzew. Każdy z nas wyjął swoją rację żywnościową i podzielił tak, by zostało nam jeszcze na wypadek przedłużenia wyprawy. W sumie było tak wiele, że zjedliśmy prawie wszystkie odmiany owoców rosnących tutaj, oraz jeszcze ciepłą zupę z niebieskich kwiatów bliżej mi nieznanych.
- Idźcie spać, ja obejmę wartę - powiedział dziwnie ochoczo Maciek - szef mojej mamy.
- Dobrze - zgodziłam się, a reszta poszła w moje ślady.
- Obudź nas, kiedy Słońce będzie w tym miejscu - poinstruował go Eudriellion i wskazał miejsce. Mężczyzna skinął głową na znak że zrozumiał i oparł się o grube drzewo.
  Podłożyłam sobie miękki plecak pod głowę, ułożyłam się na ciepłym mchu i choć nie miałam tego w planach odpłynęłam w niespokojny sen.

Rozdział 4

                                                                Rozdział 4
Sala królewska elfów była utrzymana w zupełnie innym stylu niż u ludzi. Nie brakowało tam co prawda bogactw, ale były one zawarte w innym kształcie. Po bokach ustawiono kolumny, które obrosły piękne kwiaty, a na środku stał wielki, złoty pomnik jakiegoś elfa. Nieliczne konstrukcje podtrzymujące stare drzewo i królestwo, jak i sala królewska były całkowicie wykonane z białego marmuru. Wcale nie było tu bogato, wręcz skromnie, ale całość była sama w sobie piękna.
  Z początku nie zauważyłam królowej, ponieważ wygodnie wyglądający tron stał pusty, ale kiedy zbliżyła się do nas białowłosa elfka, ze złotą tiarą na głowie pojęłam że to musi być władczyni. Wcześniej rozmawiała z tajemniczym mężczyzną z kapturem na głowie, który teraz się wycofał przypatrując się mi.
  Nasz złotowłosy strażnik ukląkł na kolano, a ja zmieszana poszłam w jego ślady.
- Witaj Dolandilasie, bądź zdrów - powitała go królowa uśmiechając się - Ach więc wy musicie być tymi przybyszami. Powstańcie, przecież nie jestem waszą królową - zaśmiała się.
  Jak na królową od razu zrobiła na mnie wrażenie. Wciąż wyglądała młodo, ale jak zauważyłam każdy elf wyglądał młodo.
- Miło mi was poznać, jesteście ludźmi, tak? W naszych stronach krążą o was legendy, nigdy nie przypuszczaliśmy że może istnieć. Z resztą nie spodziewaliśmy się wizyty kolejnych z was, tym bardziej w tak krótkim czasie po przybyciu pierwszej z waszego gatunku.
- Pierwszej z nas? - zapytał Patryk. Chyba domyślał się tego co ja.
- Tak,  jak się nazywa? Chyba Adriana Pułaska, tak na pewno. Nie rozumiem tych waszych nazwisk - westchnęła.
- Moja matka tu była? - ucieszyłam się - Gdzie jest teraz?
- Niestety, nie widziałam jej osobiście. Mój zwiadowca w tajemnicy doniósł mi o obecności twojej matki, ale nie u mnie. Twoja matka wylądowała u naszych pobratyńców, elfów księżycowych. Jeśli chcesz natychmiast poślę wiadomością do ich króla, aby poinformował nas o miejscu jej pobytu. Wiadomość z odpowiedzią powinnam dostać niebawem.
- Byłabym dozgonnie wdzięczna - powiedziałam z ulgą w sercu - Ile to może potrwać?
- Wybacz, my elfy nie liczymy czasu, jesteśmy długowieczne, więc czas przestał się dla nas liczyć - odrzekła ze szczerym smutkiem.
- Myślę że dwie godziny waszego czasu - wtrącił Dolandilas zadowolony że coś o nas wie.
- Mój syn uwielbia legendy o was - zaśmiała się królowa, a mnie opadła szczęka.
- Jesteś księciem? - zapytałam złotowłosego, a on skinął głową z nieśmiałym uśmiechem.
- Proszę o wybaczenie, że mówiłam do waszej wysokości na ty - powiedziałam zmieszana.
- Ależ mówcie nam po imieniu, bardzo proszę - odezwała się władczyni - Nazywam się Airlandara.
- Dominika, to Patryk,a to Maciej - przedstawiłam.
- Na pewno jesteście głodni, przygotuj ich do kolacji - powiedziała królowa do jednej z elfek, która natychmiast podeszła do nas i zawołała następne dwie.
  Każda z nich zaprowadziła nas do innej części pałacu.


  Gospodarze królestwa doskonale zadbali o nasze samopoczucie. Zaprowadzili nas do łaźni, gdzie wzięłam aromatyczną kąpiel kwiatową. Później jedna z tych uroczych dziewcząt ubrała mnie w elficką sukienkę, tak zwiewną i delikatną, że bałam się ruszać, żeby jej nie zniszczyć. We włosy wplotła mi kwiaty przypominające białe lilie i zaprowadziła do wielkiej sali na dziedzińcu, gdzie jak mi opowiadała, królowa codziennie je kolację z poddanymi.  W ogóle nie przypominało mi to zachowania władców z naszego świata, więc nawet nie ukrywałam zdziwienia.
  Już przy wejściu przywitał mnie Patryk, również ubrany w elficki strój: tunikę zrobioną z liści, i skórzane, czarne spodnie.
- Nie rób tak - powiedziałam z przekąsem.
- Jak? - zapytał zdziwiony.
- Nie gap się - powiedziałam z uśmiechem, którym niewątpliwie nie obdarzyłam go jeszcze nigdy - Sama dziwnie się czuję, mam nadzieję że w końcu się dowiem gdzie jest moja mama - westchnęłam.
- Królowa zaprasza do stołu - oznajmił złotowłosy książę, nagle pojawiając się obok mnie.
  Elf zasiadł obok matki, a mnie zaprosił na siedzenie obok niego. Patryk zasiadł po drugiej stronie królowej, która specjalnie trzymała dla niego miejsce. Wkrótce doszedł też jego ojciec i do sali wchodzili mieszkańcy królestwa. Stół był tak ogromy, że pomieścił by chyba dwa takie królestwa, a jedzenia było tak wiele, że stół ugiął się pod jego ciężarem. Na początek spróbowałam delikatnych ciasteczek, budyniu z kwiatów lotosu i sałatki z owoców, o których nigdy nawet nie słyszałam. Potem zrobiłam się odważniejsza i zjadłam jaja tutejszych ptaków, choć wyglądały jak zgniłe, ale smakowały całkiem nieźle. W końcu już pojadłam, a do stołu podeszła elfka i podała królowej list. Ta otworzyła go i czytała nie wyrażając żadnych uczuć. Po chwili wstała i oznajmiła:
- Niestety muszę was opuścić, ale nie wstydźcie się. Najedzcie się do syta!
  Kobieta podeszła do elfki, szepnęła jej coś  na ucho, a ta podeszła do mnie.
- Królowa prosi panienkę na osobność - szepnęła - Księcia też.
  Obaj wstaliśmy i z uśmiechem na twarzy wyszliśmy za elficzką. Zaprowadziła nas do obszernego ogrodu, który spowijała ciemność.
- Ogród naszych przodków - powiedział Dolandilas.
- Coś się stało? - zapytałam na widok zmartwionej Airlandary.
- Twoja matka pojawiła się u księżycowych elfów. Usłyszała tam co się ostatnio wydarzyło w naszej krainie i zgodziła się nam pomóc. Posłuchasz mnie, jeśli ci opowiem co się u nas wydarzyło?
  Skinęłam głową i usiadłam na marmurowej ławie, obok królowej.
- Dawno temu, jakieś dwa tysiące lat temu narodził się pewniej czarodziej Sarius. Przez całe życie praktykował on magię by czynić dobro, ale po śmierci jego matki coś w nim pękło. Resztę swojego życia spędził na znalezieniu sposobu wskrzeszania zmarłych. Udało mu się to, ale nekromancja to potworna magia. Jego umysł przyćmiła żądza władzy i stworzył on armię nieumarłych by nas pokonać. Zniszczył wtedy prawie całą naszą krainę, ale wygraliśmy. Ostatnio na zebraniu kapłanka elfów księżycowych oświadczyła że ukrywała Obdarzoną. To osoby, które mają dar. Dar jasnowidzenia. Ponoć ta dziewczyna przewidziała że Sarius nadchodzi, jeszcze potężniejszy. Kapłanka została wygnana do krainy Wyklętych. To kraina tych, którzy złamali prawo, zostawia się ich by żyli na własną rękę. To okropne że  dostała taki wyrok. My jej wierzymy, wiesz? Leśne elfy mają sojusz z elfami księżycowymi, jesteśmy na tyle długowieczni że przepuszczamy że Verdsa, ta Obdarzona ma rację. Czujemy że Sarius się zbliża i chcemy pomóc Eudriane, wyciągnąć ją od Wyklętych. Ponoć oni używają Czarnej Magii.
 - Co ma z tym wspólnego moja matka? - zapytałam cicho.
- Widzisz nasza kraina jest podzielona, krasnoludy nie chcą się do nas odzywać, a smoki sprzeciwiają się Stworzycielom. Gobliny i orkowie wciąż kłócą się o jakieś złoto. Elfy starają się zjednoczyć wszystkich, ale to bardzo trudne. A w przepowiedni powiedziane jest że to człowiek zwycięży nad Sariusem. Więc król elfów księżycowych poprosił twoją matkę o wizytę u Wyklętych i pomoc w wojnie. Twoja matka się zgodziła, jest właśnie w drodze.
-  O mój Boże - powiedziałam. - Więc jedziemy za nią, zabieram Patryka i Maćka. Dziękuję za waszą gościnność, ale muszę zabrać moją matkę do domu.
- Poczekaj, nie mamy szans bez was - wyznał książę - Nasza kraina zniknie, a kto wie czy Sarius nie dostanie się do waszego świata. To wy macie go pokonać.
- Wybacz, ale ja przybyłam ty przypadkowo, tylko po to żeby uratować moją matkę.
- Rozumiemy - powiedziała królowa, zanim książę cokolwiek wtrącił - Ale te ziemie są niebezpieczne nocą. A wy potrzebujecie snu, wyruszcie z rana. Mój syn będzie wam towarzyszył, byście byli bezpieczni. Ponoć Wyklęci praktykują czarną magię.
  Na znak zgody skinęłam głową a królowa zaprowadziła mnie do wolnej sypialni. Obiecała też że powie Patrykowi i jego ojcu o jutrzejszym wyjeździe, a potem odeszła zostawiając mnie samą z myślami.

Rozdział 3

                                                                         Rozdział 3
  Droga do jaskini prowadziła przez bujny, mieszany las. Co rusz ktoś z nas nadeptywał na gałązki i płoszył gdzieś jakieś zwierzęta. Na szczęście był to zbyt mały las żeby mieszkały w nim stada dzikich zwierząt. Kiedy dotarliśmy do jaskini, którą miała badać moja mama wszyscy byliśmy już trochę zdyszani, ponieważ droga prowadziła pod górę. W dodatku ścieżka była cała zawalona kamieniami i w niektórych miejscach musieliśmy sobie nawzajem pomagać, co Marcin robił niechętnie. Patryk od razu zauważył, że kamienie były wapienne.
  Cała jaskinia była potężnym, ciemnym sklepieniem. Wszyscy musieliśmy wyjąć latarki żeby cokolwiek zobaczyć. W wielu miejscach zwisały stalaktyty, a w kilku łączyły się ze stalagmitami tworząc wapienne kolumny. Podłoże było nierówne, raz się wznosiło, a raz opadało bez końca. Jedynymi odgłosami były nasze oddechy i kapiąca woda gdzieś w oddali, świadcząca o zachodzących tu procesach krasowych. Kto by pomyślał, że na terenie Jaworza jest takie cudo?  Szłam przed siebie oświetlając sobie drogę wąskim słupem światła z latarki. W pewnym momencie prawie wpadłam do dziury w podłożu. Kiedy poświeciłam w dół nawet nie zobaczyłam dna.
  Nagle z głębi rozległ się krzyk, więc pobiegłam na pomoc. Okazało się że to Patryk poślizgnął się i zwisał teraz w podobnej dziurze, trzymany za nadgarstek tylko przez ojca. Szybko upuściłam latarkę i pomogłam wciągnąć chłopaka, który dziękował mi jak najęty. Postanowiliśmy się trzymać razem i poszliśmy na drugi skraj jaskini. Oglądałam skały i nagle natrafiłam na nierówność.
- Patryk, chodź tu! - zawołałam. Razem odciągnęliśmy wielki głaz i po drugiej stronie zobaczyłam podziemny korytarz, w całkiem dobrym stanie.
- Chodźcie tam - powiedział Patryk i ruszyliśmy. Na wszelki wypadek wyciągnęłam scyzoryk z kurtki.
  Jednak na końcu długiego korytarza, w którym widziałam chyba wszystkie istniejące gatunki pająków znaleźliśmy tylko kolejną jaskinię. Ani śladu matki. Na szczęście w bok szedł kolejny korytarz, więc się nim udaliśmy. Błagałam w myślach żeby nie było tam nietoperzy.
Na szczęście nie było, znaleźliśmy za to kolejne dziury w podłożu.
- Co to jest? - usłyszałam głos Maćka.
  Skierowałam tam latarkę i podeszłam bliżej. Moim oczom ukazały się wielkie, zielone grzyby. Nie chodzi mi o to, że były wielkie, jak na grzyby. One były gigantyczne. Jeden z nich prawie mnie przerastał.
- Wytnijmy to, zarobimy fortunę! - krzyknął rozradowany mężczyzna.
- Albo umrzemy, zanim to doniesiemy do wyjścia - prychnął mądrzejszy Patryk.
- Zostawmy to - zgodziłam się - Mamy i tak tu nie ma, więc albo stąd wyszła i ktoś ją porwał albo spadła w którąś z tych dziur.
  Moja teoria potwierdziła się, kiedy przy jednej z nich znalazłam telefon mamy.
- Zgłośmy to do specjalistów - poradził Patryk. Ale ja już wyciągałam linę z mojego plecaka i przywiązywałam ją do stalaktytu.
- Schodzę tam, może nic się jej nie stało.
- Domi, widziałaś jak tam jest głęboko? - zapytał chłopak kiedy zaczęłam przewiązywać drugi koniec liny wokół mojego pasa. Niechętnie spojrzałam w dół. - Lina nie starczy nawet do połowy, a my nie mamy drugiej. Lepiej zgłośmy to na policję.
  Nie chciałam tego robić, ale Patryk miał rację, więc odwiązałam linę i schowałam ją z powrotem. Zawiedziona krzyknęłam jeszcze imię mojej mamy, ale odpowiedziało mi tylko echo. W końcu wyszliśmy z jaskini do korytarza pełnego pająków. Maciek prowadził, za nim szedł Patryk, a ja wlokłam się z tyłu.
  Nagle, kiedy postawiłam nogę na ziemi coś się poruszyło pod moimi stopami. Krzyknęłam przerażona, kiedy ziemia pode mną zapadła się w dół ukazując kolejną, ukrytą zapadlinę. A ten idiota Patryk, zamiast ratować siebie chwycił mnie za ramię, i spadł do środka razem ze mną, przy okazji pociągając za sobą ojca.

  Choć rów wydawał się być głęboki leciałam przerażająco krótką chwilę. Nagle przed oczami mignęło mi coś niebieskiego, a zaraz potem boleśnie rąbnęłam plecami o coś twardego.


  Kiedy się przebudziłam moje serce biło szybciej niż kiedykolwiek. Pamiętałam upadek, ale teraz patrząc w górę zobaczyłam tylko piękne, różowo-fioletowe niebo, które barwiło zachodzące słońce. Nie było żadnej dziury, przez którą mogłabym wypaść.
  Podniosłam się lekko i zobaczyłam obok mnie moich towarzyszy.  W ciszy liczyłam że po prostu ktoś nas wyciągnął z jaskini, ale wydawało mi się to niemożliwe. W końcu odzyskałam pełną wyraźność w oczach i ujrzałam piękną łąkę. Powoli wstałam i rozglądnęłam się zachwycona wszystkimi barwami kwiatów, które istnieją. Nie potrafiłam nazwać żadnej z tych roślin, ale widok był niezapomniany. Po nogach łagodnie łaskotała mnie długa zielona trawa, a w oddali zobaczyłam piękny las. Gdyby nie to że bolało mnie ramię, byłabym pewna że śnię. Powietrze w tej magicznej krainie było takie lekkie, bez skazy. Właśnie obudziłam Patryka, kiedy na moim ramieniu usiadł motyl, tak błękitny jak najpiękniejsza laguna. Chłopak teraz tak jak ja przyglądał się jak zaczarowany temu miejscu, a ja w obawie że cudowny motyl odleci starałam się nie ruszać. Kiedy obudził się szef mojej mamy, byłam już cała w różnokolorowych motylach, które ku mojemu zdziwieniu wcale się nie bały. Wręcz przeciwnie podlatywały do nas i obserwowały ciekawe.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytał drżącym głosem Maciej.
- Nie wiem, ale chcę tu zostać - palnęłam bez zastanowienia uśmiechając się do siebie.
  Niestety chwilę później motyle odleciały spłoszone tętnem kopyt dobiegających z lasu. Popatrzyliśmy się na siebie i mocniej chwyciliśmy nasze plecaki, które na szczęście nie poniosły żadnych szkód. Nagle z równie pięknego lasu wypadli uzbrojeni ludzie na koniach. W rękach dzierżyli łuki i długie, niezwykłe miecze, jakich jeszcze nie widziałam. Była ich trójka, ale tylko jeden z nich zatrzymał swojego rumaka tuż przede mną.  Po dokładnym przyjrzeniu się okazało się że nie jest to koń. Owszem wyglądał jak on, był cały śnieżnobiały, a jego długa, również biała grzywa powiewała kiedy poruszał kopytami. Stał dumnie, z głową uniesioną, a jego zielone świdrujące oczy zwrócone były na mnie. Wszystko by grało, gdyby tylko nie długi, złoty róg wyrastający z jego głowy. To był jednorożec.
- Podejdźcie tu, nie zrobimy wam krzywdy, jesteśmy tu z rozkazu królowej - powiedział głośno jego jeździec zwracając moją uwagę na siebie.
   Teraz byłam pewna że błędnie oceniłam także jego pochodzenie. Miał długie, złote włosy, rozpuszczone i niczym nie skrępowane. One... naprawdę były złote! Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, ale  rysy zdradzały że był bardzo młody, być może jeszcze w moim wieku. Jasnoszare oczy błądziły po naszych twarzach z takim zachwytem, jakby nigdy w życiu nie widział człowieka. Uszy miał długie, zakończone szpikulcem. Mogłabym przysiąc że był on elfem. Najwyraźniej nie tylko ja doszłam do takiego wniosku ponieważ moi towarzysze też stali z uchylonymi ustami.
- Jesteście ...? - wydusiłam z siebie, co musiało wyglądać dość komicznie.
- Jesteśmy elfami leśnymi droga istoto - odpowiedział uprzejmie - A teraz wybaczcie, ale królowa nie może się doczekać spotkania z wami.
- Wybacz, my nie rozumiemy zbyt dużo z tego co tu się dzieje - wytłumaczyłam wciąż podziwiając piękno tej krainy.
- Obiecujemy wszystko wam wyjaśnić, a teraz możemy już ruszać?
- Chwileczkę! - wtrącił Maciej - czy mógłbym cię na słówko, Dominiko? - zapytał patrząc na mnie jak na wariatkę.
- Jeśli pozwolisz - uśmiechnęłam się do elfa, a ten zdziwiony skinął głową.
  Oddaliliśmy się trochę razem z Patrykiem i jego ojcem.
- Chyba nie chcecie z nimi iść? - zapytał mężczyzna.
- Dlaczego nie? Przecież i tak nie mamy gdzie iść, a od nich możemy się czegoś dowiedzieć - powiedziałam zgodnie z prawdą.
- A co jeśli nas zaatakują w lesie? - naskoczył na mnie ojciec Patryka.
- Przyglądałeś się im w ogóle? - wtrącił nagle chłopak - Popatrz na nich, trzymają broń, racja? Ale spuszczoną w dół, co oznacza że nie chcą nas atakować, ale są gotowi do obrony. Gdyby chcieli cię skrzywdzić, już dawno by to zrobili - zauważył sprytnie.
  Niezbyt przekonany, ale przegłosowany mężczyzna zgodził się pójść za nowymi znajomymi.
Ogłosiłam to elfom i od razu ruszyliśmy do lasu, który okazał się równie magiczny co polana.  Ostatnie promienie zachodzącego słońca przeświecały przez korony wysokich drzew rzucając tylko trochę światła, ale głusza wydawała się mieć swoją moc. W koło latały niewzruszone naszą obecnością ptaszki podobne do kolibrów, a z drzew zaglądały na nas małe wiewiórki. Wyrazistość tutejszych kolorów biła o głowę wszystkie fotomontaże.
- Wszystko tu jest takie piękne? - zapytałam wciąż zachwycona.
  Młody elf zaśmiał się lekkim głosem.
- Są też mniej urodziwe terytoria. Wasz świat wygląda inaczej?
- Nasz świat? Nie ma porównania, ludzie zniszczyli naszą planetę - westchnęłam - Tutaj na pewno życie wiedzie się lepiej.
- Nie wszędzie jest tak kolorowo, nawet w naszym świecie - rzekł tajemniczo.
  Zamiast odpowiedzi, po prostu podziwiałam jego złote włosy.


  W końcu las przerzedził się, a drzewa rozstąpiły tworząc gładką drogę. Ich górne gałęzie łączyły się nad naszymi głowami tworząc zadaszenie. Nagle moim oczom ukazało się, wielkie drzewo wielkości bloku mieszkalnego. Grubość pnia spokojnie mogła równać się rozpiętości skrzydeł boeinga. Korona wznosiła się wysoko, ponad chmury.
- To twoje królestwo? - zapytał równie oczarowany Patryk.
  Elf skinął głową i poprowadził nas dróżką prosto pod drzewo, gdzie dokładniej ujrzeliśmy jego wspaniałość. W środku pnia mieściła się wielka, mosiężna brama, pilnowana przez dwóch strażników z mieczami. To do niej prowadziła ścieżka.
- Otworzyć bramę! - krzyknął ktoś i wrota natychmiast uchyliły swoje podwoje.
  W środku było jeszcze przestronniej, a w koło kręciły się elfy, pochylając głowy na widok złotowłosego, który nas prowadził. Większość z nich rzucała nam zaciekawione spojrzenia.
Podeszły do nas dwie elfki i odebrały jednorożce.
- Droga do sali królewskiej prowadzi przez te schody - wytłumaczył nasz przewodnik i wskazał na schody, które prowadziły przez taras na zewnątrz, i oplatały w koło całe drzewo, ciągnąc się do góry.
  Patryk ruszył pierwszy, potem jego ojciec i ja na końcu. Na szczęście, pomimo potężnych rozmiarów drzewa nie szło nam się aż tak źle i już po chwili zatrzymaliśmy się na wielkim tarasie, z drzwiami pilnowanymi przez straż.

Rozdział 2

                                                                       Rozdział 2
  Życie bez opieki rodzicielskiej, na co dzień może się wydawać super sprawą. W rzeczywistości zmusza do samodzielności, której dziecko nie doświadczy nigdzie indziej. Dzień w dzień musisz wtedy dbać o własne wyżywienie, higienę i wykształcenie, a obok ciebie nie ma nikogo kto by cię upilnował czy ci pomógł. Jesteś zdany na siebie.
   Mimo to uwierzcie mi, moja codzienność podobała mi się bardziej bez mojej mamy. Miałam wszystko poukładane i znałam każdy zakątek domu. To wszystko zabrała mi kobieta, która powinna być ze mną zawsze.
  W niedzielę rano matka zabrała się za "porządki". Zmieniła ustawienia szafek i rzeczy w nich pochowanych. Dobrała się nawet do mojej szafy z ubraniami i kosmetyków w łazience. Zburzyła mój porządek osobisty.
- Strasznie tu zaniedbałaś - złajała mnie.
- Może byłoby inaczej gdybyś była w domu częściej - ucięłam.
  Po południu zjadłam upieczone przez nią placki ziemniaczane, odrobiłam zadanie i nauczyłam się na biologię.

  Następnego dnia okazało się, że mama wymieniła budziki, dzięki czemu znowu spóźniłam się do szkoły. Pojechałam późniejszym autobusem i (dzięki Bogu) zdążyłam na drugą lekcję. Na szczęście nie byłam sama, w autobusie spotkałam bowiem Piotrka, a w szkole siedliśmy razem do tej samej ławki. Już się cieszyłam, że nie jest tak źle, kiedy do klasy weszła moja mama. Miałam ochotę krzyczeć z zażenowania, ale nauczyciel pozwolił mamie mówić.
- Zapomniałaś śniadania, więc przywiozłam ci je po drodze - zaśmiała się zakłopotana.
  Spojrzałam na nią zła, ale przyjęłam kanapki, które potem oddałam jakieś pierwszoklasistce. Podziękowała mi patrząc na mnie jakbym zwariowała.

  Na szczęście, kiedy wróciłam do domu matki nie było w domu, więc przynajmniej na jakiś czas miałam święty spokój. Odrobiłam zadanie i zrobiłam małe pranie. Na obiad zamówiłam sobie jedzenie z restauracji. Po północy usłyszałam, że mama wróciła z pracy. Wskazałam jej na kolację, a sama poszłam spać.

  Nazajutrz dwa razy sprawdziłam czy spakowałam śniadanie do plecaka. W szkole nie spotkało mnie nic specjalnego. W domu oglądałam telewizję czekając na mamę, ale ta nie wróciła na noc. Dzwoniłam do niej trzy razy, ale za każdym razem włączała się poczta głosowa.
  Kiedy rano się obudziłam dalej nie było jej w domu, a po moim powrocie dom dalej stał pusty. Wydawała się nieosiągalna, pisałam do niej i dzwoniłam, ale wciąż nie dostawałam żadnych wieści. W końcu wybrałam numer do szefa mojej mamy.
- Dzień dobry, z tej strony Dominika. Moja mama nie wróciła wczoraj na noc, dzisiaj też jej nie ma. Chciałam zapytać czy może panu coś o tym wiadomo?
- Twoja matka, hę? Tak, mamy nowe korytarze do zbadania, więc nie będzie jej przez parę dni. Jeszcze coś?
- Nie, dziękuję - mruknęłam i się rozłączyłam.
  Wiedziałam że tak będzie. Moja mama znowu bardziej dba o pracę niż o mnie. Nie będzie jej przez jakiś czas, a potem wróci. I znowu zniknie. Rutyna.

  Zgodnie z tym co powiedział pracodawca mojej mamy nie widziałam jej dzień po dniu, aż minęły dwa tygodnie. W szkole Patryk usiłował się do mnie zbliżyć twierdząc że wie jak to jest żyć bez rodziców, ale w końcu miałam dość tej gadaniny i kazałam mu się przymknąć.
  Dokładnie czternaście dni po moim telefonie w sobotni poranek miałam niezapowiedzianą wizytę. Obudziłam się przed dziewiątą rano, kiedy na naszym podjeździe zaparkował czerwony maluch, który robił sporo hałasu. Po chwili dzwonek od drzwi wydał z siebie zgrzyt oznajmiający że ktoś czeka na zaproszenie do środka. Jeszcze nie do końca przytomna wstałam z łóżka i z nieuczesanymi włosami, w piżamie otworzyłam drzwi wrednemu osobnikowi zakłócającemu mój sen. Za progiem stał Patryk. W zwykłej koszulce i szortach wyglądał jakby to on dopiero zerwał się ze snu.
- Patryk, jest weekend. W dodatku tak wcześnie. Przerwałeś mi fantastyczny sen o napakowanych ratownikach na plaży. Czy ty masz skłonności samobójcze? - zapytałam mając ochotę na wykorzystanie tej pięknej okazji.
- To zależy, czy byłem jednym z tych ratowników - uśmiechnął się złośliwie.
- Nie.Co tu robisz? - posłałam mu mordercze spojrzenie, a jemu zrzedła mina.
- Mogę wejść? - zapytał uprzejmie.
  Raczej z kultury niż z sympatii wpuściłam go do środka i usadziłam w kuchni. Zrobiłam nam kawę i kanapki, ponieważ wyznał że też jeszcze nie zjadł śniadania. Kiedy obaj, w swoim towarzystwie zjedliśmy najważniejszy posiłek dnia w końcu zadałam pytanie.
- Więc, co cię tu sprowadza?
- Dominika, nie jesteś zaniepokojona nieobecnością swojej matki?
- A powinnam? Ona ciągle gdzieś znika, dzięki twojemu ojcu. Z resztą rozmawiałam z twoim ojcem, podobno odkryli jakieś korytarze i koniecznie muszą je zbadać.
- Tak ci powiedział? Że nie ma jej, bo musi pracować? - zapytał nie dowierzając.
  Skinęłam głową i spojrzałam na niego jak na wariata.
- A jest inaczej?
- Rzeczywiście odkryli kilka jaskiń, ale nie to trzyma twoją matkę z dala od domu - zaczął tajemniczo.
- Więc co?
- Twoja matka zaginęła, kilka dni wcześniej przed twoim telefonem do mojego ojca. Ten kretyn puścił ją samą do jakieś jaskini i nie wiadomo gdzie zniknęła.
- Co?! Żartujesz sobie?
- Nie, Domi. Mówię serio, wiedziałem że coś nie gra. Przecież gdybyś wiedziała...
- To nie może być prawda, moja matka znika i się pojawia, jak zawsze. Pewnie wróci za jakiś czas - skwitowałam.
- Dominika, mój ojciec nawet jej nie szuka... - próbował mnie przekonać.
- Wyjdź Patryk, dobra? Nie chcę słuchać tych bredni.
  To pewnie kolejny sposób żeby się ze mną zaprzyjaźnić, pomyślałam.

  Mimo to po jego wyjściu ciągle czułam niepewność. Jeśli mówił prawdę moja matka ostatni raz była widziana przed wejściem do jaskini, której nikt przedtem nie badał. Po godzinie takiego bicia się z myślami w końcu wybrałam numer do Patryka.
- To co mówiłeś, jest prawdą, na sto procent? - zapytałam na przywitanie.
- Tak, podsłuchałem rozmowę ojca. Idziesz z tym na policję?
- Nie, no coś ty. Nie odebrałabym sobie przyjemności zmuszenia twojego ojca do roboty.
- Zmuszenia do... Domi, co ty kombinujesz?
- Przyjedziesz po mnie? - zapytałam zamiast odpowiedzi.
- Za chwilę będę - powiedział chyba nie do końca przekonany.
  Zdeterminowana chwyciłam swój plecak, spakowałam do niego dwie butelki wody mineralnej i trochę drożdżówek. Na wszelki wypadek schowałam też linę, scyzoryk i latarkę. Dorzuciłam jeszcze zapałki i poszłam się przebrać. Ubrałam spodnie nie krępujące ruchów i kurtkę dobrze utrzymującą ciepło. Na nogi wciągnęłam dwie pary skarpetek i wygodne, wysokie trampki. W końcu uznałam że jestem gotowa, kiedy akurat przed podjazdem zatrzymało się małe autko Patryka.
- Co chcesz zrobić? - zapytał kiedy się z nim przywitałam.
- Po prostu zawieź mnie do twojego ojca, dobrze? - poprosiłam.
  Chłopak skinął głową i usiadł za kierownicą. Ja założyłam plecak i wsiadłam na miejsce obok niego. W głowie analizowałam czy na pewno zabrałam wszystko co chciałam. W kurtce ciążył telefon i dodatkowy scyzoryk.
  Kiedy dojechaliśmy na miejsce, bez pukania weszłam do domu Patryka i dzięki jego wskazówkom dotarłam do gabinetu Maćka Gródzińskiego.
- Co tu robisz? - zapytał na mój widok.
- Ja? A tak tylko wpadłam, zapytać gdzie jest do cholery moja matka!
- Bada jaskinie - odparł bezczelnie.
- Ja słyszałam inną wersję - odpowiedziałam - I chciałam panu przekazać, że idę jej szukać. A pan idzie ze mną.
- Co proszę? - spojrzał na mnie pierwszy raz, od kiedy zapytałam o moją matkę.
- Może się pan już przebrać, za chwilę wyruszamy. I proszę sobie wziąć swój ekwipunek - rzuciłam chamsko.
- Dlaczego miałbym to robić?
- Ponieważ jeśli tego pan nie zrobi, to w tym momencie jadę na policję powiedzieć, że wysłał pan moją matkę bez eskorty, co jest niezgodne z regulaminem, a w dodatku nie zgłosił pan zaginięcia mojej matki. Przez dwa tygodnie. W sumie odpowie pan za narażenie życia i zdrowia mojej matki i innych pracowników. A pana firmę i bogactwo szlag trafi.
  Szef mojej matki popatrzył na mnie tak jakby chciał mnie zabić.
- Daj mi chwilę - rzucił tylko i zamknął laptopa, na którym coś zapisywał. Wstał i udał się do swojej sypialni żeby się przebrać.
  Ucieszona, że przynajmniej to mi się udało wyszłam do korytarza, gdzie zobaczyłam spakowanego Patryka, podobnie do mnie.
- Tylko się przebiorę i możemy ruszać - powiedział.
- Patryk, ty nie idziesz z nami - uświadomiłam go.
- Owszem, idę. To wina mojego ojca, ale to ja ją naprawię.
  Odpuściłam i dałam czas im obu, aby się przebrali. Chwilę później wsiedliśmy do auta Patryka (bo jak powiedział jego ojciec, szkoda jego samochodu) i pędziliśmy do owej jaskini.