piątek, 11 grudnia 2015

Rozdział 3

                                                                         Rozdział 3
  Droga do jaskini prowadziła przez bujny, mieszany las. Co rusz ktoś z nas nadeptywał na gałązki i płoszył gdzieś jakieś zwierzęta. Na szczęście był to zbyt mały las żeby mieszkały w nim stada dzikich zwierząt. Kiedy dotarliśmy do jaskini, którą miała badać moja mama wszyscy byliśmy już trochę zdyszani, ponieważ droga prowadziła pod górę. W dodatku ścieżka była cała zawalona kamieniami i w niektórych miejscach musieliśmy sobie nawzajem pomagać, co Marcin robił niechętnie. Patryk od razu zauważył, że kamienie były wapienne.
  Cała jaskinia była potężnym, ciemnym sklepieniem. Wszyscy musieliśmy wyjąć latarki żeby cokolwiek zobaczyć. W wielu miejscach zwisały stalaktyty, a w kilku łączyły się ze stalagmitami tworząc wapienne kolumny. Podłoże było nierówne, raz się wznosiło, a raz opadało bez końca. Jedynymi odgłosami były nasze oddechy i kapiąca woda gdzieś w oddali, świadcząca o zachodzących tu procesach krasowych. Kto by pomyślał, że na terenie Jaworza jest takie cudo?  Szłam przed siebie oświetlając sobie drogę wąskim słupem światła z latarki. W pewnym momencie prawie wpadłam do dziury w podłożu. Kiedy poświeciłam w dół nawet nie zobaczyłam dna.
  Nagle z głębi rozległ się krzyk, więc pobiegłam na pomoc. Okazało się że to Patryk poślizgnął się i zwisał teraz w podobnej dziurze, trzymany za nadgarstek tylko przez ojca. Szybko upuściłam latarkę i pomogłam wciągnąć chłopaka, który dziękował mi jak najęty. Postanowiliśmy się trzymać razem i poszliśmy na drugi skraj jaskini. Oglądałam skały i nagle natrafiłam na nierówność.
- Patryk, chodź tu! - zawołałam. Razem odciągnęliśmy wielki głaz i po drugiej stronie zobaczyłam podziemny korytarz, w całkiem dobrym stanie.
- Chodźcie tam - powiedział Patryk i ruszyliśmy. Na wszelki wypadek wyciągnęłam scyzoryk z kurtki.
  Jednak na końcu długiego korytarza, w którym widziałam chyba wszystkie istniejące gatunki pająków znaleźliśmy tylko kolejną jaskinię. Ani śladu matki. Na szczęście w bok szedł kolejny korytarz, więc się nim udaliśmy. Błagałam w myślach żeby nie było tam nietoperzy.
Na szczęście nie było, znaleźliśmy za to kolejne dziury w podłożu.
- Co to jest? - usłyszałam głos Maćka.
  Skierowałam tam latarkę i podeszłam bliżej. Moim oczom ukazały się wielkie, zielone grzyby. Nie chodzi mi o to, że były wielkie, jak na grzyby. One były gigantyczne. Jeden z nich prawie mnie przerastał.
- Wytnijmy to, zarobimy fortunę! - krzyknął rozradowany mężczyzna.
- Albo umrzemy, zanim to doniesiemy do wyjścia - prychnął mądrzejszy Patryk.
- Zostawmy to - zgodziłam się - Mamy i tak tu nie ma, więc albo stąd wyszła i ktoś ją porwał albo spadła w którąś z tych dziur.
  Moja teoria potwierdziła się, kiedy przy jednej z nich znalazłam telefon mamy.
- Zgłośmy to do specjalistów - poradził Patryk. Ale ja już wyciągałam linę z mojego plecaka i przywiązywałam ją do stalaktytu.
- Schodzę tam, może nic się jej nie stało.
- Domi, widziałaś jak tam jest głęboko? - zapytał chłopak kiedy zaczęłam przewiązywać drugi koniec liny wokół mojego pasa. Niechętnie spojrzałam w dół. - Lina nie starczy nawet do połowy, a my nie mamy drugiej. Lepiej zgłośmy to na policję.
  Nie chciałam tego robić, ale Patryk miał rację, więc odwiązałam linę i schowałam ją z powrotem. Zawiedziona krzyknęłam jeszcze imię mojej mamy, ale odpowiedziało mi tylko echo. W końcu wyszliśmy z jaskini do korytarza pełnego pająków. Maciek prowadził, za nim szedł Patryk, a ja wlokłam się z tyłu.
  Nagle, kiedy postawiłam nogę na ziemi coś się poruszyło pod moimi stopami. Krzyknęłam przerażona, kiedy ziemia pode mną zapadła się w dół ukazując kolejną, ukrytą zapadlinę. A ten idiota Patryk, zamiast ratować siebie chwycił mnie za ramię, i spadł do środka razem ze mną, przy okazji pociągając za sobą ojca.

  Choć rów wydawał się być głęboki leciałam przerażająco krótką chwilę. Nagle przed oczami mignęło mi coś niebieskiego, a zaraz potem boleśnie rąbnęłam plecami o coś twardego.


  Kiedy się przebudziłam moje serce biło szybciej niż kiedykolwiek. Pamiętałam upadek, ale teraz patrząc w górę zobaczyłam tylko piękne, różowo-fioletowe niebo, które barwiło zachodzące słońce. Nie było żadnej dziury, przez którą mogłabym wypaść.
  Podniosłam się lekko i zobaczyłam obok mnie moich towarzyszy.  W ciszy liczyłam że po prostu ktoś nas wyciągnął z jaskini, ale wydawało mi się to niemożliwe. W końcu odzyskałam pełną wyraźność w oczach i ujrzałam piękną łąkę. Powoli wstałam i rozglądnęłam się zachwycona wszystkimi barwami kwiatów, które istnieją. Nie potrafiłam nazwać żadnej z tych roślin, ale widok był niezapomniany. Po nogach łagodnie łaskotała mnie długa zielona trawa, a w oddali zobaczyłam piękny las. Gdyby nie to że bolało mnie ramię, byłabym pewna że śnię. Powietrze w tej magicznej krainie było takie lekkie, bez skazy. Właśnie obudziłam Patryka, kiedy na moim ramieniu usiadł motyl, tak błękitny jak najpiękniejsza laguna. Chłopak teraz tak jak ja przyglądał się jak zaczarowany temu miejscu, a ja w obawie że cudowny motyl odleci starałam się nie ruszać. Kiedy obudził się szef mojej mamy, byłam już cała w różnokolorowych motylach, które ku mojemu zdziwieniu wcale się nie bały. Wręcz przeciwnie podlatywały do nas i obserwowały ciekawe.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytał drżącym głosem Maciej.
- Nie wiem, ale chcę tu zostać - palnęłam bez zastanowienia uśmiechając się do siebie.
  Niestety chwilę później motyle odleciały spłoszone tętnem kopyt dobiegających z lasu. Popatrzyliśmy się na siebie i mocniej chwyciliśmy nasze plecaki, które na szczęście nie poniosły żadnych szkód. Nagle z równie pięknego lasu wypadli uzbrojeni ludzie na koniach. W rękach dzierżyli łuki i długie, niezwykłe miecze, jakich jeszcze nie widziałam. Była ich trójka, ale tylko jeden z nich zatrzymał swojego rumaka tuż przede mną.  Po dokładnym przyjrzeniu się okazało się że nie jest to koń. Owszem wyglądał jak on, był cały śnieżnobiały, a jego długa, również biała grzywa powiewała kiedy poruszał kopytami. Stał dumnie, z głową uniesioną, a jego zielone świdrujące oczy zwrócone były na mnie. Wszystko by grało, gdyby tylko nie długi, złoty róg wyrastający z jego głowy. To był jednorożec.
- Podejdźcie tu, nie zrobimy wam krzywdy, jesteśmy tu z rozkazu królowej - powiedział głośno jego jeździec zwracając moją uwagę na siebie.
   Teraz byłam pewna że błędnie oceniłam także jego pochodzenie. Miał długie, złote włosy, rozpuszczone i niczym nie skrępowane. One... naprawdę były złote! Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, ale  rysy zdradzały że był bardzo młody, być może jeszcze w moim wieku. Jasnoszare oczy błądziły po naszych twarzach z takim zachwytem, jakby nigdy w życiu nie widział człowieka. Uszy miał długie, zakończone szpikulcem. Mogłabym przysiąc że był on elfem. Najwyraźniej nie tylko ja doszłam do takiego wniosku ponieważ moi towarzysze też stali z uchylonymi ustami.
- Jesteście ...? - wydusiłam z siebie, co musiało wyglądać dość komicznie.
- Jesteśmy elfami leśnymi droga istoto - odpowiedział uprzejmie - A teraz wybaczcie, ale królowa nie może się doczekać spotkania z wami.
- Wybacz, my nie rozumiemy zbyt dużo z tego co tu się dzieje - wytłumaczyłam wciąż podziwiając piękno tej krainy.
- Obiecujemy wszystko wam wyjaśnić, a teraz możemy już ruszać?
- Chwileczkę! - wtrącił Maciej - czy mógłbym cię na słówko, Dominiko? - zapytał patrząc na mnie jak na wariatkę.
- Jeśli pozwolisz - uśmiechnęłam się do elfa, a ten zdziwiony skinął głową.
  Oddaliliśmy się trochę razem z Patrykiem i jego ojcem.
- Chyba nie chcecie z nimi iść? - zapytał mężczyzna.
- Dlaczego nie? Przecież i tak nie mamy gdzie iść, a od nich możemy się czegoś dowiedzieć - powiedziałam zgodnie z prawdą.
- A co jeśli nas zaatakują w lesie? - naskoczył na mnie ojciec Patryka.
- Przyglądałeś się im w ogóle? - wtrącił nagle chłopak - Popatrz na nich, trzymają broń, racja? Ale spuszczoną w dół, co oznacza że nie chcą nas atakować, ale są gotowi do obrony. Gdyby chcieli cię skrzywdzić, już dawno by to zrobili - zauważył sprytnie.
  Niezbyt przekonany, ale przegłosowany mężczyzna zgodził się pójść za nowymi znajomymi.
Ogłosiłam to elfom i od razu ruszyliśmy do lasu, który okazał się równie magiczny co polana.  Ostatnie promienie zachodzącego słońca przeświecały przez korony wysokich drzew rzucając tylko trochę światła, ale głusza wydawała się mieć swoją moc. W koło latały niewzruszone naszą obecnością ptaszki podobne do kolibrów, a z drzew zaglądały na nas małe wiewiórki. Wyrazistość tutejszych kolorów biła o głowę wszystkie fotomontaże.
- Wszystko tu jest takie piękne? - zapytałam wciąż zachwycona.
  Młody elf zaśmiał się lekkim głosem.
- Są też mniej urodziwe terytoria. Wasz świat wygląda inaczej?
- Nasz świat? Nie ma porównania, ludzie zniszczyli naszą planetę - westchnęłam - Tutaj na pewno życie wiedzie się lepiej.
- Nie wszędzie jest tak kolorowo, nawet w naszym świecie - rzekł tajemniczo.
  Zamiast odpowiedzi, po prostu podziwiałam jego złote włosy.


  W końcu las przerzedził się, a drzewa rozstąpiły tworząc gładką drogę. Ich górne gałęzie łączyły się nad naszymi głowami tworząc zadaszenie. Nagle moim oczom ukazało się, wielkie drzewo wielkości bloku mieszkalnego. Grubość pnia spokojnie mogła równać się rozpiętości skrzydeł boeinga. Korona wznosiła się wysoko, ponad chmury.
- To twoje królestwo? - zapytał równie oczarowany Patryk.
  Elf skinął głową i poprowadził nas dróżką prosto pod drzewo, gdzie dokładniej ujrzeliśmy jego wspaniałość. W środku pnia mieściła się wielka, mosiężna brama, pilnowana przez dwóch strażników z mieczami. To do niej prowadziła ścieżka.
- Otworzyć bramę! - krzyknął ktoś i wrota natychmiast uchyliły swoje podwoje.
  W środku było jeszcze przestronniej, a w koło kręciły się elfy, pochylając głowy na widok złotowłosego, który nas prowadził. Większość z nich rzucała nam zaciekawione spojrzenia.
Podeszły do nas dwie elfki i odebrały jednorożce.
- Droga do sali królewskiej prowadzi przez te schody - wytłumaczył nasz przewodnik i wskazał na schody, które prowadziły przez taras na zewnątrz, i oplatały w koło całe drzewo, ciągnąc się do góry.
  Patryk ruszył pierwszy, potem jego ojciec i ja na końcu. Na szczęście, pomimo potężnych rozmiarów drzewa nie szło nam się aż tak źle i już po chwili zatrzymaliśmy się na wielkim tarasie, z drzwiami pilnowanymi przez straż.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz