piątek, 11 grudnia 2015

Rozdział 2

                                                                       Rozdział 2
  Życie bez opieki rodzicielskiej, na co dzień może się wydawać super sprawą. W rzeczywistości zmusza do samodzielności, której dziecko nie doświadczy nigdzie indziej. Dzień w dzień musisz wtedy dbać o własne wyżywienie, higienę i wykształcenie, a obok ciebie nie ma nikogo kto by cię upilnował czy ci pomógł. Jesteś zdany na siebie.
   Mimo to uwierzcie mi, moja codzienność podobała mi się bardziej bez mojej mamy. Miałam wszystko poukładane i znałam każdy zakątek domu. To wszystko zabrała mi kobieta, która powinna być ze mną zawsze.
  W niedzielę rano matka zabrała się za "porządki". Zmieniła ustawienia szafek i rzeczy w nich pochowanych. Dobrała się nawet do mojej szafy z ubraniami i kosmetyków w łazience. Zburzyła mój porządek osobisty.
- Strasznie tu zaniedbałaś - złajała mnie.
- Może byłoby inaczej gdybyś była w domu częściej - ucięłam.
  Po południu zjadłam upieczone przez nią placki ziemniaczane, odrobiłam zadanie i nauczyłam się na biologię.

  Następnego dnia okazało się, że mama wymieniła budziki, dzięki czemu znowu spóźniłam się do szkoły. Pojechałam późniejszym autobusem i (dzięki Bogu) zdążyłam na drugą lekcję. Na szczęście nie byłam sama, w autobusie spotkałam bowiem Piotrka, a w szkole siedliśmy razem do tej samej ławki. Już się cieszyłam, że nie jest tak źle, kiedy do klasy weszła moja mama. Miałam ochotę krzyczeć z zażenowania, ale nauczyciel pozwolił mamie mówić.
- Zapomniałaś śniadania, więc przywiozłam ci je po drodze - zaśmiała się zakłopotana.
  Spojrzałam na nią zła, ale przyjęłam kanapki, które potem oddałam jakieś pierwszoklasistce. Podziękowała mi patrząc na mnie jakbym zwariowała.

  Na szczęście, kiedy wróciłam do domu matki nie było w domu, więc przynajmniej na jakiś czas miałam święty spokój. Odrobiłam zadanie i zrobiłam małe pranie. Na obiad zamówiłam sobie jedzenie z restauracji. Po północy usłyszałam, że mama wróciła z pracy. Wskazałam jej na kolację, a sama poszłam spać.

  Nazajutrz dwa razy sprawdziłam czy spakowałam śniadanie do plecaka. W szkole nie spotkało mnie nic specjalnego. W domu oglądałam telewizję czekając na mamę, ale ta nie wróciła na noc. Dzwoniłam do niej trzy razy, ale za każdym razem włączała się poczta głosowa.
  Kiedy rano się obudziłam dalej nie było jej w domu, a po moim powrocie dom dalej stał pusty. Wydawała się nieosiągalna, pisałam do niej i dzwoniłam, ale wciąż nie dostawałam żadnych wieści. W końcu wybrałam numer do szefa mojej mamy.
- Dzień dobry, z tej strony Dominika. Moja mama nie wróciła wczoraj na noc, dzisiaj też jej nie ma. Chciałam zapytać czy może panu coś o tym wiadomo?
- Twoja matka, hę? Tak, mamy nowe korytarze do zbadania, więc nie będzie jej przez parę dni. Jeszcze coś?
- Nie, dziękuję - mruknęłam i się rozłączyłam.
  Wiedziałam że tak będzie. Moja mama znowu bardziej dba o pracę niż o mnie. Nie będzie jej przez jakiś czas, a potem wróci. I znowu zniknie. Rutyna.

  Zgodnie z tym co powiedział pracodawca mojej mamy nie widziałam jej dzień po dniu, aż minęły dwa tygodnie. W szkole Patryk usiłował się do mnie zbliżyć twierdząc że wie jak to jest żyć bez rodziców, ale w końcu miałam dość tej gadaniny i kazałam mu się przymknąć.
  Dokładnie czternaście dni po moim telefonie w sobotni poranek miałam niezapowiedzianą wizytę. Obudziłam się przed dziewiątą rano, kiedy na naszym podjeździe zaparkował czerwony maluch, który robił sporo hałasu. Po chwili dzwonek od drzwi wydał z siebie zgrzyt oznajmiający że ktoś czeka na zaproszenie do środka. Jeszcze nie do końca przytomna wstałam z łóżka i z nieuczesanymi włosami, w piżamie otworzyłam drzwi wrednemu osobnikowi zakłócającemu mój sen. Za progiem stał Patryk. W zwykłej koszulce i szortach wyglądał jakby to on dopiero zerwał się ze snu.
- Patryk, jest weekend. W dodatku tak wcześnie. Przerwałeś mi fantastyczny sen o napakowanych ratownikach na plaży. Czy ty masz skłonności samobójcze? - zapytałam mając ochotę na wykorzystanie tej pięknej okazji.
- To zależy, czy byłem jednym z tych ratowników - uśmiechnął się złośliwie.
- Nie.Co tu robisz? - posłałam mu mordercze spojrzenie, a jemu zrzedła mina.
- Mogę wejść? - zapytał uprzejmie.
  Raczej z kultury niż z sympatii wpuściłam go do środka i usadziłam w kuchni. Zrobiłam nam kawę i kanapki, ponieważ wyznał że też jeszcze nie zjadł śniadania. Kiedy obaj, w swoim towarzystwie zjedliśmy najważniejszy posiłek dnia w końcu zadałam pytanie.
- Więc, co cię tu sprowadza?
- Dominika, nie jesteś zaniepokojona nieobecnością swojej matki?
- A powinnam? Ona ciągle gdzieś znika, dzięki twojemu ojcu. Z resztą rozmawiałam z twoim ojcem, podobno odkryli jakieś korytarze i koniecznie muszą je zbadać.
- Tak ci powiedział? Że nie ma jej, bo musi pracować? - zapytał nie dowierzając.
  Skinęłam głową i spojrzałam na niego jak na wariata.
- A jest inaczej?
- Rzeczywiście odkryli kilka jaskiń, ale nie to trzyma twoją matkę z dala od domu - zaczął tajemniczo.
- Więc co?
- Twoja matka zaginęła, kilka dni wcześniej przed twoim telefonem do mojego ojca. Ten kretyn puścił ją samą do jakieś jaskini i nie wiadomo gdzie zniknęła.
- Co?! Żartujesz sobie?
- Nie, Domi. Mówię serio, wiedziałem że coś nie gra. Przecież gdybyś wiedziała...
- To nie może być prawda, moja matka znika i się pojawia, jak zawsze. Pewnie wróci za jakiś czas - skwitowałam.
- Dominika, mój ojciec nawet jej nie szuka... - próbował mnie przekonać.
- Wyjdź Patryk, dobra? Nie chcę słuchać tych bredni.
  To pewnie kolejny sposób żeby się ze mną zaprzyjaźnić, pomyślałam.

  Mimo to po jego wyjściu ciągle czułam niepewność. Jeśli mówił prawdę moja matka ostatni raz była widziana przed wejściem do jaskini, której nikt przedtem nie badał. Po godzinie takiego bicia się z myślami w końcu wybrałam numer do Patryka.
- To co mówiłeś, jest prawdą, na sto procent? - zapytałam na przywitanie.
- Tak, podsłuchałem rozmowę ojca. Idziesz z tym na policję?
- Nie, no coś ty. Nie odebrałabym sobie przyjemności zmuszenia twojego ojca do roboty.
- Zmuszenia do... Domi, co ty kombinujesz?
- Przyjedziesz po mnie? - zapytałam zamiast odpowiedzi.
- Za chwilę będę - powiedział chyba nie do końca przekonany.
  Zdeterminowana chwyciłam swój plecak, spakowałam do niego dwie butelki wody mineralnej i trochę drożdżówek. Na wszelki wypadek schowałam też linę, scyzoryk i latarkę. Dorzuciłam jeszcze zapałki i poszłam się przebrać. Ubrałam spodnie nie krępujące ruchów i kurtkę dobrze utrzymującą ciepło. Na nogi wciągnęłam dwie pary skarpetek i wygodne, wysokie trampki. W końcu uznałam że jestem gotowa, kiedy akurat przed podjazdem zatrzymało się małe autko Patryka.
- Co chcesz zrobić? - zapytał kiedy się z nim przywitałam.
- Po prostu zawieź mnie do twojego ojca, dobrze? - poprosiłam.
  Chłopak skinął głową i usiadł za kierownicą. Ja założyłam plecak i wsiadłam na miejsce obok niego. W głowie analizowałam czy na pewno zabrałam wszystko co chciałam. W kurtce ciążył telefon i dodatkowy scyzoryk.
  Kiedy dojechaliśmy na miejsce, bez pukania weszłam do domu Patryka i dzięki jego wskazówkom dotarłam do gabinetu Maćka Gródzińskiego.
- Co tu robisz? - zapytał na mój widok.
- Ja? A tak tylko wpadłam, zapytać gdzie jest do cholery moja matka!
- Bada jaskinie - odparł bezczelnie.
- Ja słyszałam inną wersję - odpowiedziałam - I chciałam panu przekazać, że idę jej szukać. A pan idzie ze mną.
- Co proszę? - spojrzał na mnie pierwszy raz, od kiedy zapytałam o moją matkę.
- Może się pan już przebrać, za chwilę wyruszamy. I proszę sobie wziąć swój ekwipunek - rzuciłam chamsko.
- Dlaczego miałbym to robić?
- Ponieważ jeśli tego pan nie zrobi, to w tym momencie jadę na policję powiedzieć, że wysłał pan moją matkę bez eskorty, co jest niezgodne z regulaminem, a w dodatku nie zgłosił pan zaginięcia mojej matki. Przez dwa tygodnie. W sumie odpowie pan za narażenie życia i zdrowia mojej matki i innych pracowników. A pana firmę i bogactwo szlag trafi.
  Szef mojej matki popatrzył na mnie tak jakby chciał mnie zabić.
- Daj mi chwilę - rzucił tylko i zamknął laptopa, na którym coś zapisywał. Wstał i udał się do swojej sypialni żeby się przebrać.
  Ucieszona, że przynajmniej to mi się udało wyszłam do korytarza, gdzie zobaczyłam spakowanego Patryka, podobnie do mnie.
- Tylko się przebiorę i możemy ruszać - powiedział.
- Patryk, ty nie idziesz z nami - uświadomiłam go.
- Owszem, idę. To wina mojego ojca, ale to ja ją naprawię.
  Odpuściłam i dałam czas im obu, aby się przebrali. Chwilę później wsiedliśmy do auta Patryka (bo jak powiedział jego ojciec, szkoda jego samochodu) i pędziliśmy do owej jaskini.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz