piątek, 11 grudnia 2015

Rozdział 5

                                                                 Rozdział 5
  Delikatne, śpiewne głosy obudziły mnie zaraz po wschodzie słońca. Byłam pewna, że królestwo elfów było snem, ale mięciutkie łóżko i piżama z delikatnych tkanin mówiły same za siebie. Kiedy otworzyłam oczy, aż się uśmiechnęłam na widok pięknego pokoju, w którym spałam.
  Z łóżka wstałam pełna energii i gotowa do pościgu za matką. Jedna z elfek musiała mnie usłyszeć, bo natychmiast zaprowadziła mnie do łaźni, a potem za moją prośbą do królowej.
- Jak się spało? - zapytał mnie Dolandilas z uwodzicielskim uśmiechem kiedy weszłam do sali tronowej.
- Inaczej - przyznałam.
- Witaj - powitała mnie Airlandara kiedy podeszłam do niej.
- Chciałabym wyruszać najwcześniej jak się da - powiedziałam do królowej - Śniadanie możemy zjeść w drodze.
- Oczywiście, twoi towarzysze są już obudzeni, niedawno wyszli z łaźni, zaraz ich powiadomię - zapewniła - Nie przejmuj się, znajdziesz ją - powiedziała pocieszająco.
  Z wdzięcznością skinęłam głową i pozwoliłam królowej zająć się poddanymi. Kilka minut czekałam w towarzystwie księcia, kiedy Patryk i jego ojciec szykowali się do wyprawy. Na szczęście okazało się że elfy mają też nieco bardziej praktyczne w podróżach ubrania, więc teraz stałam ubrana w wygodne szaty tutejszych łowczyń.
  Opowiadałam właśnie złotowłosemu o tym jak działają telefony komórkowe kiedy podszedł do nas tajemniczy chłopak z ciemnym kapturem na głowie.
- Witaj Eudriellionie - przywitał go mój rozmówca z uśmiechem, który zdradzał że chłopak ten musi być jego dobrym przyjacielem.
- Witaj - odpowiedział tamten także przyjazny - Ty musisz być Dominika? - zapytał uprzejmie.
- Tak, to ja - odpowiedziałam i wyciągnęłam ku niemu rękę. Obaj chłopcy popatrzyli się na mnie niepewnie.
- Co powinienem zrobić? - zapytał elf w kapturze nie tracąc rezonu.
- Ohh, zapomniałam że macie inne zwyczaje. Powinieneś podać mi dłoń, uścisnąć i potrząsnąć - zaśmiałam się - Właśnie tak - pochwaliłam kiedy uścisnął moją rękę.
- Eudriellion jedzie z nami, jest najlepszy - rzucił Dolandilas.
  Uśmiechnęłam się do niego akurat w momencie, w którym moi towarzysze podeszli do nas wraz z królową.
- Na zewnątrz czekają na was jednorożce i prowiant na kilka dni - poinformowała i pożegnała się z synem.

  Tak jak zapowiedziała władczyni na dziedzińcu, tuż przed bramą stało pięć wspaniałych stworzeń, cztery białe jak śnieg, i jeden czarny jak noc. Podeszłam do nich niepewnie, kiedy strażnicy przynieśli dla nas wielkie plecaki. Ku mojemu zdziwieniu ważyły tyle co nic.
- Są uszyte z delikatnych skrzydeł motyli, które zniwelują każdy ciężar - zagaił Eudriellion. Najwyraźniej musiał zobaczyć naszą niepewność.
  Wszyscy jakoś wdrapali się na białe rumaki, a ja stałam naprzeciwko czarnego zastanawiając się, czy ktoś się zorientuje, że nigdy nie jeździłam konno. W tym momencie podszedł do mnie Patryk i zaśmiał się cicho.
- Wyjątkowość objawia się bardzo rzadko, a ja właśnie ją dostrzegłem - szepnął tak, że tylko ja mogłam go usłyszeć.
  Podsadził mnie na jednorożca i zanim zdążyłam się odezwać był już przy swoim. Strażnicy otworzyli wielką bramę i wyjechaliśmy do lasu.  Eudriellion, Maciek i jego syn jechali przodem, a ja trzymałam się tyłów. Choć nie robiłam tego specjalnie, po prostu magiczne stworzenie nie chciało mnie słuchać, kiedy kazałam przyspieszyć. W końcu książę zrównał swojego rumaka z moim najwyraźniej chcąc wyciągnąć mnie z opresji.
- Nie jeździłaś na jednorożcach? - zdziwił się Dolandilas.
- Nie. W naszym świecie nie ma jednorożców, są konie, ale nigdy nie miałam okazji jeździć. Wyglądają jak te tutaj, tylko bez rogów. Mniej magiczne - zaśmiałam się nerwowo.
- Pozwól że zdradzę ci tajemnicę, ale nie możesz jej wyjawić, nawet twoim towarzyszom - powiedział i zbliżył swojego jednorożca jeszcze bliżej, tak że dotykaliśmy się ramionami - W naszym świecie mamy sposób na nieposłuszne jednorożce. Znajomość ich imion daje nam władzę nad nimi. Ale wiedzą o tym tylko jeźdźcy, inaczej wykorzystywano by te stworzenia.
- To okropne, mieć potęgę nad kimś, tylko dlatego że zna się jego imię - powiedziałam.
- Właśnie dlatego jest to tajemnica, a kiedy zostajemy jeźdźcami przysięgamy na gniew Selune, że nie posłużymy się jednorożcami w niechybnych celach - wytłumaczył cicho. Nie chciał żeby usłyszeli nas nasi towarzysze - Imię twojego brzmi Fantaqi - szepnął mi do ucha.
  Popatrzyłam na niego nie rozumiejąc. Dlaczego zdradził mi imię jednorożca? Przecież nie jestem jeźdźcem.
- To z elfickiego - domyśliłam się, nie zdradzając moich uprzedzeń do łamania ślubów. Właściwie nie wiedziałam co mam zrobić z faktem znajomości imienia tego pięknego stworzenia.
- Tak, oznacza równowagę. Mów do niego po imieniu, a pozwoli ci się prowadzić - mrugnął do mnie i wyrwał do przodu.
  Przez chwilę zastanawiałam się czy książę przypadkiem sobie ze mnie nie żartował ale stanowczo nie wyglądał na takiego. Mimo to jechałam dalej wolnym tempem aż pozostali zniknęli mi z oczu za zakrętem. Wtedy lekko pochyliłam się do ucha czarnego jednorożca.
- Fantaqi, rozumiesz mnie? - zapytałam niepewna czy nie zwariowałam. Na szczęście w odpowiedzi stworzenie cicho prychnęło - Naśladuj pozostałe, dobrze? - poprosiłam głaskając go delikatnie po głowie.
  Jednorożec ponownie prychnął i galopem zrównał się z moimi towarzyszami. Teraz nasze magiczne wierzchowce szły równomiernie a złotowłosy książę posyłał mi skromne uśmiechy. Skinęłam do niego głową w podzience, a ten odwzajemnił ten gest. Kiedy odwróciłam od niego wzrok zdałam sobie sprawę że Edriellion po raz pierwszy zdjął ciemny kaptur z głowy i teraz przypatruje się nam. Po chwili odwrócił jednak wzrok dając mi szansę do przypatrzenia się mu.
  Miał długie białe włosy, ale różniące się od włosów Airlandary. Nie miały tyle blasku. Natomiast jego biała jak ściana skóra przyprawiała mnie o dreszcze. Jego przenikliwie ciemne oczy wyglądały jakby mogły zajrzeć w głąb duszy. Na twarzy nie miał idealnie ani jednej zmarszczki, a jego wystające kości policzkowe skutecznie odrywały wzrok od małych, licznych blizn. Mimo to miał w sobie coś bardzo pięknego i przerażającego zarazem.
   Tymczasem wyjechaliśmy z ogromnego magicznego lasu i stanęliśmy na granicy lasu z pustynią. Tak, mam pojęcie jak absurdalnie to brzmi.
- Widzisz ten spad? - zapytał mnie cicho Eudriellion, kiedy wszyscy zeskoczyliśmy z magicznych zwierząt - Kawałek z tamtąd znajduje się Rozpadlina Cieni, miejsce w którym zbiera się Rada. Dzień drogi od tego miejsca znajduje się upiorne królestwo Wyklętych, nasz cel - powiedział wciąż wpatrując się w piach pustyni.
- Proponuję pozostanie w lesie - odezwał się Dolandilas - To na nasze tereny, więc będziemy bezpieczniejsi, a zanim przejdziemy przez piach powinniśmy odpocząć.
  Gdyby nie to że jak najszybciej chciałam zobaczyć moją mamę, zapewne przyznała bym mu rację. Niestety tak czy inaczej zostałam przegłosowana.
  Elfy bezproblemowo znalazły strumyk, bardzo blisko granicy i napoiliśmy spragnione jednorożce. Potem zasiedliśmy w cieniu olbrzymich drzew. Każdy z nas wyjął swoją rację żywnościową i podzielił tak, by zostało nam jeszcze na wypadek przedłużenia wyprawy. W sumie było tak wiele, że zjedliśmy prawie wszystkie odmiany owoców rosnących tutaj, oraz jeszcze ciepłą zupę z niebieskich kwiatów bliżej mi nieznanych.
- Idźcie spać, ja obejmę wartę - powiedział dziwnie ochoczo Maciek - szef mojej mamy.
- Dobrze - zgodziłam się, a reszta poszła w moje ślady.
- Obudź nas, kiedy Słońce będzie w tym miejscu - poinstruował go Eudriellion i wskazał miejsce. Mężczyzna skinął głową na znak że zrozumiał i oparł się o grube drzewo.
  Podłożyłam sobie miękki plecak pod głowę, ułożyłam się na ciepłym mchu i choć nie miałam tego w planach odpłynęłam w niespokojny sen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz