Rozdział 7
Zamek Wyklętych emanował mrocznym pięknem z każdej strony. Całość wybudowana była z czarnego kamienia i oświetlona magicznym, fioletowym światłem. Każda pochodnia na długim moście prowadzącym do żelaznej bramy świeciła tajemniczo i magicznie. Przy obu stronach początku mostu stały rzeźby gargulców z również fioletowymi mieczami. Dalej, w głębi dostrzegłam także wielkiego, kamiennego minotaura. W koło panowała grobowa cisza, od czasu do czasu było słychać tylko skrzeczenie jakiegoś ptaka.
- Ładnie się tu wybudowali, jak na przestępców - powiedział sarkastycznie Maciek. Jednak mnie martwiło co innego.
- Jak my przeprowadzimy jednorożce po tak stromym stoku? - zapytałam licząc na jakieś magiczne wyjście z tej sytuacji.
Jednak chwilę później, po prostu szliśmy pieszo, po kolei asekurując każdego z tych cudownych stworzeń. W efekcie moje zasiedziałe mięśnie czułam teraz lepiej niż kiedykolwiek. W końcu na szczęście stanęliśmy na początku mostu, obok gargulców i patrzyliśmy na siebie.
- Kto prowadzi? - zapytał Maciek głośno przełykając ślinę.
Pierwsza ruszyłam ja, a zaraz za mną Patryk i Dolandilas. Nagle kiedy byliśmy już na środku drogi do bramy, Eudriellion kazał się nam zatrzymać. Spojrzeliśmy na niego wyczekująco, a on tylko rzucił mi swój łuk, a miecz oddał Patrykowi. Uzbroił nas, więc spodziewał się walki.
- Jeszcze ja - upomniał się urażony mężczyzna.
Dolandilas podszedł do niego i wręczył mu swój króciutki sztylet. Uśmiechnął się do niego nieufnie i wrócił do swojego jednorożca. Resztę trasy przebyliśmy bez niespodzianek, choć w paru miejscach byłam pewna że most się złamie.
Przy żelaznej bramie stały dwie elfki, delikatnie mówiąc skąpo ubrane. Właściwie to miały tylko staniki i przepasane, odsłaniające uda i biodra hm... kawałki materiału, zrobione z metalowych łusek. Obie miały długie czarne włosy i czarne kolie na szyji. W rękach trzymały długie kostury, którymi na nasz widok zastukały dwa razy w kamienną podłogę. Nie odezwały się ani słowem.
Czekaliśmy aż coś się wydarzy, aż w końcu wielka brama się otwarła, wypuszczając ze środka dźwięki celtyckiej muzyki. Wraz z nią wyszła wysoka, piękna kobieta ubrana w tak samo skąpy stój, tylko więcej kamieni szlachetnych zdobiło jej kolię i ubranie. Moi towarzysze mieli czym nacieszyć oczy.
- Nie uwierzę, że ty Dolandilasie złamałeś prawo i pociągnąłeś za sobą te istoty - zagaiła twardym głosem.
- Nie jesteśmy nowymi dla was. Przybyliśmy z wizytą, na rozkaz królowej Airlandary - odezwał się głośno złotowłosy książę.
- Do kogo? - zapytała ostrożnie.
- Do mojej matki - wystrzeliłam głośno.
Teraz tak naprawdę kobieta zwróciła na mnie uwagę. Przypatrzyła się chyba każdej części mojego ciała, a potem jednorożcowi.
- Jesteś człowiekiem - niemal krzyknęła zaskoczona - Na czarnym jednorożcu. Poprowadzisz nas do walki.
- Co takiego? - spojrzałam na księcia.
- Eh... przepowiednia mówi że Sariusa pokona tylko człowiek na czarnym jednorożcu. Nie chciałem ci tego mówić, bo dobrze wiemy że chcesz tylko odzyskać matkę.
- O mój Boże - powiedziałam cicho i spojrzałam na Patryka. Tak bardzo tego nie chciałam. Ale przecież to była moja decyzja. A ja ją podjęłam kiedy tu trafiłam - Gdzie jest moja matka?
- W środku. Odbywa treningi wzmacniające przed misją. Czeka ją trudna wyprawa, a bez ciebie... - władczyni pokręciła głową.
- Zaprowadź nas do niej - rzekłam głośno i wyraźnie.
Oczy skąpo ubranych kobiet zaświeciły na zielono, grożąc niebezpieczeństwem. Dolandilas nagle znalazł się przede mną, co potwierdziło że zrobiło się gorąco.
- Śmiesz wydawać mi rozkazy? - syknęła królowa i wypuściła zieloną kulę jadu na nas. Na szczęście, niemal natychmiast Eudriellion rzucił jakiś czar i kula zniknęła.
- Tosyo - powiedział łagodnie złotowłosy książę - Chyba nie chcesz zabić kogoś kto ma uratować świat,prawda?
Kobieta natychmiast oprzytomniała i tylko posłała mi zimne spojrzenie.
- Chodźcie za mną - powiedziała i zniknęła za bramą.
Maciek ruszył pierwszy, ciągnąc za sobą syna. Zaraz za nimi podążył Dolandilas, a ja i Eudriellion zamknęliśmy szyk.
- Skąd się znają? - zapytałam elfa cicho, żeby książę nas nie usłyszał.
- Tosya była kiedyś Nimfą Wodną, ale użyła swojej magii przeciwko siostrom nimfom, tym samym złamała prawo. Dolandilas był jej strażnikiem w drodze do Wyklętych - powiedział jakby od niechcenia.
- Ile jeszcze cudownych stworzeń żyje w tym świecie? - zapytałam pół żartem.
- Krasnoludy, Niziołki, Smoki, Wyklęci, Stworzyciele, Orkowie, Gobliny, Nimfy, Jaszczuroludzie, Gryfy, Druidzi i Obdarzeni - wyliczył.
- Wow - powiedziałam tylko, bo akurat minęliśmy kolejne żelazne wrota.
W wielkiej sali, w której się znaleźliśmy tłoczyła się masa ledwo ubranych ludzi. Część z nich sączyła drinki, część popisywała się pokazami magii, a reszta całowała lub obmacywała. W sumie czułam się jakbym weszła do nocnego klubu, a nie królestwa w tak pięknym świecie.
- Nie mogę uwierzyć że moja matka tu trafiła - powiedziałam rozglądając się za Tosyą, ale ta już znikła.
- Oni tak na co dzień, czy mają jakość imprezę? - zapytał równie zniesmaczony Patryk.
- Codziennie - odpowiedział wymijająco Eudriellion.
Rozproszyliśmy się po wielkiej sali w poszukiwaniu mojej matki. Poszukiwaniom towarzyszyły dźwięki przepięknej celtyckiej muzyki. Skąd te stworzenie znają ludzką muzykę?
W tym całym zamieszkaniu zobaczyłam coś dziwnego. Jedyną kobietę, która była ubrana nie tyle przyzwoicie, co skromnie. Miała na sobie długą, srebrną suknię, a jej włosy miały ciemnobrązową barwę. Podeszłam do niej i usiadłam na meblu przypominającym kanapę, z którego młoda kobieta obserwowała czujnie.
- Jesteś kapłanka Eudriane, prawda? - zapytałam tak jak ona obserwując Wyklętych.
- Po prostu Eudriane -rzekła cicho, tylko na chwilę na mnie patrząc.
- Nie jesteś zdziwiona moim widokiem - zauważyłam.
- Wiedziałam że przybędziesz, twoja matka nie jest dość waleczna - powiedziała poważnym tonem.
- Gdzie ona jest?
Była kapłanka spojrzała na mnie magnetyzującymi, niebieskimi oczami, po czym głową wskazała na drzwi po lewej. Skinęłam jej w podzięce i ruszyłam do drzwi, które na szczęście okazały się otwarte. Za nimi znajdowały się niebezpiecznie strome, spiralne schody na dół. Zrobiłam już pierwszy krok, kiedy czyjeś mocne ręce chwyciły mnie w pasie.
- Nie pozwolę ci iść samej - wyszeptał mi do ucha książę.
Moje serce zaczęło mocniej bić, a ja nie byłam do końca pewna czy było to spowodowane wystraszeniem, tym że za chwilę zobaczę matkę, czy też dotykiem księcia.
Ruszyłam przodem trzymając się blisko ściany. Schodziłam i schodziłam a schody wydawały się nie mieć końca. W końcu stanęłam przed ogromnymi, grubymi drzwiami. Na środku widniał wizerunek lwa.
- Hasło - odezwały się drzwi. Albo ześwirowałam.
- Tosya - powiedział niepewnie Dolandilas. Drzwi ani drgnęły.
- Wyklęci - spróbowałam, ale także nic się nie wydarzyło.
Próbowaliśmy jeszcze chwilę, ale wciąż nie działało. W końcu moje nerwy zaczęły działać.
- Posłuchaj mnie, czymkolwiek jesteś, wierzę że masz uczucia. Wysłuchaj mnie więc. Od tygodni nie widziałam mojej matki, w końcu zaczęłam wierzyć w to że nie żyje, dokładnie jak mój ojciec. Potem trafiłam tutaj, dowiedziałam się że jestem jakiś wyjątkowym stworem, choć to wy jesteście z legend, mitów i opowieści mojego świata. Jakby tego było mało, okazało się że mam uratować świat. A ja chciałam tylko odzyskać mamę! Potem dostałam tą jedną iskierkę nadziei, że ona tu jest. Więc do cholery pozwól mi się z nią zobaczyć! - krzyknęłam powstrzymując łzy.
Mimo to drzwi nie drgnęły. Już wracałam po schodach, kiedy usłyszałam wołanie księcia. Szybko zbiegłam do niego. Drzwi się otworzyły.
- Dziękuję, naprawdę bardzo dziękuję - powiedziałam do drzwi i wmaszerowałam do malutkiej sali.
W rogu stały dwie postacie, jedna kobieta i jeden mężczyzna. Obaj dzierżyli miecze, które świeciły na fioletowo. Mimo to podbiegłam do kobiety, w której rozpoznałam moją mamę i wzięłam ją w ramiona. Z radości aż się popłakałam. W końcu ją miałam, całą i zdrową. Kobieta upuściła miecz i również przytuliła mnie mocno.
- Domi, nic ci nie jest - mówiła cicho całując mnie w czoło. Ostatni raz robiła to kiedy byłam mała.
- Mamo, przyszłam po ciebie! Wracamy do domu - powiedziałam przez łzy.
Jej ręce zastygły na moich plecach i po chwili odsunęła się ode mnie. Znów trzymała mnie na dystans.
- Nigdzie nie idę, Dominika. Ten świat jest w niebezpieczeństwie. Oni potrzebują ludzi. Potrzebują mnie.
Powoli dopuszczałam do siebie znaczenie tych słów. Moja mama próbowała ratować te stworzenia choć ich nie znała. Mnie nigdy nie ratowała, ani przed śmiercią taty, ani przed głodem, ani przed samotnością.
- Oni cię potrzebują? Mamo, ja też cię potrzebuję. Potrzebowałam cię kiedy tata umarł, a ja zostałam całkiem sama! Potrzebowałam cię kiedy pierwszy raz szłam na randkę i nie wiedziałam jak się zachować! Potrzebowałam cię też kiedy sama nie miałam ochoty żyć. Ale ciebie nigdy nie było, wolałaś tyrać jak wół dla tego człowieka! Nie obchodziło cię że się martwiłam, żeby przypadkiem nie zawaliła się na ciebie ziemia. Dokładnie jak na tatę! Nigdy cię nie obchodziłam, nawet kiedy głodowałam, nawet kiedy zostałam wykorzystana! - płakałam i darłam się na moją mamę, aż wyparowała ze mnie cała siła, a gardło miałam zdarte.
- Zostań tu ze mną! Przecież możemy razem zjednoczyć ten świat i pokonać Sariusa! - krzyczała ale ja już szłam do schodów.
- Jeśli chcesz tu zostać, zostań. Ale nigdy nie wracaj. Nie chcę cię już widzieć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz